Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PROMOCJE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PROMOCJE. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 października 2016

autumn trends 2016 with... NALLE/ good source

"Najlepszy nauczyciel to ten, który powie ci, gdzie patrzeć, ale nie powie ci, co widzieć" - brzmi jeden z moich ulubionych edukacyjnych cytatów. Kolejny Niedźwiadek przyniósł do domu wraz z piosenką, którą śpiewał podczas pasowania na przedszkolaka: "Ja się uczę, gdy się bawię, bo w zabawie jest ciekawiej". Myślę, że to dobry suplement do ostatniego szkolnego wpisu: dla dziecka WSZYSTKO jest nauką, każda chwila przynosi nowe odkrycia, rozwija, kształtuje, daje mnóstwo radości i satysfakcji, więc jeśli od samego początku pozwolimy mu swobodnie zdobywać wiedzę, z otwartym sercem i umysłem, nie zniechęci go do tego potem nawet najgorszy nauczyciel. Choćby dlatego, że to my jesteśmy tym pierwszym i najważniejszym z nich, i robimy to dobrze. Na wszelki wypadek, jeśli nikt Wam jeszcze tego dzisiaj nie powiedział: głowa do góry, mamuśki (i ojcowie!), dajemy radę!

wtorek, 18 października 2016

autumn trends 2016 with... EFVVA/ positive attitude

Nastawienie - to dla mnie słowo-klucz, jeśli chodzi o edukację chłopaków. Wiem, że targają Wami te same lęki co mną, macie te same wątpliwości (przypominam POST sprzed dwóch lat, który narobił wtedy trochę zamieszania, a jednak niewiele się od tego czasu zmieniło oraz najnowszy z początku tego roku) i marzycie o spokoju ducha, odprowadzając Wasze dzieci codziennie do placówek, obojętnie - publicznych czy prywatnych.
Jak Niedźwiadek odnalazł się wśród rówieśników? Czy lubi swoje panie? Czy leżakuje? Czy J.J. dobrze sobie radzi? Czy chętnie odrabia lekcje? Czy ma ich bardzo dużo? Pytacie mnie o różne aspekty, które Was niepokoją i cieszę się, kiedy mogę pomóc, albo chociaż podpowiedzieć jakieś sprawdzone rozwiązanie.

W większości przypadków działa to tak, że dziecko wyczuwa nasze obawy (nawet te, których wydaje nam się, że nie wyraziliśmy!) i przejmuje je jako swoje własne, "zaraża się" nastawieniem, a także stosunkiem do nauczyciela, systemu oceniania i organizacji zajęć. Stąd mam poczucie (i odrobinę pewności po rozmowach z mądrzejszymi ode mnie, w tym psychologami), że kluczową kwestią jest to, w jaki sposób JA mówię o szkole czy przedszkolu, o paniach i o zadaniach, ale przede wszystkim chyba o tym, CZEGO - zwłaszcza od J.J.'a - tak naprawdę oczekuję.
Tak, dobrze czytacie: skupiam się właśnie na tym, czego ja jako mama oczekuję od mojego syna, nie na tym, czego oczekuje pani - to jest dla mnie kwestia trzeciorzędna.
Jedno z moich ulubionych powiedzonek brzmi:

środa, 5 października 2016

autumn trends 2016 with... PAN PANTALONI / make the world a good place

Szczęście to stan umysłu, nie konta, nie szafy, nie cywilny.
Można sobie ten stan wypracować, wytrenować swoje myśli w taki sposób, by prowadziły do pozytywnych wniosków, wyćwiczyć w sobie optymizm i dostrzeganie wokół przejawów dobra, i można... nauczyć tego dzieci. Trochę tych postów o emocjach już u nas było (o empatii, o zazdrości, o radzeniu sobie z dziecięcą złością, i swoją własną). Właściwie śmiało można uznać ten temat za Leitmotiv bloga ;)
Dziś chcę Wam opowiedzieć o tym, JAK UCZYĆ DZIECI DOSTRZEGANIA PIĘKNA wokół. To o tyle łatwe, że dzieci same je widzą. Właśnie dlatego, że są dziećmi i nie mają żadnych uprzedzeń, nie mają też doświadczeń i wiedzy, która kazałaby im oceniać coś negatywnie. Wszystko, co nowe, wydaje im się interesujące, a to, co interesujące, niejako z automatu jest piękne. Nasze zadanie sprowadza się więc do tego, by nie zniechęcać, nie obrzydzać i nie podsuwać złych ocen oraz dawać przykład. To ostatnie okazuje się najtrudniejsze.
Nietypowe imię czy ciuch, kucyk u faceta, wózek inwalidzki, ciemna skóra, maniera językowa, odstające uszy - stygmatyzować może wszystko, a jednocześnie NIC stygmatyzować nie musi. Dopóki dziecko nie usłyszy z naszych ust, że coś jest dziwaczne, dopóki tego nie wyśmiejemy, dla niego będzie to coś zupełnie normalnego. Innego, ale wciąż normalnego. Nie chodzi o to, żeby o inności nie rozmawiać i nie zwracać na nią uwagi. Wręcz przeciwnie. Rozmawiać trzeba. Z zachowaniem neutralności. 

wtorek, 4 października 2016

autumn trends 2016 with... SAMODOBRO / wild and free


Dzieciństwo ma swoje prawa. Jednym z nich jest możliwość nieustannego poznawania. Dzieci potrafią to najpiękniej, bo - w przeciwieństwie do nas-dorosłych - umieją się jeszcze wszystkim zachwycić. Wcale nie potrzebują wiele, by odczuwać wielką ekscytację albo dumę ze swojego odkrycia. Niedźwiadek i ja uczymy się od J.J.'a i podziwiamy jego ogromne serce, otwartość i odwagę w kontakcie z naturą. 
Pisałam Wam już o tym, że w czasie wakacji J.J. uratował ptaka, który utknął między listwami pod dachem - wspiął się tam, wyciągnął go i wypuścił. Ptak był tak wystraszony, że jeszcze przez dłuższą chwilę siedział na dłoni J.J.'a jak w bezpiecznym gnieździe i odzyskiwał spokój. Prawie się popłakałam, serio! 
Niedawno zobaczyliśmy z kolei, jak jeż w panice uciekał przed samochodem, który przejeżdżał naszą ulicą i wpadł w siatkę, grodzącą ogród opuszczonej posesji niedaleko naszego domu. Podeszliśmy tam i okazało się, że jeż nie może się stamtąd wydostać. Zaplątał się nie tylko w siatkę, ale i porastający ją bluszcz. Muszę przyznać, że bałam się go dotknąć - byłam pewna, że jeże kłują! J.J. nie miał żadnych oporów. Wyplątaliśmy go razem (jeż okazał się szorstki jak pumeks, a nie kłujący!) i przenieśliśmy na ścieżkę, którą mógł wrócić do lasu. 
Tę jaszczurkę, którą widzicie na zdjęciach, wujek chłopaków wykopał niespodziewanie z ziemi podczas sadzenia krzewów. Mało brakowało, a nasz pies zjadłby ją jednym kłapnięciem. J.J. ponownie okazał się bohaterem i wyniósł ją w bezpieczne, wysokie trawy nad rzeką. Po drodze zdążył się z nią zaprzyjaźnić i oswoić z nią sceptycznego z początku Niedźwiadka. 
***
Niedźwiadek zdecydowanie woli florę od fauny, a już szczególnie florę, którą można jeść. Za każdym razem pyta, czy dana roślina nadaje się do posmakowania i wzdycha rozczarowany, słysząc, że nie. Ale kwiatki zbiera nawet pomimo ich niejadalności.
- Będą dla ciebie, mamo. Albo nie. Wiesz co, są takie ładne, że będą lepiej dla mnie, okej?
:D

poniedziałek, 26 września 2016

autumn trends 2016 with... RASPBERRY REPUBLIC / secret garden

Butelkowa zieleń to mój ulubiony kolor (a Wasz?). To do niej najchętniej wracam, szczególnie jesienią. Lubię nastrój, jaki tworzy. Jakoś od razu, od samego tylko patrzenia na nią wokół robi się przytulniej i cieplej, pomimo jesiennych chłodów, które da się już wyraźnie wyczuć. Cieszę się, że w tym sezonie wszystkie ciemne odcienie zieleni robią taką furorę, bo wreszcie jest w czym wybierać. Cieplej jest także między chłopcami, przynajmniej przez pierwszą godzinę po lekcjach/zajęciach ;) Szkolno-przedszkolna rozłąka dobrze robi ich wzajemnej relacji. Mają czas, żeby się za sobą stęsknić i się nawzajem docenić. Co ciekawe, Samotny Wilk J.J. tęskni równie mocno, co towarzyski Niedźwiadek. Uwielbiam patrzeć, jak padają sobie w ramiona i niemal się duszą z tej miłości ;) Oczywiście wiem, że niedługo znów wybuchnie między nimi Awantura Gigant, bo na przykład Niedźwiadek coś zepsuje, żeby sprawdzić, jak to działa, a J.J., który z mozołem to stworzył, zezłości się i wyrzuci brata z pokoju. Albo to Niedźwiadek postawi swoją wieżę, a J.J. jako zawsze-wiedzący-lepiej będzie go tonem nieznoszącym sprzeciwu pouczał, co należy w tej budowli zmienić. Jednym słowem: normalka! 
Często pytacie mnie, czy chłopcy się kłócą, a ja odpowiadam: zawsze, ciągle, i może trochę do znudzenia powtarzam: nie bójcie się sprzeczek pomiędzy rodzeństwem. W końcu z kim mają drzeć te koty i na kim trenować trudną sztukę osiągania kompromisu? Od kogo mogliby się lepiej nauczyć, że nawet duże różnice są do zaakceptowania, a miłość nie oznacza konieczności bycia takim samym jak ta druga osoba? Komu młodszy miałby wchodzić na głowę jak nie starszemu? Kim starszy mógłby próbować rządzić jak nie młodszym? W ich mikrokomórce społecznej nieustannie coś się dzieje, zmienia, rozwija. Jak - nomen omen - w ogrodzie. Ja (i Wy też, w ogródkach Waszych dzieci) jestem tu tylko od pielenia i podlewania ;)

środa, 21 września 2016

autumn trends 2016 with... YOU N' ME / partners in crime




"Kocham cię,
kiedy jesteśmy razem.
I kiedy wy jesteście razem.
Kocham cię, bo jesteś moim dzieckiem,
ale nigdy nie będziesz
tylko mój."
- brzmi fragment książki "Miłość".

Robię krok w tył, usuwam się w cień, patrzę na nich. Tych dwóch facetów - ojca i syna. W głowie brzmi ciche, ale wyraźne: nie przeszkadzać. Są tacy fajni razem, tacy zaabsorbowani. I tak świetnie wyglądają w tych bluzach, które idealnie do siebie pasują, pomimo tego że się różnią. Jak oni. 

poniedziałek, 19 września 2016

autumn trends 2016 with... GROSHKI / goodbye summer

Znacie lepszy sposób na pożegnanie lata niż biwakowanie na plaży? No, okej, pewnie znacie niejeden, ale ten także jest świetny. Uwierzcie lub sami spróbujcie. Chłodne powietrze powoli wkrada się do naszego domu, czujemy je zwłaszcza rano, kiedy stawiamy bose stopy na podłodze przy łóżku albo wieczorem po ciepłej kąpieli - płytki w łazience nie są już tak przyjemne jak jeszcze dwa, trzy tygodnie temu. Za to piasek - ten jeszcze pachnie słońcem. Rozpoczynamy dziś cykl, poświęcony jesienny trendom (będą stylizacje z rzeczami z najnowszych kolekcji polskich i zagranicznych marek oraz specjalne kody zniżkowe na zakupy dla Was - tak, tak, niemal wszystkich naszych partnerów na to namówiłam! brawo ja!) i pierwszej sesji nie mogłam sobie wyobrazić inaczej niż w takim właśnie nostalgicznym klimacie - bo tli się w nas jeszcze żywo tęsknota za ciepłem i wakacjami, czujecie to, prawda? Więc i kolory - żółcie, pomarańcze, szarości, granaty - i niesamowicie miękkie tkaniny ubrań, które wybrałam dla chłopaków z najnowszych kolekcji, ogrzewają, otulają i współgrają z ciągle błękitnym niebem. 
Obejrzycie zdjęcia i dajcie znać, jak się Wam podobają nasze wybory.
Na końcu czeka na Was miła (NIE)SPODZIANKA :D

wtorek, 26 lipca 2016

inspirations for mom everyday look


Im jestem starsza, tym jakoś łatwiej mi przychodzi konsekwentne trzymanie się swojego stylu, także podczas wyprzedaży. Gdybym miała napisać dla Was przewodnik, jak kupować wtedy z głową... cóż, powiedziałabym tylko jedno zdanie: bądź wierna sobie. W dobrze skomponowanej szafie wszystko do siebie pasuje. Pokazuję Wam dziś w zestawach kilkadziesiąt rzeczy - ubrań i dodatków - wszystkie z trwających przecen i wszystkie w moim guście. Kamizelkę z imitacji zamszu, cudownie miękką, białą bawełnianą koszulę oraz skórzane sandały z frędzlami mam już w swojej szafie i były to strzały w ---> 10. A co Wam wpadło w oko? 

poniedziałek, 18 stycznia 2016

7 things I'm doing good

Kontynuując temat z poprzedniego postu, a raczej jako przeciwwagę dla bicia się w pierś (poniekąd), dziś będę się chwalić. Bo niby czemu nie, właściwie? Każda z nas potrzebuje się przecież od czasu do czasu dowartościować i utwierdzić w przekonaniu, że pomimo nawet setki popełnionych błędów jest jednak dobrą matką, najlepszą, jaką potrafi być. Jestem zresztą przekonana, że lista tego, co nas "buduje", jest znacznie dłuższa niż lista grzechów, ale zachowajmy symetrię i nie popadajmy w samouwielbienie ;)
1. Rozmawiam o uczuciach
Uważam, że to jeden z filarów porozumienia między ludźmi w ogóle, a w rodzinie w szczególności. Jasno komunikuję swoje emocje, nazywam je i zachęcam chłopców do tego samego. Zwracam uwagę na ich odczucia, staram się też przy okazji tłumaczyć im, że nie ma czegoś takiego, jak złe emocje, że są tylko takie, które nas uwierają, jak za długa metka przy bluzce, ale - tak samo jak z tą metką - możemy się z nimi uporać. J.J. jest już na tyle duży, że przegadanie z nim wszystkiego całkiem nieźle się udaje, podobnie jak zastosowanie wybranej przez niego metody uspokajania (o tym może innym razem). 
2. Nie upieram się
To dla mnie wielki wyczyn, serio. Jestem strasznie uparta z natury i mam w zwyczaju kruszyć kopie nawet o banały, byleby postawić na swoim, ale przy dzieciach nauczyłam się ustępować, wychodzić im na przeciw i przede wszystkim nigdy, przenigdy nie mówić "nie, bo nie". Pertraktujemy w wielu, także drobnych i bardzo drobnych kwestiach, od czasu na oglądanie bajek po wybór czapki, od tego na co wydać pieniądze po to, co na obiad. Jeśli to, na co mają ochotę, nie narusza zasad naszego domu czy czegoś, co ustaliliśmy, np. konsekwencji jakichś ich zachowań (nazwijmy to umownie: warunków kary ;)), to nie obstaję za bardzo przy swoim. Daję się im przekonać. Fajnie zresztą wiedzieć, że potrafią bronić swojego zdania i znajdować dobre argumenty :)
3. Daję wybór

poniedziałek, 9 listopada 2015

do not disturb


Żyjemy w czasach pełnych bodźców, idei, modeli wychowawczych - mamy nieograniczony dostęp do nich wszystkich i wielką ochotę, by z tego skorzystać. Jak najpełniej. Niestety niejednokrotnie okazuje się, że są one ze sobą sprzeczne i wprowadzenie ich w życie grozi raczej chaosem niż daje autentyczne wsparcie. Próbujemy więc wybrać mądrze, pod potrzeby swoje i naszych dzieci, ale gubimy się w tym, bo człowiek - także ten mały - jest jednak o wiele bardziej skomplikowany niż jakikolwiek zbiór choćby najbardziej elastycznych reguł. I tak oto z jednej strony chcemy, żeby nasze dzieci były superbłyskotliwe, stymulujemy je do nauki, do pisania, czytania, liczenia niemal od kołyski, chcemy, by od razu uczyły się języków, by poznawały empirycznie, mówimy o dawaniu im wolności, pozwalaniu, które ma sprawić, że będą odważne i pewne siebie, a z drugiej strony jesteśmy tak przepełnione obawami, że nawet sobie nie wyobrażamy, by sześciolatki same chodziły do szkoły czy sklepu, by wyszły same na podwórko, ba! w ogóle nie chcemy posyłać ich do szkoły (chociaż teoretycznie potrafią więcej niż my w ich wieku, bo naszym rodzicom przecież nikt nie mówił o sensoryce i innych cudach, prawda?). Pilnujemy, wozimy, czekamy, odprowadzamy, właściwie trzymamy na smyczy - najpierw naszej obecności, potem z pomocą komórek. Nie krytykuję. Też tak robię. Odruchowo. Ale gdzieś tam w głowie wciąż myślę: dlaczego? Ja w wieku J.J.'a chodziłam sama do biblioteki po drugiej stronie ulicy, do sklepu za rogiem, biegałam po podwórku z kluczem na szyi, a już rok później jeździłam z tym kluczem do szkoły: z obrzeży miasta do centrum. Sama. Tramwajem. Szkołę miałam przy przystanku, ale z domu do tramwaju szłam kwadrans piechotą. Więc dlaczego teraz, dzisiaj wydaje się to nierealne? Więcej: takie zachowanie mogłoby zostać dziś odebrane jako skrajny brak odpowiedzialności rodziców i niemalże ryzykowanie życiem dziecka. Czy świat się tak bardzo zmienił? Czy to my zbyt szybko przywykliśmy do tej orwellowskiej kontroli? 
Czytałam niedawno (nie pamiętam gdzie), że dzisiejsze dzieci właściwie w ogóle nie spędzają czasu z rówieśnikami bez obecności dorosłych. Zawsze ktoś ich pilnuje, ktoś czuwa, gotowy wkroczyć do akcji, gdy sytuacja się zaogni. Bo tak jest oczywiście bezpieczniej. Z tym, że jednocześnie odbieramy dzieciom szansę na to, by uczyły się radzić sobie same, by same inicjowały aktywności, angażujące grupę, aby umiały się pokłócić i pogodzić. Nie dajemy im ku temu okazji. Przy pierwszym konflikcie lub choćby jego symptomach do akcji wkracza rodzic lub nauczyciel. I pozamiatane. 

piątek, 25 września 2015

both sides

Chcemy, żeby miłość do dzieci usprawiedliwiała wszystko. Ale... nie usprawiedliwia. Żadna metoda wychowawcza czy szumnie brzmiące idee nie dają nam zielonego światła na brak szacunku wobec tych, którzy wychowują i okazują tę miłość inaczej, nie daje nam też prawa, by przyzwalać na krzywdę innych. Wręcz odwrotnie: ta bezgraniczna miłość do dzieci powinna nam podpowiadać, gdzie postawić granice.
Tymczasem otwieram oczy ze zdziwienia, czytając licytowanie się rzeszy kobiet, która z nich jest gorszą matką - bo nawet jeśli odbywa się to w formie żartu, czuję, że to za dużo. Do tego lajki i przyklaskiwanie. Dlaczego nam się to podoba, a licytacje na skuteczne metody wychowawcze traktujemy już jak czcze przechwałki albo wtykanie nosa w nie swoje sprawy?
Dlaczego domagamy się tolerancji dla naszych poglądów, a innych bez chwili refleksji wdeptujemy w ziemię za to, że śmiali się od nas różnić?
Dlaczego nam wolno, a im nie?
Czy to przypadek, że najbardziej agresywne słownie są te mamy, które nazywają siebie bliskościowymi?
Sama jestem zwolenniczką idei RB, mam z nimi bardzo po drodze, ale empatia wobec własnego dziecka nie czyni mnie ślepą i głuchą na innych ludzi. Jeśli potrzeby J.J.'a są w konflikcie z potrzebami innych, możemy to przegadać dopiero wtedy, kiedy tych innych uszanuje, nie wcześniej.
Więc jeśli musi akurat dać publicznie upust swoim emocjom, pierwszą rzeczą, którą robię, jest znalezienie ustronnego miejsca, w którym będzie się mógł wyżyć, a potem uspokoić, jednocześnie jego zachowanie nie będzie nikomu przeszkadzać. To komfort psychiczny także dla mnie, i dla niego. Nie widzę zresztą powodu, by grono obcych ponosiło konsekwencje jego nastrojów. Sama też wcale nie chcę i nie lubię być zmuszana do znoszenia humorów czyichś dzieci. No, sorry, jestem odrębnym człowiekiem i mam swoje potrzeby. Pewnie, że jako mama mogę w pierwszym odruchu strzelić focha na panią, która nie stara się zrozumieć mojego dziecka, ale muszę pamiętać, że ta pani nie ma obowiązku go rozumieć. Po prostu! Ponadto moje okazywanie wsparcia dziecku może się śmiało odbywać bez świadków. Chyba, że potrzebuję publiki, ale wtedy to już problem innej natury.
Nie oczekujmy od otoczenia tego, czego nie dajemy. Szacunek i empatia to miecze obosieczne. Kiedy J.J. zachowuje się niewłaściwie wobec innych, bardzo często posiłkuję się takim ćwiczeniem: pytam go, czy sam chciałby się znaleźć w sytuacji, w jakiej stawia daną osobę. Czy chciałbyś, żeby ktoś biegał i pokrzykiwał przed twoim nosem, kiedy przyszedłeś do kina, obejrzeć film? Czy chciałbyś, żeby kolega zaprosił cię do domu, a potem powiedział, że nie wolno ci wejść do jego pokoju? Czy chciałbyś kupić zabawkę, w której ktoś wcześniej rozładował baterie? I tak dalej, i tak dalej. Czasem do znudzenia. Zawsze jednak skutecznie.
Gorąco polecam to ćwiczenie niektórym dorosłym!





Dzisiaj obiecane zestawy z naszymi wyborami z ulubionych Groshków. Przypominam, że w butiku czeka na Was rabat na nowości. Hasło do wpisania w koszyku to: jjandthebear. Korzystajcie, bo jest ważny tylko do niedzieli, a rzeczy z kolekcji Emile et Ida, Beau Loves i Kidscase są doskonałe jakościowo i do tego absolutnie przepiękne.

wtorek, 22 września 2015

autumn inspiration

Tegoroczna jesień zapowiada się niebanalnie, pomimo tego, że jak co roku wracają wszystkie odcienie szarości i motywy indiańskie. W propozycjach marek dziecięcych, i tych zagranicznych, i tych polskich, i tych handmade'owych, i tych sieciowych zdecydowanie czuć powiew świeżości, inwencję twórczą, ciekawość odkrywców. Coraz lepsze projekty, grafiki, kroje, coraz więcej jakości - dobrych tkanin i fantastycznych kolorów. Ciepłe barwy można miksować do woli, podobnie jak wzory i style - już nie tylko dlatego, że dzieciom wolno wszystko, ale dlatego, że moda dla nich stała się tak elektryzująca, że ciężko się zdecydować na jeden motyw przewodni. Mój inspiracyjny przegląd dzisiaj jest oczywiście subiektywny - wybrałam te trendy, które podobają mi się najbardziej: miks grafik, artyzm, dziki-zachód, black&white i szarości oraz bordo jako kolor sezonu. Chociaż jestem fanką printów, szalenie podoba mi się też to, że barwy i faktury tkanin zaczynają odgrywać coraz ważniejszą rolę w dziecięcej modzie, że odchodzi się od przekonania, że ubranie bez obrazków jest nudne lub nie dość dziecinne, a głębokie odcienie nie są już zarezerwowane dla starszaków.

Zdjęcia (kolejno): Bobo Choses, Indikidual, Bobo Choses, Wolf&Rita, Noro

sobota, 22 listopada 2014

#mamissima4christmas

Drugi już raz mamy przyjemność uczestniczyć w akcji Mamissimy i powiem Wam, że świąteczna odsłona Bloggers love Mamissima utwierdziła mnie w przekonaniu, że to miłość odwzajemniona. Obdarowanie 24 blogerów to nie lada gest, prawda? Podobnie jak obdarowanie wszystkich klientów 24 promocjami na wybrane przez nas i naprawdę sprawdzone produkty. Mamissima rozumie ducha Świąt i skutecznie zaraża nastrojem. No, ale dość słodzenia (choć tym razem nie mam poczucia, że jest nie na miejscu lub nie wypada). Do rzeczy. A konkretnie: do dwóch rzeczy, które uznałam (i jak się okazało: słusznie) za trafione prezenty dla moich chłopaków.

Dla Niedźwiadka wybrałam wywrotkę marki Kid O. Zabawki tej firmy należą do jednych z niewielu plastików, które odpowiadają mojej estetyce. Przede wszystkim jednak spełniają swoje funkcje: autko jest ultralekkie i świetnie się sprawdza na spacerze. Niedźwiadek - zapewne po mamusi - jest bibelociarzem. Wychodząc z domu, lubi zabierać ze sobą wszystko, co możliwe. Ciężarówkę Kid O niezależnie od tego, czym zostanie po drodze napełniona, wybrudzona, w co włożona itd., myję potem maksymalnie dwie minuty i po chwili Niedźwiadek może się nią bawić także w domu. W tym w kąpieli.



poniedziałek, 13 października 2014

impalpable

Jak na poetkę przystało, jestem raczej racjonalistką ;) Pomimo tego, że troska o emocje czy szeroko pojęte życie wewnętrzne stanowi dla mnie sprawę kluczową, a spory zakres wiedzy matematycznej, fizycznej czy ekonomicznej pozostaje całkowicie poza możliwościami mojej percepcji, uważałam się zawsze za osobę twardo stąpającą po ziemi. W niektórych kwestiach - wręcz za naczelnego sceptyka. Głównie tych nienamacalnych. 

Dziś nie mogę już z ręką na sercu powiedzieć, że w coś nie wierzę lub uważam za niemożliwe. A ostatni tekst Miry kazał mi się zastanowić, dlaczego tak jest i kiedy to się zmieniło. Z pewnością miało na to wpływ pojawienie się dzieci oraz prawdziwe cuda, których zdarzyło mi się doświadczyć (pisałam o nich m. in. TU i TU), ale nie tylko.

***
Pamiętam, jak jedna z uczestniczek kursu psychoedukacji, w którym uczestniczyłam, opowiadała nam swój sen, który potem się sprawdził. Pomyślałam wtedy, że zmyśliła tę historię, żeby zwrócić na siebie uwagę grupy. Ponieważ była to dodatkowo osoba dość płaczliwa, układał mi się to w całość. 
Przez długi czas potrafiłam sobie również racjonalnie wytłumaczyć sny mojego ojczyma. Za każdym razem, kiedy widział w nich zdechłe ryby, w krótkim czasie umierał ktoś z rodziny lub znajomych. Myślałam: przypadek. Ludzie umierają, a ojczym często jeździ na ryby. Łatwo "podciągnąć" czyjąś śmierć pod sen, zbudowany z doświadczeń. 
Wydawało mi się to znacznie bardziej logiczne.
Do czasu, aż ryba przyśniła się mi.

***
Stałam w jeziorze, w jaskini. Obok mnie Pan Mąż. Nagle spomiędzy moich nóg wypłynęła ryba. Wystraszyłam się i zaczęłam wołać do męża: - Łap ją! Łap ją. To za wcześnie. Za wcześnie!
Zaraz po przebudzeniu opowiedziałam mężowi ten sen - dlatego, że jaskinia przypominała mi baseny, w których byliśmy na Węgrzech. Pewnie, gdybym tego nie zrobiła, nawet bym go nie zapamiętała, bo zwykle sny umykają mi od razu po otwarciu oczu.
Byłam wtedy w 12.-13. tygodniu ciąży z J.J.-em. Zdrowej, książkowo przebiegającej ciąży. Młody miał się urodzić w połowie maja, jako Byk.
Urodził się w marcu, jako Ryba. Sporo za wcześnie.

***
Także w ciąży z J.J.-em przyśnił mi się szpital. Leżałam na sali, której nie znałam (a byłam wcześniej w placówce, w której planowałam rodzić i wiedziałam, jak wyglądają tamtejsze pokoje), pielęgniarki nosiły mnie na rękach i myły w miednicy, a na łóżku obok leżała młodziutka dziewczyna, właściwie dziecko w ciąży. Żartowałam sobie wtedy, że ten sen to znak, że moja siostra (wówczas 13-letnia) powinna się zacząć zabezpieczać. Wyjaśniłam go sobie jako efekt obaw o nią. 
Kilka miesięcy później obudziłam się po cesarce w sali, która wyglądała jak tej pokój ze snu. W najdrobniejszych szczegółach. Pielęgniarki ponosiły mnie i myły, bo nie byłam w stanie się ruszać. A na łóżku obok umieszczono... 14-latkę po porodzie. 

***
Nigdy przedtem ani potem nie miałam podobnych doświadczeń. Wciąż nie wiem, jak je rozumieć. Czasami tłumaczę je sobie tak, że przyszły po to, by łatwiej mi było przetrwać ten najcięższy czas, pokonać traumę i spojrzeć na wszystko jako na coś, co i tak miało się wydarzyć. Ale nie wiem nawet, czy faktycznie w czymkolwiek mi to pomogło.
Na pewno jednak otworzyło mój umysł na więcej możliwości.

***
A Wy? 
Macie podobne doświadczenia?
Jak je interpretujecie?

Zdjęcia powyżej zrobiła Ola Gałązka podczas urodzin showroom'u. Dziękuję, Olu, uwielbiam je! 

czwartek, 9 października 2014

empathy

Kobiety są bardziej empatyczne. 
To dowiedzione naukowo. 
Możemy się wściekać na mężczyzn, że nas (ani ludzi w ogóle) nie rozumieją, nie domyślają się, co czujemy i nie wychodzą nam naprzeciw, ale prawda jest taka, że to zupełnie nie ich wina. Ich mózgi po prostu funkcjonują inaczej. Mają mniej połączeń nerwowych między półkulami (czyli w dużym uproszczeniu też między intuicją i analizą), mniej tzw. neuronów lustrzanych, które pomagają nam np. odczytywać intencje innych, a także więcej testosteronu - a im wyższy jego poziom, tym gorsza zdolność odczytywania cudzych emocji. 
Mimo wszystko empatii (oczywiście do pewnego stopnia) można się nauczyć. Psychologowie mówią nawet czasem o tzw. mięśniu empatii, który da się zwyczajnie (jak inne mięśnie) wyćwiczyć. Dla mnie - mamy dwóch chłopaków - to doskonała wiadomość. Ludzie empatyczni są mniej skłonni do konfliktów i potrafią je pokojowo rozwiązywać, nawiązują trwalsze przyjaźnie, głębsze związki, mają lepszy kontakt z dziećmi. Zalety posiadania tej umiejętności można mnożyć i mnożyć. 
Więc jak ją w dzieciach rozwijać?

Jak zawsze, zacząć od siebie. Pominę tu etap rozpoznawania i nazywania swoich emocji - załóżmy, że mamy to za sobą :) Chodzi o to, by rozpoznawać, nazywać i szanować uczucia dziecka. Szanować, czyli dać mu do nich prawo i brać je na poważnie. Jeśli jest smutne z powodu zgubionego ludzika czy małpki, niech będzie smutne, niech odżałuje. Jeśli jest wściekłe, bo czegoś mu zabroniliśmy, trudno - niech się wścieka, a potem uspokaja, np. licząc do 30 (u nas działa). Jeśli dziecko dostanie od nas sygnał, że nie negujemy żadnego z jego uczuć, także tych niełatwych, nie przymuszamy do ich tłumienia, a pomagamy się z nimi zmierzyć i dajemy mu czas - postąpi potem tak samo wobec innych. 

W sieci, w poradnikach, na kursach znajdziecie mnóstwo sposobów na ćwiczenie z dzieckiem, wszystkie dobre. Znajdziecie też wiele pomocnych książeczek. Ja powiem Wam, co działa u nas. Nie ma tego dużo :) Właściwie sprowadza się to do trzech zabaw, które stale praktykujemy (chociaż co ciekawe - tego, że można je uznać za trening empatii, dowiedziałam się dopiero niedawno :)).

1. Wyobraź sobie...
Po tę zabawę sięgam zwykle wtedy, kiedy J.J. zachowa się wobec kogoś nieładnie, jest niemiły lub wyrządzi komuś jakąś przykrość. Odwracam wtedy przysłowiowego kota ogonem i proszę J.J.'a, by wyobraził sobie sytuację, w której to ta osoba postępuje tak wobec niego. Potem pytam, co czuje. A potem pytam, czego by oczekiwał od tamtej osoby i co uważa, że powinien teraz zrobić. 
Zabawa ta przydaje się też podczas wybierania dla kogoś prezentu albo planowania niespodzianki. Wyobraź sobie, co mogłoby ucieszyć ciocię... Co ucieszyłoby ciebie? Co lubisz? A co lubi ciocia?
Przy okazji robi się z tego fajny trening dostrzegania różnic w upodobaniach i punktach widzenia.

2. Ale fajne...
Ta (autorska, ha!) zabawa również uczy zauważania różnic w postrzeganiu świata, ale nie tylko. To moja stała pomoc w sytuacjach kryzysowych. Kiedy J.J. nie potrafi się uspokoić, jest nerwowy, albo nie potrafi nazwać swoich uczuć, właśnie ta optymistyczna gra sprowadza go niejako na ziemię (jeśli zwykłe liczenie nie pomoże). Polega to na tym, że rozglądamy się wokół siebie i mówimy, co jest takie fajne. 
- Ale fajny kolor ma ten liść! 
- Ale fajny pies!
- Ale fajny obrazek!
itd.
Fajne może być cokolwiek. Przy okazji okazuje się, że WSZYSTKO jest na swój sposób fajne :)
Potem - już z pozytywnym nastawieniem - łatwiej porozmawiać o tym, co wcześniej zdenerwowało lub wystraszyło J.J.'a.

3. Co czuje drzewo?
Albo samochód, albo pociąg, albo kamień. Bawimy się w to bardzo często. Jeździmy smutnymi i wnerwionymi pociągami. Albo dowcipnymi, którym tylko żarty w tej ich mechanicznej głowie. Mijamy roześmiane drzewa. Mijamy też płaczące drzewa, które chciałyby być samochodami, chociaż wiadomo, że nie mogą. Zbieramy spokojne szare kamyki i czerwone, które chcą się przytulać. J.J. sam tę zabawę inicjuje, przypisuje przedmiotom emocje, ale znacznie bardziej, najbardziej lubi przypisywać im historie, które te emocje wyjaśniają. A są to niestworzone opowieści, mówię Wam. 

Spróbujcie!
Opowiedzcie mi też o Waszych metodach.

Jeszcze ciekawostka: jednym z objawów empatii jest automatyczne ziewanie w odpowiedzi na czyjeś ziewanie, więc jeśli Wasze dziecko tak właśnie reaguje, to znaczy, że jesteście na dobrej drodze :)

poniedziałek, 22 września 2014

mind your own womb

- Niech Wam Bóg w dzieciach wynagrodzi!
- Ile to już lat po ślubie? Nie pora na dziecko?
- Po trzydziestce zegar biologiczny głośniej tyka, co?
- Nie chcecie mieć dzieci? Teraz tak mówicie, ale szybko zmienicie zdanie. Nie wiecie, co tracicie.
- Kto się Wami zaopiekuje na starość?
- No, to teraz pora na dziewczynkę/chłopca.
- Nie smutno Wam tak samym?
- Unieszczęśliwiacie dziecko. Ono potrzebuje rodzeństwa.
- Taki rozpuszczony, bo jedynak.
- Ojtam, że ona nie chce. Musisz ją bardziej przycisnąć.
- Trzeba poprawić statystyki vel. zadbać o własną emeryturę.

Ręka do góry, kto choć raz w życiu usłyszał podobny komentarz. Albo podobny wygłosił. Podnoszę i ja. Mamy jakiś dziwny społeczny nawyk wtrącania się innym w życie intymne. Okej, nie pytamy może o ulubione pozycje i pory na seks. Chociaż w sumie dlaczego nie? Skoro pytamy wprost lub robimy aluzje odnośnie efektów. Dlaczego na ślubach babcie/ciocie życzą młodej parze rozmnażania się, a nie życzą wielu orgazmów? Dlaczego jedno wypada, a drugie już nie? Skoro już zaglądają do łóżka. W końcu co jest ważniejsze dla szczęścia i trwałości związku? Ilość potomstwa czy udane pożycie?
Choć tak naprawdę chciałam nie o tym.
Dlaczego zakładamy, że wiemy lepiej, ile ktoś powinien mieć dzieci i czy w ogóle? 
Spodziewamy się, że zdrowa, niepatologiczna para będzie się starać o dziecko. 
Spodziewamy się, że rodzice jedynaka będą wkrótce mieli kolejne maleństwo.
Spodziewamy się, że jak ktoś ma chłopca, to marzy jeszcze o dziewczynce i odwrotnie.
Dlaczego?
Nie mam pojęcia, skąd się wzięły te schematy myślowe, ale wiem na pewno, że trzeba je w sobie zwalczać i w temacie rozmnażania się nikogo pod żadnym pozorem nie oceniać i nie nagabywać. 

Znam bezdzietną parę trzydziestokilkulatków, dawno już po ślubie. Ile oni się nasłuchali! Ile jeszcze pewnie nie raz usłyszą. Ile też nie usłyszą z tego, co się mówi pod ich nieobecność. Czasami się wtrącam w te dyskusje: - Dajcie spokój, oni po prostu nie chcą mieć dzieci - mówię, ale natychmiast zostaję zalana falą kontropinii. Bo to przecież niemożliwe. Jak można nie chcieć mieć dzieci? Ano, można. Moim zdaniem lepiej wiedzieć, że się nie chce i nie mieć niż ulegać tej presji, tej wiercącej dziury w brzuchu familii i rodzić dziecko na siłę. Kto je będzie te 9 miesięcy nosił w brzuchu? Kto je będzie potem wychowywał? Zmieniał pieluchy, wstawał w nocy, chodził obrzygany? Kto będzie słuchał płaczu? Do tego naprawdę trzeba kochać i CHCIEĆ. Łatwo chcieć za kogoś, jeśli się nie bierze na kark jego obowiązków. Łatwo się uśmiechać i szczebiotać do bobasa, którego kupę wyciera ktoś inny. Taka prawda. 
Jeszcze te babcie i ciocie, które płaczą nad losem jedynaka. One nie wiedzą, jak matka przeżyła poród, co czuła. Nie wiedzą, jak ciężko było odbudować intymność w małżeństwie. Na jakim cienkim włosku wisiała przyszłość tej rodziny. Albo jak trudno może być kochać dwójkę tak samo. Niektórzy nie potrafią. Naprawdę. Dobrze, że kochają jedno. To dar. To trzeba docenić. I to, że potrafią rozsądnie ocenić sytuację i wybrać najlepszą z opcji. Bo najlepsza opcja to ta dobra dla wszystkich w danej rodzinie, w danym domu. Nie dla tych cioć i babć. Nie ta, która nam się taka wydaje. 
Mam dwóch chłopaków i nie potrzebuję dziewczynki do pełni szczęścia. Niczego mi nie brakuje. 
Mogę mieć jeszcze jedno dziecko, ale NIE MUSZĘ. 
Znam rodzinę z trzema córkami. Także są najszczęśliwsi.



wtorek, 16 września 2014

irresistible

Niektóre z Was wiedzą, że od wielu już (7? 8?) lat zajmuję się zawodowo tematyką okołomedyczną. W większości przypadków (zleceń) piszę o tym, jak skutecznie zastępować farmakologię metodami naturalnymi, ale nie o znachorstwie, tylko o dobrym żarełku i dbaniu o siebie przy wykorzystaniu jak najmniej przetworzonych produktów. Mam dość kiepską pamięć, a wiedzy z tego zakresu jest tak dużo, że nie sposób wszystko ogarnąć. Poza tym naprawdę łatwo od tego zwariować i popaść w skrajności. Dlatego zaraz po napisaniu artykułu staram się nadmiar informacji wypierać, a zostawiam sobie tylko te, które uznaję za przydatne na co dzień, np. co z czym w rodzinnej diecie łączyć, czego ilość zwiększyć, a z czego raczej zrezygnować itp. Obiecałam Wam wpis o wzmacnianiu odporności dzieci (a przy okazji i swojej), ale musicie pamiętać, że pomimo tylu lat doświadczenia nie jestem jednak lekarzem, ani nawet dietetykiem, więc proszę potraktujcie mnie łagodnie ;)

Z pewnością w kwestii zdrowia dzieci dużo same już wiecie lub podpowiada Wam to intuicja. Ważna jest higiena, dużo ruchu, spacery lub po prostu zabawy na dworze (za minimum uznaje się ok. 2 godzin dziennie, ale wiemy, jak jest :/), spokojny sen i kąpiele w letniej wodzie, a latem - nawet w chłodnej, bieganie boso, zmiany klimatu. Ponieważ niemal 80% układu odpornościowego związane jest ściśle z układem pokarmowym, niezwykle istotne jest też to, co jemy, my i nasze dzieci. Co oraz JAK (o tym drugim często zapominamy!).

1. Równowaga
Jak wszędzie, tak i w mikroflorze naszego organizmu najważniejsza jest równowaga. Pokrótce chodzi o to, by nie przesadzić z jakimś składnikiem, np. z tłuszczami czy węglowodanami. Dlatego fajnie, jeśli pozwolimy dzieciom próbować różnych rzeczy, będziemy zmieniać jadłospis. Każda potrawa może mieć przecież jakiś zamiennik, a każdy ważny składnik - kilka źródeł. Choćby witamina C. Jest w truskawkach, soku z ananasa, zieleninie.
2. Prebiotyki
To naturalne składniki pożywienia (skrobia, błonnik), które zapewniają wspomnianą równowagę, a tym samym zdrowie całego organizmu. Znajdują się np. w burakach, porach, rzodkiewce, czosnku, cebuli, bananach. Warto "wkręcać" je w dietę dzieci choćby pod postacią zup-kremów. 
3. Probiotyki   
To owe słynne "kultury bakterii", na pewno o nich słyszałyście. Działają genialnie i szybko na florę organizmu. Podnoszą odporność właściwie "od ręki", a w wielu przypadkach mogą z powodzeniem zastąpić leki, np. przy zatruciach, biegunkach itp. Naturalnie są w zsiadłym mleku, kwaszonych ogórkach, kwaszonej kapuście, jogurtach typu Actimel, ale można je też kupić w aptece, jako tzw. osłonki. Jest to drugi (po tranie) suplement, który zawsze i każdemu gorąco polecam. Można go śmiało podawać dzieciom w każdym wieku, codzienne (tym bardziej, że nie każdy malec lubi ogórki czy kapustę) - będzie to doskonała profilaktyka.
4. Tran  
Tran nie jest lekarstwem i nie wyleczy przeziębienia, ale uzupełnia niezwykle ważne dla zdrowia i rozwoju składniki, których w pożywieniu jest zazwyczaj bardzo mało, tj. omega-3 i witaminę D. Tran podajemy dzieciom od października do kwietnia, najlepiej codziennie. W miesiącach słonecznych robimy przerwę, ponieważ witamina D uwrażliwia skórę na słońce (przy okazji: przed szkodliwym wpływem promieni UV doskonale chronią czerwone i czarne owoce, dlatego dobrze jest od małego przyzwyczaić dzieci do jedzenia ich w okresie letnim). 
5. NIE dla antybiotyków
Każda terapia antybiotykowa nie tylko osłabia organizm, ale też rozleniwia go. Unikajmy lekarzy, którzy nie potrafią znaleźć innych rozwiązań. Oczywiście w zakażeniu bakteryjnym czy w przypadku ostrych zapaleń mogą okazać się niezbędne, ale w pozostałych sytuacjach lepiej z tego rozwiązania nie korzystać. Osobiście jestem też przeciwna syropom na kaszel oraz różnego rodzaju Immuno-syropom, które absolutnie nic nie wnoszą i w 99% oznaczają wyrzucone pieniądze. Znacznie lepsze okazują się naturalne kompoty (niesłodzone) z czarnego bzu, jagód czy malin, syrop z cebuli, syrop z buraka, a nawet miód.
6. Nic gorącego
Warto pamiętać, że witaminy nie są odporne na temperaturę. Jeśli w czasie przeziębienia podajemy maluchowi miód, to rozpuszczajmy go wyłącznie w ciepłej wodzie (poniżej 40 stopni). Właściwie wszystkie posiłki i napoje dla dzieci powinny mieć temperaturę ciała, nie wyższą. Także rosołek babci ;) (przy okazji: ten rosołek podaje się m. in. dlatego, że w towarzystwie tłuszczów witaminy doskonale się wchłaniają).  
7. Mniej mleka
Mleko i produkty mleczne (Uwaga: nie piszę tu o mleku matki) sprzyjają produkcji śluzu i tworzą doskonałe środowisko rozwoju dla bakterii, więc na czas kataru najlepiej odstawić je w ogóle lub chociaż ograniczyć do 200 ml dziennie. W tym czasie wapń, który wysusza, możemy dać dzieciom w syropku. Albo robić posiłki z jaglanki, która także wysusza i jeszcze fajnie rozgrzewa. Mleko można na co dzień zastępować np. mlekiem ryżowym lub owsianym (pycha i superzdrowo).
8. Lepsze przekąski 
Batonik, pączek, lody od czasu do czasu to nic złego, ale nie na co dzień. Organizm dziecka spali ten cukier szybciej niż nasz, ale i tak będzie potem wyczerpany i osłabiony. Znacznie lepiej dbać w domu o nawyk podjadania marchewek, rzodkiewek (zwłaszcza przy przeziębieniach, bo oczyszczają nos i rozpuszczają flegmę), orzechów, suszonej żurawiny czy słonecznika.    
9. Inhalacje
Potrafią skutecznie zapobiec przeziębieniu i zdusić je w ognisku. Przy pierwszych objawach można już zrobić takie z 2-5 ml roztworu z soli morskiej (lepsza niż fizjologiczna). Można do niej dodać kilka kropli olejku sosnowego. Dobrze też posmarować maluszka na noc maścią eukaliptusową.
10. Chlorofil
Tak, to ten składnik, który sprawia, że zielone rośliny są zielone. Jest bardzo podobny w składzie do ludzkiej krwi i podobnie jak ona przenosi tlen, a przy okazji transportuje składniki odżywcze. Sprzyja też rozwojowi tzw. bakterii aerobowych, odpowiadających za ww. równowagę. Najwygodniejszym i najbardziej efektywnym sposobem spożycia chlorofilu jest picie tzw. smoothies. Ale tylko tych zielonych: z garściami pietruszki, liści buraka, szpinaku itd. Przepisów na nie znajdziecie w sieci od groma. Spróbujcie. Dzieci na pewno te koktajle polubią!




niedziela, 7 września 2014

shoulders + bloggers love Mamissima: Baghera & Poofi

Ramiona. 
Czujecie je dziś? 
Nosimy, karmimy, tulimy, bujamy, kołyszemy. Nigdy naprawdę nie odpoczywamy. Wciąż czuwamy. Nasze umysły są stale aktywne, gotowe. Troszczymy się. Myślimy. Nigdy nie zapominamy. Śpimy inaczej niż kiedyś. Słyszymy przecież szept czy ciche kwilenie. Nasze zmysły są ostrzejsze. Nasza empatia staje się niemal telepatią. Dziwimy się, że potrafimy tak kochać. Że tak właśnie kochamy. Tak bez granic. To, co kiedyś wydawało się niepojęte, nagle stało się oczywiste. Słyszałyśmy setki razy: "pogadamy o tym, jak będziesz matką", "zrozumiesz, jak będziesz matką", "matki to wiedzą". Obruszałyśmy się na te słowa mniej lub bardziej, ale teraz, kiedy jesteśmy matkami - rozumiemy. Bo faktycznie: osiągnęłyśmy nowy stan skupienia uczuć. 

Pamiętacie tę reklamę: "You're doing it great"? Dajemy radę, prawda? Jesteśmy w tym naprawdę dobre, czasami wspaniałe. Ale trzeba nam o tym przypominać. My same też możemy sobie o tym przypominać. Na przykład dziś.

Czujecie to? 

Mamy silne ramiona. Uniesiemy na nich wszystko. 
Cały świat, całe życie.  


środa, 3 września 2014

bloggers love Mamissima: Marbushka

Dziś wraz ze sklepem Mamissima mam dla Was rabat na produkty fantastycznej marki Marbuska.
Fajna grafika, świetne pomysły i oryginalność gier tej firmy zawsze robiły na mnie wrażenie. Poza tym od pewnego czasu szukałam jakiejś "pamięciówki", która z powodzeniem zastąpiłaby memo. No, i udało się! 
Ta gra uwiodła mnie swoją męskością. 
Wyrosłam w przekonaniu, że prawdziwy mężczyzna lubi majsterkować. To zapewne wina/zasługa ojczyma, który był i wciąż bywa jak MacGayver - wiecie: potrafi zrobić czołg ze spinki do włosów ;) Ogromnie się cieszę, kiedy J.J. podpatruje Pana Męża, gdy ten coś zbija lub skręca. W przerwach od prac naprawczo-ogrodowych mają teraz fajny pretekst do spędzenia extraczasu razem. Gra "Co tam jest w garażu?" to nie tylko świetny trening spostrzegawczości i pamięci, ale i okazja, by J.J. poznał różne narzędzia i niezbędne w tym męskim świecie przedmioty, ich nazwy i funkcje. Poza zasadami gry można także poszukać przedmiotów z obrazków w swoim garażu - wtedy frajda jest jeszcze większa :)



wtorek, 2 września 2014

bloggers love Mamissima: La Millou

Jak wiecie, uwielbiam kaszkiety. Uważam, że Niedźwiadek wygląda w nich bardzo przystojnie, ale znalezienie takiego, w którym jego główka nie będzie się pocić, graniczy z cudem. Kaszkiecik La Millou uszyty jest z cienkiej, przewiewnej bawełny, a mimo to świetnie się układa. Poza tym urzekły mnie te wzory - marinistyczne, ale wcale nie oczywiste. Pasują do wielu rzeczy i stylów, nie gryzą się też z innymi motywami, co szczególnie mi odpowiada, bo lubię modowe eksperymenty. Ten model zobaczycie u nas nieraz: bardzo się przydał nad morzem, a już planuję jesienne zestawy z marynarską nutą - jak wspomnieniem lata. 
Chodzi też za mną TEN egzemplarz. 
Pamiętajcie, że tylko dziś na wszystkie wzory kaszkiecików Mamissima oferuje 15% rabatu :D