poniedziałek, 28 lipca 2014

world's end

Miejscowość nazywa się Zgon. Okropność. Dno jeziora jest muliste i pełne małżowych muszli. Dla mnie - dziewczyny z Pomorza, pamiętającej Czaplinek i Dominikowo - okropność nr 2. Ryby biorą średnio. Kajaki z maluchami odpadają. Na polu namiotowym warunki z głębokiego PRL-u. Dopiero niedawno odnowili toalety, ale światła w nich nadal nie ma. Ani ciepłej wody. Ogólnie: nuda i poruta. Ale z rodziną Pana Męża się nie dyskutuje. Jeżdżą tu od nastu lat i pewnie przez kolejnych naście jeździć będą. Z nieodgadnionych powodów kochają to miejsce. Podobnie zresztą jak setka innych osób, bo mały Zgon mieści jakimś cudem całe tłumy turystów, a bar z domowymi obiadami "U Małgosi" ledwo nadąża z wydawaniem posiłków. Na placki ziemniaczane czeka się tu 40 minut! Wszyscy narzekają, i wszyscy czekają. Więc na obiad te placki, grube jak racuchy, a na kolację kiełbasy z ogniska. Rozpalają je dwie osoby, za kwadrans wokół stoi już czterdzieści rozkładanych krzesełek lub pieńków drzew, a śmiech niesie się po gładkiej tafli na drugi brzeg. 
Przyzwyczajałam się długie lata. Nie chciałam tu przyjeżdżać. Buntowałam się i próbowałam walczyć. Ale już nie będę. Moje dzieci są tu szczęśliwe. Z braćmi ciotecznymi, z kuzynami. Tym całym dzikim tłumem. W tym kompletnie dzikim miejscu. Czerpią ze swojego dzieciństwa pełnymi garściami. Małże ich zachwycają, podobnie jak żaby, ważki, nocny berek z latarkami, jazda rowerem po pomoście, zabawa w atak rekina, robaki na haczyku i kąpiele o świcie w pełnym ubraniu. Patrzę na nich i czuję, że nie potrzeba im, ani mi niczego więcej. 


sobota, 26 lipca 2014

mother's brain

Naukowcy odkryli, że mózg matki rośnie w czasie ciąży i po porodzie. Rozwijają się zwłaszcza sfery, odpowiadające za przywiązanie, motywację, uważność i pamięć. Oczywiście dzieje się tak po to, by zwiększyć szanse noworodka na przeżycie. Natura trochę nas oszukuje i za pomocą hormonów oraz innych substancji chemicznych, których produkcja w naszym organizmie wzrasta, mozolnie buduje więź między nami a dzieckiem. Bez tego strach pomyśleć, co byśmy zrobiły z rozwrzeszczanym, obkupkanym i śmierdzącym ulanym mlekiem stworzeniem. Na szczęście u większości z nas ów mądry biologiczny proces przebiega prawidłowo. W dodatku okazało się, że im większą radość czerpiemy z macierzyństwa i im mniej jesteśmy w związku z tym sfrustrowane, tym rozwój naszego mózgu jest większy. Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie ten fakt stanowi doskonałą motywację do... wyluzowania ;) Im mniej się będę stresować, a im bardziej cieszyć z każdego dnia, spędzonego z moimi chłopakami, tym będę mądrzejsza. W każdym razie pojawi się przynajmniej taka możliwość. Bo oczywiście sam rozrost mózgu nie daje gwarancji, że z tej dodatkowej powierzchni skorzystam :P

Ponieważ ten weekend spędzamy na Mazurach, uznałam, że to doskonała okazja do wykorzystania nowo zdobytej wiedzy. Zamierzam się więc chillout'ować i delektować piękną stroną macierzyństwa, a bieganie za łobuzami po pomoście, wyplątywanie ich z wodorostów, napominanie, podcieranie tyłeczków, zapieranie plam z jagód i prośby o minutę ciszy zostawiam Panu Mężowi. Wygląda na to, że już zmądrzałam ;)



środa, 23 lipca 2014

brothers and sisters

Zapominam, że dzieli nas 15 lat, całe pokolenie prawie. Zapominam od zawsze, dlatego na przykład oglądała ze mną 'Seks w wielkim mieście', będąc małą dziewczynką. Teraz to ona mi przypomina, jak bardzo nie na bieżąco jestem z muzyką czy serialami, a wszyscy mężczyźni, którzy mi się podobają, dla niej są za starzy. Kiedyś jej imponowałam, wierzyła, że jestem sławna, bo byłam w telewizji i zdolna, bo potrafię wszystko ubrać w słowa. Teraz opary idealizmu opadły, ale nie zmieniły się nasze relacje. Nadal to ja jestem tą, która się mądrzy ;) Tylko częściej się z tego wspólnie śmiejemy. 
Myśląc o mojej siostrze, czuję w sercu (w sensie metaforycznym, nie anatomicznym) ciepło i spokój. Lubię to, jaka jest, ale też to, że jest. Po prostu. Mam ogromną nadzieję, że właśnie takich emocji będą kiedyś w stosunku do siebie nawzajem doświadczać moi chłopcy. 



wtorek, 22 lipca 2014

my boys in pictures

Nie będę się powtarzać. Wiecie, że kocham zdjęcia mojej siostry. Mocno i nieobiektywnie.
Zostawiam Was dziś z nimi. Może niektórych zaczarują tak jak mnie.

P.S. Po zmniejszeniu zdjęć do rozmiaru, mieszczącego się na blogu, na większości z nich pojawia się 'kasza'. Ktoś z Was wie, od czego to zależy i jak tego uniknąć?




piątek, 18 lipca 2014

independence

Nie pospieszam go. Nie zmuszam do niczego. Bardziej wspieram rodzące się w nim aspiracje niż czegokolwiek uczę. Lubię patrzeć, jak sięga po samodzielność, jak obserwuje i powtarza, wybiera sam właściwy moment i to, co chce naśladować. Lubię odkrywać, że podejrzał coś, czego zdawał się nie dostrzegać lub czego ja nie zauważałam u siebie czy u J.J.'a. A Niedźwiadek właśnie to wyróżnił w otaczającej go rzeczywistości. Wolę, żeby spróbował i się zraził, niż nie spróbował wcale. Wolę, żeby się potknął, idąc, niż żeby stał. Żeby chwycił się balustrady niż mojej ręki. Chociaż moja ręka jest i zawsze będzie obok. Asekuracyjnie. Jako plan B. Ten 'na pewno'. Wolę, żeby się wybrudził przy jedzeniu swoją własną łyżeczką, niż otwierał buzię i czekał, aż ja go nakarmię. Wolę, żeby rozlał, niż nie sięgnął po picie. Żeby dostał gęsiej skórki od chłodnej wody, niż się bał wejść do basenu. Wolę się obawiać niż zabraniać. A Wy?



środa, 16 lipca 2014

toys for boys

Na pewno pamiętacie, że wychwalałam J.J.'a pod niebiosa, jakim to jest wspaniałym bratem i jak sobie świetnie radzi z faktem, że w jego życiu pojawił się Niedźwiadek. Było pięknie, ale do czasu. Im bardziej Niedźwiadek jest mobilny, im bardziej charakterny i waleczny, im bardziej wie, co do czego, z czym i jak, tym częściej akcja się zagęszcza, a awantury wybuchają z częstotliwością znacznie przekraczającą wybuchy na słońcu. Dla nas-rodziców największym wyzwaniem wydaje się teraz utrzymanie równowagi między uczeniem a pocieszaniem J.J.'a. Chcemy go przecież oswoić z kolejną zamianą, z braciszkiem, który nie da sobie już zabrać zabawek, nie będzie leżał na kocyku, czegoś nie zauważy, coś odpuści. O, nie! Teraz Niedźwiadek sięga po to, na co ma ochotę, potrafi otworzyć sobie drzwi, potrafi jeździć elektronicznym samochodem i głośno krzyczy, kiedy próbuje mu się te przyjemności ograniczyć lub odebrać. J.J. za to obraża się, płacze i nie słucha próśb. Ba! Nie słucha nawet ostrzeżeń przed nieuchronną karą - konsekwencją jego działań. Kiedy więc zamyka drzwi do swojego pokoju i decyduje się bawić sam, 'karą' jest właśnie owa samotność: - Ty się bawisz w jednym pokoju, on w drugim. Jeśli ty nie wpuszczasz jego, on nie wpuszcza ciebie. Jeśli on się nie może bawić twoim samochodem, proszę oddaj mu jego.
Te i podobne zdania, prezentujące zależności, wzajemność, symetryczność, niezbędną w tej (i chyba w każdej) relacji, powtarzam setki razy dziennie. Z nadzieją, że któregoś dnia J.J. to załapie. Chociaż łapie zapewne już teraz. Tylko jeszcze nie akceptuje. Chce, żeby wszystko było dla niego, jego, po jego myśli. 
Chociaż kocha brata, staje w jego obronie przed każdym, chwali się nim, całuje go, rozśmiesza, karmi (jedzeniem dzieli się chętnie i bez mrugnięcia okiem), pomaga mu, ściąga z mebli, tłumaczy, co mówi, pilnuje, żebym zaspokajała wszystkie niedźwiadkowe potrzeby - od picia po przewijanie, troszczy się o to, by nie gryzły go komary i żeby było mu ciepło - więc chociaż tak jest, jednocześnie nie może się pogodzić z jego dorastaniem, zdobywaniem kolejnych stopni samodzielności i pewną ekspansywnością. Najbardziej zaś z tym, że trzeba się dzielić. 
Oczywiście jako takiego przymusu dzielenia się nie ma. Nie mówimy: daj mu swoje zabawki, bo przecież nie są z automatu wspólne. Wspólne zabawki mają dwie. Przy reszcie jest podział. Mówimy jednak: masz prawo się nie dzielić, ale jeśli się nie dzielisz, nie oczekuj, że ktoś podzieli się z tobą. 
Czy to działa?
Różnie.
Nie zawsze. 
Ale czasami tak.
No, i tylko to działa.   
Przy okazji imienin Niedźwiadka zauważyłam jednak, że w tym braku akceptacji chyba nie do końca chodzi o rzeczy. Niedźwiadek dostał kilka prezentów, J.J. jeden, ale ta różnica nie miała dla niego znaczenia. Za to dręczył go fakt, że Niedźwiadek ma jakieś swoje święto. Jakiś dzień, w którym może czuć się ważniejszy. J.J. nie chciał prezentów, chciał mieć imieniny. Po prostu.
Za dwa miesiące, kiedy nadejdzie jego święto, przypomnę mu o tym. Powiem, że to właśnie ten dzień, że wszystko ma swój właściwy czas i każdy dostaje po równo, choć nie zawsze na raz i nie zawsze to samo. Mam nadzieję, że zrozumie. 
Ech, dużo nadziei jest ostatnio w moim rodzicielstwie. Dla mnie to też nowe terytorium, nieznane wody. Staram się J.J.'a rozumieć. Nie tylko wyciągać konsekwencje. Nie tylko tłumaczyć. Ale też przytulić, kiedy mu źle. Być wsparciem, kiedy walczy sam ze sobą. Pochwalić, kiedy wychodzi bratu na przeciw, kiedy zachowuje się sprawiedliwie.
Czas pokaże, ile dobrego (albo nie...) z tego wyniknie. 
   

poniedziałek, 7 lipca 2014

golden boys

Jakiś czas temu u Noemi pojawił się tekst o psotach jej syna. Uśmiałam się przy nim zdrowo, jak większość czytelników, podejrzewam. Jednak znaleźli się i tacy, co zupełnie serio zaczęli dziewczynę straszyć Opieką Społeczną i sugerować zmianę metod wychowawczych. A od kiedy to surowość chowu powstrzymała jakieś dziecko przed łobuzowaniem?! Znacie takie przypadki? Jestem sobie w stanie - w teorii - wyobrazić zastraszone dziecko, które nawet nie drgnie pod każącym wzrokiem rodzica i natychmiast strasznie temu dziecku współczuję. Tutaj by się bardziej ta Opieka Społeczna przydała. 
Kilka dni temu mieliśmy gości, a ponieważ J.J. był ewidentnie nie w humorze i trzeba z nim było wyjść do drugiego pokoju (od czasu komentarza Alexandry pod tym postem, wychodzę z nim ja lub Pan Mąż, efekty są znacznie lepsze niż przy izolacji w samotności), wywiązała się dyskusja na temat wychowywania dzieci. Jeden z gości (przez grzeczność nie wymienię z nazwiska :P ) wyraził pogląd, jakoby niektóre dzieci wymagały stosowania klapsów. Oczywiście nie uważał klapsa za bicie, bo bicie jest niesprawiedliwe, a klaps - zasłużony. Lepiej dać jednego klapsa, żeby dziecko zapamiętało i więcej czegoś nie robiło niż powtarzać sto razy, kiedy ono robi w kółko to samo. Klaps po prostu przynosi natychmiastowy efekt. Znaczy: działa. A gadanie nie działa. Wyszło więc na to, że klaps to taki wychowawczy fast food. Na szczęście mój rozmówca nie ma dzieci (być może jeszcze nie), a z racji tego, że sam dostawał klapsy i w jego wypowiedziach słyszałam nie głos bitego dziecka, tylko głos usprawiedliwiających przed nim swoje czyny rodziców, od których się nie uwolnił, bardziej się nad nim litowałam niż wściekałam na ten tok myślenia. Normalnie jednak zrobiłabym aferę na pół miasta, bo tak samo jak nie cierpię wychowania bezstresowego, tak samo nie cierpię przemocy fizycznej. 
Moja mama powiedziała ostatnio do Niedźwiadka, który wywalił jej ziemię z doniczki na środku salonu: - Oj, bo jak będziesz tak rozrabiał, to babcia da ci klapsa. 
Oznajmiłam jej więc spokojnie i całkiem serio: - Mamo, jeśli kiedykolwiek odważysz się podnieść rękę na moje dziecko, będzie to ostatni raz, kiedy widziałaś wnuka. 

Dzieci PSOCĄ. To nieodłączny element dzieciństwa. Muszą się buntować, żeby dojrzewać. Muszą łamać zasady, żeby poznać granice. Muszą ryzykować, próbować, sparzyć się, żeby poznać świat. My-rodzice mamy być drogowskazem, pomagać, a nie budować barykady i zamykać przed nimi ulice. Piszę więc dzisiaj suplement do mojego wcześniejszego posta o karach: bądźmy wyrozumiali w tym wychowywaniu, otwarci na nasze dzieci, uważni, wsłuchani w nie. Wtedy także kara będzie adekwatna. Prawdopodobnie ;)


































Przy okazji wyznam Wam, że moja wytrenowana do dobrego pamięć wyrzuca psoty chłopaków za burtę ;) Dobrze mają z taką niepamiętliwą matką :D Ale kilka wybryków moich "złotych chłopców" zapamiętam na zawsze.

czwartek, 3 lipca 2014

where I grew up

Mieszkam daleko od swoich korzeni. Pół tysiąca kilometrów od rodziców i rodzeństwa, od przyjaciół ze szkoły. Odkąd mam dzieci, wydaje się, że jeszcze dalej. Czasu coraz mniej, zadań coraz więcej, wizyty zamieniają się w kilka uścisków i szybką wymianę zdań. Spotkania ze znajomymi przesuwam na kolejny raz. Raz za razem. Na spacer po znajomej okolicy już całkiem brakuje doby. Chociaż dojrzała tylko bywam, z całą pewnością jestem już dorosła. Ale są takie dni, kiedy tęsknię do tej dziewczyny z dwoma warkoczami, która czytała swoje wiersze w domu kultury, której tak się spieszyło na lekcje, że omal nie wpadła pod tramwaj, którą tak bardzo fascynował Emil z czarnymi oczami, że chodziła z nim palić papierosy między garażami za szkołą, chociaż nigdy nie lubiła zapachu dymu, która potem z innej młodzieńczej miłości kupowała codziennie pasek gumy Orbit. Więc kiedy pierwszy raz od lat miałam okazję poszwendać się po tym moim Mieście Wspomnień, nie odstraszył mnie nawet deszcz. Wracały do mnie takie obrazki: tu wyłyśmy z przyjaciółką do księżyca w pełni; tą drogą odprowadzał mnie do domu nauczyciel, w którym się podkochiwałam; tutaj byłam na ostatniej randce z B., nie skończyła się najlepiej; tu sprzedawali kiedyś najpyszniejsze rurki z kremem, a po tych schodkach wchodziło się do mojej przedszkolnej koleżanki, która miała najpiękniejsze lalki. Na tym drzewie został mój latawiec. Na tym przystanku prowadziłam długie rozmowy z przyjacielem. Nigdy nie mogliśmy się nagadać. W tym miejscu, nad Wartą żegnaliśmy z połową klasy czas podstawówki. Wydawaliśmy się sobie tacy ważni i mądrzy ;) A teraz idę tędy, niemal 20 lat później, z własnymi dziećmi i wcale się taka nie czuję. 
Podobno nie dorasta się w miejscach, ale w doświadczeniach. Najczęściej tych średnio lub najmniej przyjemnych. Pewnie tak, ale to właśnie w miejscach najlepiej się wspomina. I najlepsze.