wtorek, 26 maja 2015

mama's day

Bywam autostradą, po której jeżdżą miliony pojazdów, koniem, pilotem śmigłowca i dyrektorem karuzeli. Oddaję im wieczorem ostatnie mleko do mojej porannej kawy. Ostatniego wafla z syropem - najlepsze ciastko na świecie. Smażę naleśniki, noszę hulajnogi, kupuję sto ósme pudło Lego i sześćdziesiątego trzeciego ludzika. Dwudziestą czwartą wymarzoną czapkę z daszkiem dla J.J.'a i dziesiąte opakowanie żelków w tym tygodniu, dla Niedźwiadka. To takie oczywiste, takie normalne i takie potrzebne. Mi. Bo czasem czuję, że im dalej w las, tym bardziej tracę z oczu te moje drobne zadania jako mamy. Skupiam się na tych dużych: na wychowywaniu, wskazywaniu, byciu przykładem, wyjaśnianiu, odpowiadaniu na trudne pytania, nieustannych troskach o zdrowie i bezpieczeństwo. One jednak sprawiają, że zbyt szybko wyczerpują mi się baterie, dopada znużenie hałasem i chaosem, powtarzaniem po tysiąckroć. Czasami dopiero uzupełnienie zapasów mleka i wypicie w końcu tej kawy przywraca mnie na drogę, którą chcę podążać: tej na luzie, bez napięcia i przymusu, bez konsekwencji, jeśli nie mam na nią ochoty (jestem tylko człowiekiem!). Gdzie bycie mamą to wyzwanie i przygoda, zadanie i przyjemność, jednocześnie. Nierozłącznie. Gdzie każde utulanie do snu, całus, żart, czułość to największa nagroda. 
Bo to to są największe nagrody. 
Żadne puchary, medale i Noble się z nimi nie równają!

Życzę Wam ich dzisiaj jak najwięcej!


sobota, 23 maja 2015

Amsterdam: still walking with kids


Amsterdam. Pojechaliśmy tam pociągiem. Było ciasno i tłoczno. Urok miasta wynagrodził nam jednak wszystkie niedogodności podróży. Im dłużej spacerowaliśmy, tym bardziej zazdrościłam mojemu bratu tego, że miał okazję pomieszkać sobie na barce. Dla tego doświadczenia mogłabym cofnąć się w czasie i znów studiować. Niektóre barkowe domostwa z brzegu wyglądały wprost imponująco, kute ogrodzenia, ogrody, kryształowe żyrandole, malownicze tarasy, ba! nawet pływające place zabaw - zadziwiały mnie i oczarowywały. Z poziomu kanałów zaglądałam w okna i... planowałam najbliższe zakupy w Ikei ;)
Wyobrażałam sobie Amsterdam jako tętniące życiem, kolorowe miasto, ale choć tłumy ludzi faktycznie przewijały się przez centrum, ulicę dalej było już cicho i spokojnie. Do tego monochromatyczne barwy, piękna architektura, proste formy i spójna wizja. Bardzo mi się to spodobało. Ale wiecie: nawdychałam się sporo dymu, więc możliwe, że miałam złudzenia ;)

czwartek, 21 maja 2015

Eindhoven: walking with kids

Początkowo to był tylko "taki pomysł". Polecieć gdzieś raz w roku. Gdziekolwiek, gdzie jest lotnisko. Żeby mieć blisko do hotelu, nie pędzić, nie denerwować się, że nie zdążymy, bo przecież wiadomo, jak to wygląda z dziećmi. To znaczy: że nigdy nic nie wiadomo. Niepostrzeżenie zrobił się z tego zwyczaj, nasza rzecz: wybieramy dłuższy wiosenny weekend, poza jakimkolwiek sezonem, za lot i hotel płacimy mniej więcej pół roku wcześniej, bo taniej, i uzbrajamy się w cierpliwość. Pierwsza była Lizbona, potem Bergamo, teraz - Eindhoven. To jest zupełnie inne podróżowanie niż przedtem, kiedy chłopaków nie było z nami. Nie oklejamy mapy punktami do zwiedzenia, po prostu spacerujemy, obserwujemy, przystajemy, snujemy się i zachwycamy drobiazgami. 
W Eindhoven podziwialiśmy przede wszystkim architekturę. Domki i domy, ba! całe osiedla z cegieł, dopieszczone w każdym szczególe ogródki i miejską zieleń. Wszystko zadbane i tworzące spójną całość. Zaskoczyły nas wielkie okna od ulicy. To dla nas niemal ekshibicjonizm, że można jeść rodzinny obiad albo wylegiwać się z gazetą na kanapie tak "na widoku". J.J. zaglądał przede wszystkim tam, gdzie bawiły się dzieci. I do wszystkich skrzynek pocztowych, zwłaszcza tych w drzwiach. Myślę, że praca listonosza w Holandii wydaje mu się teraz jednym z najciekawszych zajęć na świecie. Niedźwiadek zwracał uwagę przede wszystkim na skutery i rozsmakował się w moich ulubionych waflach z syropem (będę za nimi tęsknić!). Największą frajdą dla obu chłopaków był jednak zdecydowanie aquapark i spora retro-karuzela na jednym z miejskich deptaków. 

niedziela, 10 maja 2015

taking it slow

Jakiś czas temu Kredka wspomniała, że po fali pędu i międzyblogowego wyścigu przyszła pora na ustalenie własnego tempa i - jak to pięknie nazwała - "slow blogging". O takim podejściu - wolnym od presji, za to skupionym na tym, od czego to wszystko się zaczęło - na miłości, uwielbianiu, podziwie, zachwycie nad naszymi dziećmi - pisała też mama Leny i Kuby. Bo one dorastają, absorbują nas, potrzebują bardziej, nie mniej, a w macierzyństwie jedną z najważniejszych rzeczy jest CZAS. Po liczbie postów nietrudno zauważyć, że i moje blogowe pisanie zmierza w tym właśnie kierunku. Wciąż mam Wam do pokazania mnóstwo piękna, które stanowi ozdobę dzieciństwa moich chłopaków, wciąż są nowe historie do opowiedzenia i doświadczenia do dzielenia się, bo przecież razem łatwiej i lżej. Nadal szukam inspiracji - i tych wychowawczych, i tych modowych, ale częściej widujemy się na FB i Instagramie niż tutaj, bo tamte strony zwyczajnie nie kradną moim dzieciom mojego czasu, a tak się składa, że i J.J., i Niedźwiadek przechodzą obecnie wielkie zmiany, przetwarzają mnóstwo informacji, odkrywają milion i osiem nowych zjawisk i emocji dziennie, i bardzo, bardzo potrzebują mojej uwagi i wsparcia. Pracuję nad tym, żeby jak najrzadziej słuchali słów "zaraz", "za chwilę" i "mama jest teraz zajęta", ale bywa, że w nawale obowiązków zawodowych rzucam je niepostrzeżenie, a potem żałuję. Wiem, że to komfort być w domu i pracować w domu, a jednocześnie myślę sobie, czy nie miałabym mniej wyrzutów, gdybym po prostu zamykała za sobą drzwi i wracała, dopiero kiedy skończę...
Siłą rzeczy na blog zostaje bardzo, bardzo mało miejsca w krótkiej dobie. Ale też nigdy nie było to chyba miejsce przymusu. Wy również z jakiegoś powodu komentujecie tu coraz rzadziej, za to chętnie piszecie do mnie wiadomości prywatne. Być może właśnie ze względu na ten brak ciśnienia, nasze kontakty są takie ciepłe, intymniejsze. Też to tak czujecie?

To prawda, że oprócz ogromu miłości do dzieci i potrzeby budowania wspólnoty, blog napędzają także - bardzo konkretnie - wszelkiego rodzaju współprace. Lubię je i mam zawsze ogromną przyjemność z bycia częścią czegoś twórczego. Doceniam to, że mam możliwość ofiarowania moim chłopakom rzeczy niebanalnych i nierzadko powstających z pasją, realizujących marzenia. Jednak nigdy nie mogłabym przedłożyć nawet najbardziej lukratywnej oferty ponad nasze spacery, mniejsze i większe wyprawy, leśne eskapady, szukanie kolejnych placów zabaw w okolicy, błoto, lody i łażenie po drzewach. 

Media trąbią ostatnio o tym, że dzieci już nie chodzą po drzewach, nie wiszą na trzepakach, nie bywają w lesie, na podwórku też rzadko, za rzadko. Otwieram szeroko oczy i nie mogę w to uwierzyć. Naprawdę tak się dzieje? Gdzie? W jakich środowiskach? Bo moje chłopaki są wciąż brudni i pachną wiatrem, są mokrzy od deszczu, rozczochrani, rozbiegani, głośni i najbardziej na świecie uwielbiają kalosze. Tylko dziś J.J. tarzał się po trawie i wydłubywał nożem pestki z jabłek, żeby je potem zasadzić w ogrodzie. Tylko dziś Niedźwiadek wykąpał się w wiadrze z deszczówką i wyjadał Cini Minis z kory wokół jałowca. Dla mnie to normalne, oczywiste, zwyczajne dzieciństwo.
Czy to możliwe, że jest wyjątkowe? 


wtorek, 5 maja 2015

sweet, sweet May

Majówka rozpoczęła fantastyczny miesiąc. Wiosna to idealna pora roku, by celebrować niespiesznie czas, spędzany z rodziną. My postanowiliśmy po raz kolejny nie mieć planów (bo zazwyczaj nasze kalendarze zapełnione są deadline'ami) i dać się ponieść fantazji. I tak paliliśmy ognisko, grillowaliśmy, puszczaliśmy kolorowe lampiony szczęścia, łaziliśmy po lasach i placach zabaw, graliśmy w mini-golfa, sadziliśmy kwiaty w ogrodzie. Po prostu byliśmy razem.
A jak Wam minął ten długi weekend?