wtorek, 30 września 2014

less than a second away

Wieczór. Po spacerze i kolacji. Chłopcy przy stole w kuchni zajadają się czekoladą.
Nagle krzyk. Obu równocześnie. Jestem obok, ale w pierwszej chwili nie wiem, co się dzieje.
- Mamo!!! - woła przerażony J.J. i pokazuje na Niedźwiadka. Ten prawie fioletowy, łzy w oczach. Chwytam go w pasie i obracam niemal do góry nogami, wkładam palec w gardło, mały się krztusi, ale w końcu wypluwa... całą kostkę czekolady. Wszystko trwa ułamek sekundy.
- Co zrobiłeś?! - krzyczę do J.J.'a. Przytulam Niedźwiadka, który powoli się uspokaja i odzyskuje swój normalny kolor skóry.
- Chciałem mu pomóc. Nie wiedział, jak to jeść - odpowiada cicho. Teraz on ma łzy w oczach i jest blady jak ściana. Mam ochotę dalej krzyczeć, ale gryzę się w język. Przytulam też jego.
- Tak nie wolno. Nie wolno wkładać nikomu nic do gardła. Mogłeś go udusić - tłumaczę.
Widzę, że rozumie i widzę, że to nim wstrząsnęło.

Nieszczęścia są ułamki sekund od nas.

Szczęścia też.

Opowiadam potem Panu Mężowi całą sytuację.
Milczymy.
- A wiesz, co było najbardziej absurdalne? - mówię po dłuższej chwili. - Że Buczo (nasz pies) zjadł tę wyplutą czekoladę w jeszcze mniejszym ułamku sekundy.
Śmiejemy się.

***

Pamiętam pierwszy dzień po wyjściu z porodówki, pierwszy raz na korytarzu w Centrum Zdrowia Dziecka, pierwszą chwilę przy inkubatorze J.J'a. Nigdy nie byłam bardziej nieszczęśliwa i bardziej szczęśliwa jednocześnie. Pamiętam podobne chwile przy inkubatorze Niedźwiadka. Każde pięć minut, które trwało jak wiek, a teraz wydaje się sekundą. Ten lęk i tę miłość większą niż byłam sobie w stanie wyobrazić. Staram się o nich nie pamiętać, żeby nie bolały, a jednak chcę pamiętać, by doceniać to, co teraz. Taka mała schizofrenia.

***

Popatrz teraz tak jak ja - na swoje dziecko. Masz je obok siebie. Zdrowe. Piękne. Najwspanialsze. Jest. Może nie pachnie już twoim mlekiem, ani mlekiem z puszki, ale uwierz mi - nawet kiedy będzie już siwiało, powąchasz jego głowę jak kiedyś i zdziwisz się, i wzruszysz, że to było tak niedawno, kiedy było małe i wtulało się w ciebie, pod twój nos. Że ta miłość urosła jak ono, jak ukorzeniony głęboko dąb. I urósł ten lęk, nieodłączny.
Nasze szczęście i nieszczęście.  
Oba warte siebie.

Szukamy sprawiedliwości, równowagi, harmonii w świecie? Jest właśnie tutaj. W macierzyństwie.



sobota, 27 września 2014

what's wrong with silly stuff?

Jakiś czas temu rozmawialiśmy o zabawkowej broni (->TU) i jeden z wniosków, który szczególnie przypadł mi do gustu, brzmiał mniej więcej tak: zabawki same w sobie nie są winne dziecięcej agresji, winę za nią ponosi przekaz, jaki idzie od dorosłych, odrodzicielskie konotacje, które się z tą czy inną zabawką wiążą. Kilka dni temu podobna dyskusja toczyła się u Małych Drani na temat lalki Barbie (choć post był trochę o czymś innym). W jednym z komentarzy pojawiła się kwestia, która mocno mnie zastanowiła: czy faktycznie jest tak, że wg nas-matek absolutnie każda zabawka, jaką kupujemy/dajemy naszemu dziecku MUSI być kreatywna, i co to w ogóle znaczy? 
Lubię to słowo: "kreatywność". Brzmi pięknie i niesie ze sobą same pozytywne wartości. Przez długi czas podchodziłam do niego bezkrytycznie i z zachwytem. Tymczasem Pan Mąż w jednej z naszych dość żywiołowych dyskusji kazał mi się zastanowić, co właściwie takiego złego jest w "głupich" zabawach czy zabawkach. Czy w ogóle są "głupie"? Ale tak obiektywnie. Czy przypadkiem czemuś nie służą? 
Wiecie, jak to jest z żywiołowymi dyskusjami. Człowiek się okopuje na swoim froncie i nie odpuści za nic, ale potem, jak strzały ustaną i zapada rozejm, zaczyna jednak rozważać kontrargumenty. No, zazwyczaj ;) 

Co właściwie uznajemy za "głupie"? Jest jakiś konkretny podział? Czy po prostu "nie-głupie" jest to, co ma w opisie "edukacyjność", "ekologiczność" lub wspomnianą "kreatywność"? Ja się właśnie na to chwytam, przyznaję. Na drewniane zabawki, klocki, puzzle, gry, jakąś ideowość. Ale teraz sama siebie pytam: czy to nie jest jednak tak, że sięgając po nie, łechcę swoją dumę, przekonanie o byciu dobrą mamą, o mądrym wychowywaniu dziecka? SWOJĄ dumę i SWOJE przekonanie. Bo nie J.J.'a przecież. Jemu by to do głowy nie przyszło. Niedźwiadkowi tym bardziej. Bądźmy szczerzy, małe dziecko bawi się czarno-białymi układankami równie świetnie co garnkiem i łyżką. Eksploruje WSZYSTKO, co może. Nie nakłada na zabawki żadnej inteligenckiej siatki pojęć. Nie obchodzi go, czy są modnie sensoryczne, czy tylko mają wypustki i hałasują. Ze starszym sprawa jest bardziej skomplikowana, bo dochodzą wzorce. Takie dziecko już wie/widzi/czuje, że z daną rzeczą wiążą się jakieś znaczenia lub emocje. Najpierw nasze-rodziców, a później rówieśników. Nie wiem, na czym polega tej bajer, że jedno dziecko ulega wpływowi grupy, a drugie nie. Mogłabym zaryzykować stwierdzenie, że to moja zasługa, że J.J. ma w nosie upodobania innych i skupia się na swoich. Bo odkąd pamiętam miał prawo wyboru i mógł o sobie decydować, więc na tym etapie sam siebie dobrze zna i nie czuje potrzeby doginania się pod kogoś. Bo też nigdy nie musiał tego robić, żeby pozyskać akceptację. Ale prawda jest taka, że tylko sobie na ten temat gdybam, bo nie wiem na 100%, czy tak to właśnie u niego wygląda. Może ma to w genach, po dziadku na przykład. Albo jeszcze coś innego zdecydowało. Nie wiem, ale cieszę się, że tak jest. 

Z drugiej strony: czy będę sobie rwać włosy z głowy, kiedy pójdzie do szkoły i nasiąknie grami komputerowymi albo Angry Birdsami? Znowu to samo: nie wiem (jestem dziś jak starta płyta, sory!). Jeśli wpłynie to na jego zachowanie, z pewnością to przegadamy. Jeśli nie wpłynie, prawdopodobnie dam temu spokój. Postaram się nie demonizować, bo będę się obawiać rykoszetu. Po prostu. 

Myślę sobie, że jeśli wychowuję dziecko mądrze, to znaczy: na osobę myślącą, uważną, pewną siebie i wyrażającą swoje zdanie, to nie mam się też tak bardzo o co bać. Bo nawet "najgłupsza" zabawka czy gra nie uczyni mu szkody. Bo nawet z tej "najgłupszej" właśnie on może wydobyć jakiś sens. Tak dla przykładu: czy Hot Wheelsy są "kreatywne", same w sobie? czy w ogóle coś je różni od tej nieszczęsnej Barbie? W reklamach ścigają się i zderzają. Można by rzec, że nie wynika z tego żaden pozytywny wzorzec dla małego mężczyzny. Propagują niebezpieczne, zagrażające życiu zachowania, prawda? Prawda. Ale dziecko tego NIE WIE. Nie ogląda tych reklam. Ani związanych z nimi bajek. Nasza-rodziców głowa w tym, by tego typu przekazy filtrować. Kiedyś i tak do niego dotrą, kiedyś się dowie i wtedy o tym pogadamy. Na razie zwracamy tylko uwagę, by nie robił wypadków, bo zniszczy auto albo zrobi krzywdę pieszemu - ludzikowi z Lego. Wymyślamy historie: a to zaczyna się rok szkolny i wszyscy jadą do Ikei po biurka, robi się straszny korek, nerwówka, trzeba szybko wybudować restaurację przy drodze, i toaletę. A to ktoś robi wielkie przyjęcie urodzinowe, znów korek, parking dla gości, pierwszeństwo dla busa z żelkami itd. Takie opowieści są "kreatywne", zgoda, ale takie same role w nich mogą odgrywać zarówno Hot Wheelsy, jak i stylowe drewniane auta. Sęk w tym, że to nie od zabawki idzie przykład, ale od nas-rodziców. To my tworzymy wzorzec. 

Nawet jeśli założymy, że nie ma "głupich" zabawek (tu UWAGA: nie namawiam Was do kupowania ton plastiku, nie mówimy dziś o sferze estetycznej!), pozostają jeszcze "głupie" zabawy albo w ogóle bezsensowne spędzanie czasu. Łapię się często na tym, że wychowuję chłopaków nieco zadaniowo. Być może gdzieś przekroczyłam granicę, ale J.J. w tej chwili praktycznie MUSI mieć zadanie lub cel, żeby funkcjonować. Musi wiedzieć, DOKĄD lub PO CO idziemy, żeby wyjść z domu. Nie pójdzie na spacer ot tak, żeby pójść na spacer. Musi wiedzieć, CO ma rysować. Albo CO ma zbudować z piasku. Nie będzie bazgrał czy kopał BEZ SENSU. Teoretycznie nic w tym złego. Ponoć chłopcy tak mają (prawda, Aga?). Pan Mąż uważa jednak, że trzeba się czasami umieć ponudzić i znaleźć z tym przyjemność, wyluzować, zrelaksować. Ma rację. Robimy to i my-dorośli. Odmóżdżamy się serialem lub talent-szołem. Wylegujemy się z kubasem kawy. Patrzymy sobie w gwiazdy. Brodzimy w rzece. Tracimy czas, co? Przecież moglibyśmy w tym czasie poczytać i zmądrzeć. Albo chociaż pouprawiać sport. Ale nie. Byczymy się. Bo od czasu do czasu właśnie tego nam potrzeba.

Więc DLACZEGO nie uczymy tego naszych dzieci? 
Sama tłumaczę się tym, że moje chłopaki to wulkany energii, że muszą mieć zajęcie, by nie roznieść domu w drobny pył. Ale i najbardziej aktywny wulkan ma okresy uśpienia. Nie wiem jeszcze, jak to osiągnąć, jednak dziś wiem na pewno, że chcę, aby doświadczyli czilałtu, marnotrawienia czasu, bezsensu, i żeby się tym rozkoszowali.


poniedziałek, 22 września 2014

mind your own womb

- Niech Wam Bóg w dzieciach wynagrodzi!
- Ile to już lat po ślubie? Nie pora na dziecko?
- Po trzydziestce zegar biologiczny głośniej tyka, co?
- Nie chcecie mieć dzieci? Teraz tak mówicie, ale szybko zmienicie zdanie. Nie wiecie, co tracicie.
- Kto się Wami zaopiekuje na starość?
- No, to teraz pora na dziewczynkę/chłopca.
- Nie smutno Wam tak samym?
- Unieszczęśliwiacie dziecko. Ono potrzebuje rodzeństwa.
- Taki rozpuszczony, bo jedynak.
- Ojtam, że ona nie chce. Musisz ją bardziej przycisnąć.
- Trzeba poprawić statystyki vel. zadbać o własną emeryturę.

Ręka do góry, kto choć raz w życiu usłyszał podobny komentarz. Albo podobny wygłosił. Podnoszę i ja. Mamy jakiś dziwny społeczny nawyk wtrącania się innym w życie intymne. Okej, nie pytamy może o ulubione pozycje i pory na seks. Chociaż w sumie dlaczego nie? Skoro pytamy wprost lub robimy aluzje odnośnie efektów. Dlaczego na ślubach babcie/ciocie życzą młodej parze rozmnażania się, a nie życzą wielu orgazmów? Dlaczego jedno wypada, a drugie już nie? Skoro już zaglądają do łóżka. W końcu co jest ważniejsze dla szczęścia i trwałości związku? Ilość potomstwa czy udane pożycie?
Choć tak naprawdę chciałam nie o tym.
Dlaczego zakładamy, że wiemy lepiej, ile ktoś powinien mieć dzieci i czy w ogóle? 
Spodziewamy się, że zdrowa, niepatologiczna para będzie się starać o dziecko. 
Spodziewamy się, że rodzice jedynaka będą wkrótce mieli kolejne maleństwo.
Spodziewamy się, że jak ktoś ma chłopca, to marzy jeszcze o dziewczynce i odwrotnie.
Dlaczego?
Nie mam pojęcia, skąd się wzięły te schematy myślowe, ale wiem na pewno, że trzeba je w sobie zwalczać i w temacie rozmnażania się nikogo pod żadnym pozorem nie oceniać i nie nagabywać. 

Znam bezdzietną parę trzydziestokilkulatków, dawno już po ślubie. Ile oni się nasłuchali! Ile jeszcze pewnie nie raz usłyszą. Ile też nie usłyszą z tego, co się mówi pod ich nieobecność. Czasami się wtrącam w te dyskusje: - Dajcie spokój, oni po prostu nie chcą mieć dzieci - mówię, ale natychmiast zostaję zalana falą kontropinii. Bo to przecież niemożliwe. Jak można nie chcieć mieć dzieci? Ano, można. Moim zdaniem lepiej wiedzieć, że się nie chce i nie mieć niż ulegać tej presji, tej wiercącej dziury w brzuchu familii i rodzić dziecko na siłę. Kto je będzie te 9 miesięcy nosił w brzuchu? Kto je będzie potem wychowywał? Zmieniał pieluchy, wstawał w nocy, chodził obrzygany? Kto będzie słuchał płaczu? Do tego naprawdę trzeba kochać i CHCIEĆ. Łatwo chcieć za kogoś, jeśli się nie bierze na kark jego obowiązków. Łatwo się uśmiechać i szczebiotać do bobasa, którego kupę wyciera ktoś inny. Taka prawda. 
Jeszcze te babcie i ciocie, które płaczą nad losem jedynaka. One nie wiedzą, jak matka przeżyła poród, co czuła. Nie wiedzą, jak ciężko było odbudować intymność w małżeństwie. Na jakim cienkim włosku wisiała przyszłość tej rodziny. Albo jak trudno może być kochać dwójkę tak samo. Niektórzy nie potrafią. Naprawdę. Dobrze, że kochają jedno. To dar. To trzeba docenić. I to, że potrafią rozsądnie ocenić sytuację i wybrać najlepszą z opcji. Bo najlepsza opcja to ta dobra dla wszystkich w danej rodzinie, w danym domu. Nie dla tych cioć i babć. Nie ta, która nam się taka wydaje. 
Mam dwóch chłopaków i nie potrzebuję dziewczynki do pełni szczęścia. Niczego mi nie brakuje. 
Mogę mieć jeszcze jedno dziecko, ale NIE MUSZĘ. 
Znam rodzinę z trzema córkami. Także są najszczęśliwsi.



wtorek, 16 września 2014

irresistible

Niektóre z Was wiedzą, że od wielu już (7? 8?) lat zajmuję się zawodowo tematyką okołomedyczną. W większości przypadków (zleceń) piszę o tym, jak skutecznie zastępować farmakologię metodami naturalnymi, ale nie o znachorstwie, tylko o dobrym żarełku i dbaniu o siebie przy wykorzystaniu jak najmniej przetworzonych produktów. Mam dość kiepską pamięć, a wiedzy z tego zakresu jest tak dużo, że nie sposób wszystko ogarnąć. Poza tym naprawdę łatwo od tego zwariować i popaść w skrajności. Dlatego zaraz po napisaniu artykułu staram się nadmiar informacji wypierać, a zostawiam sobie tylko te, które uznaję za przydatne na co dzień, np. co z czym w rodzinnej diecie łączyć, czego ilość zwiększyć, a z czego raczej zrezygnować itp. Obiecałam Wam wpis o wzmacnianiu odporności dzieci (a przy okazji i swojej), ale musicie pamiętać, że pomimo tylu lat doświadczenia nie jestem jednak lekarzem, ani nawet dietetykiem, więc proszę potraktujcie mnie łagodnie ;)

Z pewnością w kwestii zdrowia dzieci dużo same już wiecie lub podpowiada Wam to intuicja. Ważna jest higiena, dużo ruchu, spacery lub po prostu zabawy na dworze (za minimum uznaje się ok. 2 godzin dziennie, ale wiemy, jak jest :/), spokojny sen i kąpiele w letniej wodzie, a latem - nawet w chłodnej, bieganie boso, zmiany klimatu. Ponieważ niemal 80% układu odpornościowego związane jest ściśle z układem pokarmowym, niezwykle istotne jest też to, co jemy, my i nasze dzieci. Co oraz JAK (o tym drugim często zapominamy!).

1. Równowaga
Jak wszędzie, tak i w mikroflorze naszego organizmu najważniejsza jest równowaga. Pokrótce chodzi o to, by nie przesadzić z jakimś składnikiem, np. z tłuszczami czy węglowodanami. Dlatego fajnie, jeśli pozwolimy dzieciom próbować różnych rzeczy, będziemy zmieniać jadłospis. Każda potrawa może mieć przecież jakiś zamiennik, a każdy ważny składnik - kilka źródeł. Choćby witamina C. Jest w truskawkach, soku z ananasa, zieleninie.
2. Prebiotyki
To naturalne składniki pożywienia (skrobia, błonnik), które zapewniają wspomnianą równowagę, a tym samym zdrowie całego organizmu. Znajdują się np. w burakach, porach, rzodkiewce, czosnku, cebuli, bananach. Warto "wkręcać" je w dietę dzieci choćby pod postacią zup-kremów. 
3. Probiotyki   
To owe słynne "kultury bakterii", na pewno o nich słyszałyście. Działają genialnie i szybko na florę organizmu. Podnoszą odporność właściwie "od ręki", a w wielu przypadkach mogą z powodzeniem zastąpić leki, np. przy zatruciach, biegunkach itp. Naturalnie są w zsiadłym mleku, kwaszonych ogórkach, kwaszonej kapuście, jogurtach typu Actimel, ale można je też kupić w aptece, jako tzw. osłonki. Jest to drugi (po tranie) suplement, który zawsze i każdemu gorąco polecam. Można go śmiało podawać dzieciom w każdym wieku, codzienne (tym bardziej, że nie każdy malec lubi ogórki czy kapustę) - będzie to doskonała profilaktyka.
4. Tran  
Tran nie jest lekarstwem i nie wyleczy przeziębienia, ale uzupełnia niezwykle ważne dla zdrowia i rozwoju składniki, których w pożywieniu jest zazwyczaj bardzo mało, tj. omega-3 i witaminę D. Tran podajemy dzieciom od października do kwietnia, najlepiej codziennie. W miesiącach słonecznych robimy przerwę, ponieważ witamina D uwrażliwia skórę na słońce (przy okazji: przed szkodliwym wpływem promieni UV doskonale chronią czerwone i czarne owoce, dlatego dobrze jest od małego przyzwyczaić dzieci do jedzenia ich w okresie letnim). 
5. NIE dla antybiotyków
Każda terapia antybiotykowa nie tylko osłabia organizm, ale też rozleniwia go. Unikajmy lekarzy, którzy nie potrafią znaleźć innych rozwiązań. Oczywiście w zakażeniu bakteryjnym czy w przypadku ostrych zapaleń mogą okazać się niezbędne, ale w pozostałych sytuacjach lepiej z tego rozwiązania nie korzystać. Osobiście jestem też przeciwna syropom na kaszel oraz różnego rodzaju Immuno-syropom, które absolutnie nic nie wnoszą i w 99% oznaczają wyrzucone pieniądze. Znacznie lepsze okazują się naturalne kompoty (niesłodzone) z czarnego bzu, jagód czy malin, syrop z cebuli, syrop z buraka, a nawet miód.
6. Nic gorącego
Warto pamiętać, że witaminy nie są odporne na temperaturę. Jeśli w czasie przeziębienia podajemy maluchowi miód, to rozpuszczajmy go wyłącznie w ciepłej wodzie (poniżej 40 stopni). Właściwie wszystkie posiłki i napoje dla dzieci powinny mieć temperaturę ciała, nie wyższą. Także rosołek babci ;) (przy okazji: ten rosołek podaje się m. in. dlatego, że w towarzystwie tłuszczów witaminy doskonale się wchłaniają).  
7. Mniej mleka
Mleko i produkty mleczne (Uwaga: nie piszę tu o mleku matki) sprzyjają produkcji śluzu i tworzą doskonałe środowisko rozwoju dla bakterii, więc na czas kataru najlepiej odstawić je w ogóle lub chociaż ograniczyć do 200 ml dziennie. W tym czasie wapń, który wysusza, możemy dać dzieciom w syropku. Albo robić posiłki z jaglanki, która także wysusza i jeszcze fajnie rozgrzewa. Mleko można na co dzień zastępować np. mlekiem ryżowym lub owsianym (pycha i superzdrowo).
8. Lepsze przekąski 
Batonik, pączek, lody od czasu do czasu to nic złego, ale nie na co dzień. Organizm dziecka spali ten cukier szybciej niż nasz, ale i tak będzie potem wyczerpany i osłabiony. Znacznie lepiej dbać w domu o nawyk podjadania marchewek, rzodkiewek (zwłaszcza przy przeziębieniach, bo oczyszczają nos i rozpuszczają flegmę), orzechów, suszonej żurawiny czy słonecznika.    
9. Inhalacje
Potrafią skutecznie zapobiec przeziębieniu i zdusić je w ognisku. Przy pierwszych objawach można już zrobić takie z 2-5 ml roztworu z soli morskiej (lepsza niż fizjologiczna). Można do niej dodać kilka kropli olejku sosnowego. Dobrze też posmarować maluszka na noc maścią eukaliptusową.
10. Chlorofil
Tak, to ten składnik, który sprawia, że zielone rośliny są zielone. Jest bardzo podobny w składzie do ludzkiej krwi i podobnie jak ona przenosi tlen, a przy okazji transportuje składniki odżywcze. Sprzyja też rozwojowi tzw. bakterii aerobowych, odpowiadających za ww. równowagę. Najwygodniejszym i najbardziej efektywnym sposobem spożycia chlorofilu jest picie tzw. smoothies. Ale tylko tych zielonych: z garściami pietruszki, liści buraka, szpinaku itd. Przepisów na nie znajdziecie w sieci od groma. Spróbujcie. Dzieci na pewno te koktajle polubią!




środa, 10 września 2014

see you, Sea

Dzisiaj dzielę się z Wami ostatnią porcją zdjęć z naszych nadbałtyckich wakacji. Tym samym żegnam się z morzem z taką samą nostalgią jak co roku. Kamienie, muszle, nawet piasek można zabrać ze sobą, ale tego wiatru, szumu i zapachu już nie. A właśnie za tym zawsze tęsknię najbardziej...


wtorek, 9 września 2014

straw hat full of stones

Pytanie, które standardowo pada z ust znajomych/rodziny, kiedy spotykają nas po raz pierwszy od naszego powrotu z wakacji, brzmi: - I jak? Wypoczęliście? 
Nigdy nie wiem, co odpowiedzieć.
Nie, bo biegałam, wstawałam, obsługiwałam i pilnowałam dzieci tak samo jak w domu, z tym że w mniej sprzyjających okolicznościach i na mniej sprzyjającym terytorium. Tak, bo rytm dnia był inny, bo nie byłam z tym sama, nie musiałam przy tym pracować (no, prawie ;)) i ogarniać domu, nie patrzyłam na zegarek. Nie, bo przeczytałam 2 strony książki, a chciałam całą. Choć jedną. Tak, bo świeże nadmorskie powietrze wypełniło mi płuca po brzegi. Nie, bo nie poleżałam na plaży nawet 5 minut. Tak, bo spacerując o świcie z kijkami, sam na sam z morzem i chłodnym piaskiem, czułam się naprawdę zrelaksowana i spokojna.
Wychodzi na to, że właściwie wiem, co odpowiedzieć.
Tylko nie wiem, czy ktoś chciałby takiego wywodu słuchać ;)

A Wy co odpowiadacie?
A może tylko pokazujecie zdjęcia?





niedziela, 7 września 2014

shoulders + bloggers love Mamissima: Baghera & Poofi

Ramiona. 
Czujecie je dziś? 
Nosimy, karmimy, tulimy, bujamy, kołyszemy. Nigdy naprawdę nie odpoczywamy. Wciąż czuwamy. Nasze umysły są stale aktywne, gotowe. Troszczymy się. Myślimy. Nigdy nie zapominamy. Śpimy inaczej niż kiedyś. Słyszymy przecież szept czy ciche kwilenie. Nasze zmysły są ostrzejsze. Nasza empatia staje się niemal telepatią. Dziwimy się, że potrafimy tak kochać. Że tak właśnie kochamy. Tak bez granic. To, co kiedyś wydawało się niepojęte, nagle stało się oczywiste. Słyszałyśmy setki razy: "pogadamy o tym, jak będziesz matką", "zrozumiesz, jak będziesz matką", "matki to wiedzą". Obruszałyśmy się na te słowa mniej lub bardziej, ale teraz, kiedy jesteśmy matkami - rozumiemy. Bo faktycznie: osiągnęłyśmy nowy stan skupienia uczuć. 

Pamiętacie tę reklamę: "You're doing it great"? Dajemy radę, prawda? Jesteśmy w tym naprawdę dobre, czasami wspaniałe. Ale trzeba nam o tym przypominać. My same też możemy sobie o tym przypominać. Na przykład dziś.

Czujecie to? 

Mamy silne ramiona. Uniesiemy na nich wszystko. 
Cały świat, całe życie.  


piątek, 5 września 2014

pacifistic toys + bloggers love Mamissima: Vilac & The Little Experie

Wojna nigdy jeszcze nie była tak blisko nas, nie za naszego życia. Być może to dlatego na nowo rozważam, jak właściwie chcę wychować synów, na jakich mężczyzn. Odważnych czy sprytnych? Kiedyś, zanim miałam dzieci, powiedziałabym bez wahania: na patriotów, walecznych, dzielnych. Teraz coraz częściej myślę o tym, że wolałabym, żeby uciekali. Ratowali swoje życie, nie kraj. Choć - przyznaję - strasznie mi z tą myślą niewygodnie.
Być może zastanawiałabym się nad tym nawet, gdyby groźby wojny nie było. J.J. jest już w takim wieku, że różnice w wychowaniu między nim a jego rówieśnikami stają się coraz wyraźniejsze, a ja coraz częściej jestem niejako wywoływana do tablicy. Bo nagle spotykamy na swojej drodze chłopca, którego ojciec nauczył się bić, bo "prawdziwy mężczyzna musi umieć się bronić". I posyła go do walki z J.J.-em. A on się bić nie umie. Próbuje, ale nie umie. Bo nigdy go tego nie uczyliśmy. Nigdy się bić nie musiał. I chłopiec się śmieje. 
Mówię: - To nie jest obrona, tylko atak. Czy prawdziwy mężczyzna ma umieć atakować? I to kogoś słabszego. Jak możesz podpuszczać dziecko na dziecko?!
Ojciec chłopca jest lekko zmieszany, ale za chwilę rzuca:
- Za to twój syn będzie ciapą.
- Wolę, żeby był ciapą niż młodocianym przestępcą - odpowiadam.

Ale potem się zastanawiam: naprawdę tak wolę? Chyba tak. Z drugiej strony faktycznie powinien umieć się bronić. Tylko jak go tego nauczyć bez agresji? I czy "oddawanie" to dobra droga obrony? Może obroną powinno być właśnie pójście swoją drogą? Nie znam jeszcze odpowiedzi na te pytania. Za to rozmawiałam wtedy z J.J.-em o tym, co do czego miałam pewność:
- Nie podoba mi się, że tato tego chłopca uczy go się bić. Nie chcę, żebyś ty się bił i żebyś brał udział w takich zabawach. Czy tobie się taka zabawa podoba?
- Nie.
- Więc zrobimy tak: zaproponuj chłopcu zabawę w co innego. Może będzie chciał się pościgać albo pograć w piłkę, albo pojeździć z tobą autami. Zapytaj.
J.J. poszedł, zapytał, a po chwili siedzieli przy stole i bawili się w warsztat samochodowy.

W czasie wakacji nad morzem, w domku obok naszego mieszkali chłopcy, na oko ośmioletni. Obaj od rana do wieczora biegali po ośrodku z pistoletami i "strzelali". Początkowo J.J. próbował dołączyć, ułożył palce w pistolet i ich naśladował, ale nie trwało to długo.
- Zaraz odstrzelę ci łeb! - krzyknął jeden z nich do J.J.'a.
- Może chcecie pograć w piłkę - zapytał J.J.
- Idź stąd! - krzyknął drugi i polecieli dalej.
J.J. schował się smutny między samochodami i prawie rozpłakał.
Następnego dnia znów próbował namówić ich na grę w piłkę, ale tylko odpyskowali. 
- Nie zwracaj na nich uwagi, kochanie. To nie są grzeczni chłopcy. Tylko głupki bawią się bronią - powiedziałam głośno, tak żeby słyszeli ich stojący na ganku rodzice. 
J.J.-owi w tamtej chwili bardzo pomogłam, ale miałam jednak poczucie, że przesadziłam. To nie wina dzieci i chociaż one nie słyszały mojej uwagi, bo tę celowo kierowałam do rodziców (którzy zapewne i tak mieli ją w głębokim poważaniu), to jednak je obraziłam. 
Nie akceptuję zabaw bronią, to prawda. Ale czy mam prawo oceniać w tej kwestii innych? Nie wiem.
I znowu: czy J.J. bez broni jest chłopcem gorszego gatunku, słabszym? Czy mówienie, że to nie jest towarzystwo dla niego, jest w ogóle rozwiązaniem? Na te pytania także nie znam odpowiedzi.
Za to o broni porozmawialiśmy:
- Czy broń jest zła, mamo?
- Nie, kochanie, jeśli służy do obrony, ale nawet wtedy to ostateczność. 
- Co to znaczy?
- Że kiedy ktoś ci grozi, tobie, tacie, komukolwiek z nas i chce nam zrobić krzywdę, albo nas zabić i nie możemy się z tym kimś dogadać, bo on nie chce zmienić zdania, to może się zdarzyć, że będziemy musieli sięgnąć po broń. Ale najpierw spróbujemy na przykład zadzwonić po pomoc.
- Na policję?
- Tak, na policję. I poprosimy ich...
- ...żeby wzięli tego pana do więzienia?
- Właśnie tak.
- I dopiero jak to się nie uda, to można strzelać?
- No, jak się nie uda dogadać, ani aresztować, ani uciec, to wtedy tak.

Mimo wszystko w kwestiach agresji i obrony mam wciąż więcej pytań niż odpowiedzi. Mętlik w głowie. Chciałabym umieć oddzielić swój strach od pacyfizmu. Mieć jakiś pomysł. Chociaż jeden. Konkretny. W razie gdyby.

Na razie wiem, że jest milion innych zabaw i zabawek dla chłopców, znacznie bliższych mojemu sercu niż bijatyka i broń. 



środa, 3 września 2014

bloggers love Mamissima: Marbushka

Dziś wraz ze sklepem Mamissima mam dla Was rabat na produkty fantastycznej marki Marbuska.
Fajna grafika, świetne pomysły i oryginalność gier tej firmy zawsze robiły na mnie wrażenie. Poza tym od pewnego czasu szukałam jakiejś "pamięciówki", która z powodzeniem zastąpiłaby memo. No, i udało się! 
Ta gra uwiodła mnie swoją męskością. 
Wyrosłam w przekonaniu, że prawdziwy mężczyzna lubi majsterkować. To zapewne wina/zasługa ojczyma, który był i wciąż bywa jak MacGayver - wiecie: potrafi zrobić czołg ze spinki do włosów ;) Ogromnie się cieszę, kiedy J.J. podpatruje Pana Męża, gdy ten coś zbija lub skręca. W przerwach od prac naprawczo-ogrodowych mają teraz fajny pretekst do spędzenia extraczasu razem. Gra "Co tam jest w garażu?" to nie tylko świetny trening spostrzegawczości i pamięci, ale i okazja, by J.J. poznał różne narzędzia i niezbędne w tym męskim świecie przedmioty, ich nazwy i funkcje. Poza zasadami gry można także poszukać przedmiotów z obrazków w swoim garażu - wtedy frajda jest jeszcze większa :)



wtorek, 2 września 2014

bloggers love Mamissima: La Millou

Jak wiecie, uwielbiam kaszkiety. Uważam, że Niedźwiadek wygląda w nich bardzo przystojnie, ale znalezienie takiego, w którym jego główka nie będzie się pocić, graniczy z cudem. Kaszkiecik La Millou uszyty jest z cienkiej, przewiewnej bawełny, a mimo to świetnie się układa. Poza tym urzekły mnie te wzory - marinistyczne, ale wcale nie oczywiste. Pasują do wielu rzeczy i stylów, nie gryzą się też z innymi motywami, co szczególnie mi odpowiada, bo lubię modowe eksperymenty. Ten model zobaczycie u nas nieraz: bardzo się przydał nad morzem, a już planuję jesienne zestawy z marynarską nutą - jak wspomnieniem lata. 
Chodzi też za mną TEN egzemplarz. 
Pamiętajcie, że tylko dziś na wszystkie wzory kaszkiecików Mamissima oferuje 15% rabatu :D


poniedziałek, 1 września 2014

bloggers love Mamissima: Skoot

Na pewno już słyszeliście o akcji Bloggers love Mamissima. Miałam przyjemność znalezienia się i ja w doborowym towarzystwie mam, wybranych do współpracy przez sklep oraz portal Ładnebebe. Tym większą, że poczułam się przy tej okazji do spełnienia pewnej misji. Nietrudno było zauważyć, że przewaga dziewczyńskiego potomstwa jest wśród nas - Siedmiu Wspaniałych ;) - miażdżąca. Od dziś będzie zatem chłopakowo, i to bardzo! Możecie już nadstawiać uszu, bo za chwilę zawarczą silniki i zazgrzytają klucze francuskie :D

Od dziś do niedzieli będę Wam prezentować po jednym produkcie, na który tego dnia obowiązywać będzie 15% zniżki (lub na podobną ofertę danego producenta).

Zaczynamy od Skoot(era).
  
Długo nie mogłam się zdecydować na kolejną dziecięcą walizkę, a była nam już potrzebna, bo rzeczy wyjazdowe obu chłopców przestały się mieścić w jednej. Początkowo miała być przeznaczona dla Niedźwiadka, ale kiedy J.J. zobaczył ten fioletowy (nie mogłam wybrać inaczej!) skuter, dobrowolnie oddał bratu swojego dzikiego dzika (zresztą - co tu kryć - Dzik i Niedźwiadek bardziej do siebie pasują). Nie dziwiłam mu się. Walizeczka jest śliczna, bardzo lekka i idealnie nadaje się na wypady weekendowe oraz długoweekendowe - u nas bardzo częste. Nie bez znaczenia jest też fakt, że spełnia kryteria bagażu podręcznego chyba we wszystkich liniach lotniczych. Dla J.J.'a, który ciężko znosi rozstania ze swoimi rzeczami, jest to kwestia właściwie kluczowa. Poza tym walizka może też pełnić funkcję zabawki, gdyby pobyt w nowym miejscu okazał się jednak nudny ;)