piątek, 30 stycznia 2015

let it go

Boimy się, my-mamy, dorastania naszych dzieci. To chyba drugi z naszych lęków głównych. Zaraz po tym o życie i zdrowie. Nie, że nam wyfruną i tyleśmy je widziały, tego też, ale mniej przecież, bo rozsądek (i trochę ego) nam podpowiada, że takie dobrze wychowane to choć zadzwonią. Czujemy zresztą tę więź, mocniejszą niż cokolwiek innego. Tę miłość, którą dajemy bez limitu. Wierzymy, że wróci, kiedy to nam trzeba będzie zmienić pieluchy i nas karmić łyżeczką. 
Boimy się ich dorastania, bo to... boli. Je boli. A ich ból w naszym odczuciu mnoży się razy milion. Co najmniej. Boli spadanie ze schodów i z roweru. Boli kontakt z piekarnikiem i z nożem. Boli za ciepła herbata i za zimny serek. Wyrwany "niechcący" kabel od DVD (no, ten najbardziej boli tatę). Jest płacz, kiedy coś "się zgubi" albo "się stłucze", albo "się popsuje". Kiedy wielki Złomek z plastiku połknie 2 złote i nie raczy nawet drgnąć. Kiedy klapka biletomatu przytrzaśnie palec. Kiedy pani w kiosku rzuci surowe spojrzenie i zapyta: "Co powiedziałeś? Nie rozumiem." No, oczywiście! Szok! Ktoś nie rozumie! Jak tak można?! Mama zawsze rozumie. Nawet jak dziecko wydaje z siebie ciąg dźwięków w stylu "hał hał ała ała aaaaaaaaaaa", to ona wie, że mowa o psie, który się uderzył, a teraz śpi. 
Mama.
Więc pędzimy czym prędzej, my-mamy, na złamanie karku, żeby tej pani w kiosku wytłumaczyć, ten bilet wyjąć, znaleźć, skleić, kolejne pieniądze na te 2 złote rozmienić. Pędzimy i tracimy po drodze głowę oraz wszystkie chlubne ideały, dotyczące wychowywania do życia w społeczeństwie. 
Ano, w społeczeństwie! Tam, na zewnątrz, w tym świecie pełnym ludzi, którzy nie łapią w lot, rzeczy martwych, ale złośliwych, trudnych zadań, niedoskonałości, upadków i rozlewów krwi. 
Otwieramy ten parasol albo... klatkę. Uff! Są bezpieczni.
Kto mógłby nam mieć za złe tę troskę, ten pęd? Jesteśmy mamami. To nasz obowiązek: chronić nasze dzieci. Prawda?
Prawda. Ale to, co zaczyna się niewinnie: od tych tłumaczeń i małych aktów rzucania się na pomoc ma przykrą tendencję do zmieniania się niespostrzeżenie w zwykłe wyręczenie, ba! nawet w życie, w myślenie ZA dziecko, za chwilę jednak dorosłe, pomimo naszych usilnych starań zatrzymania czasu. W "proszę Pani, a czy on nie mógłby poprawić tej oceny, on jest zdolny, tylko leniwy", w "daj tę listę lektur, wypożyczę/kupię", "zmęczyłeś się? skończę za ciebie" itd., itp. 
Zanim się obejrzymy, nie mamy koło siebie słodkiego maleństwa, które nas potrzebuje, a cwanego lenia lub niepełnosprawnego dorosłego. Znacie takie osoby. Pewnie niemało. Znacie też ich mamy. Może taką macie. Może taką jesteście. Jeśli tak, przestańcie! Natychmiast!
Dzieci są ciekawe świata i ludzi, chcą same, chcą próbować, nie czują lęku - to my im go wpajamy, wkładają ręce, balansują, biegną gdzieś, coś łamią, rozkładają na części, naciskają guziki - robią wszystko, żeby poznać, żeby WIEDZIEĆ. Pozwólmy im na to. Niech granicą ich dojrzewania i samodzielności nie będą nasze obawy, tylko to podstawowe bezpieczeństwo (życie i zdrowie). 
Niech upadną, niech popłaczą, niech powtórzą raz jeszcze, i jeszcze, i trzysta trzydziesty ósmy raz. SAME. 

***
J.J.: Nie chcę już jeździć na nartach, mamo. 
Ja: Co się stało? Zmęczyłeś się?
- Nie.
- Nie podoba ci się?
- Podoba, bardzo. Ale się przewracam.
- A ile razy się przewróciłeś?
- Już trzy.
- O, to za mało! Żeby dobrze jeździć na nartach, trzeba się przewrócić 37 razy.
- Naprawdę?
- Naprawdę.
- To muszę się jeszcze pouczyć.
I poleciał :)

Dzień później sama zaliczyłam wywrotkę. Potem jeździłam już bez. Po koniec J.J. podsumowuje:
- Nieźle ci idzie, mamo, ale chyba się nigdy nie nauczysz, bo tylko raz upadłaś.
:D
  
***
- Mamo, chcę mieć swoją kartę z punktami i sam kasować.
- A jak ci wleci w śnieg, to nie będziesz płakał? - pytam, bo tak było dzień wcześniej.
- Nie wleci, bo tata zawiesi mi sznurek i będę ją miał na szyi. Załatwiłem to.

***
- Tato, sam będę jechał na orczyku, dobra?
- Dobra, ale on mocno szarpie i łatwo z niego spaść.
- To spadnę.

***
Ja: No, jak ty założyłeś te buty? Są do połowy rozpięte. Śnieg ci naleci do środka.
J.J.: A co? Nie mogę sobie tak nosić, jak chcę?
 


czwartek, 22 stycznia 2015

be choosy

Pewnie Wam już mówiłam, może nawet pokazywałam to motto, które wisi u nas w salonie. Napisane odręcznie przeze mnie, samymi wielkimi literami, i oprawione przez Pana Męża. HAPPINESS IS AN INSIDE JOB. Otóż to! Szczęście to wewnętrzna robota :) Wypracowujemy je sobie sami. Może zabrzmi to jak patos, ale każdego dnia się o tym przekonuję. 
Otwieram oczy, widzę, że leje i wiem, że cały wczorajszy śnieg się rozpuścił i z sanek znowu nici. Ale zamiast przygnębienia WYBIERAM radość z nowego dnia. Na pewno zrobimy dziś coś równie fajnego jak sanki. A jeśli bardzo brakuje nam białej zimy, możemy zacząć dzień od zaśnieżonych (pudrem) naleśników. WYBIERAM się nie złościć, wybieram nie krzyczeć, wybieram przerwę, gdy czuję, że jest mi potrzebna. WYBIERAM sto osiemdziesiąte czwarte przypomnienie samej sobie, że kocham ich bardziej niż wczoraj, nawet jeśli także bardziej działają mi na nerwy. WYBIERAM w każdej chwili, że nie ma dostatecznie ważnego powodu, żebym nie była szczęśliwa. Oczywiście mam prawo być smutna, zdenerwowana, rozdrażniona, zmęczona, zniecierpliwiona i wszystko to wyrażać, ale jednocześnie żadna z tych emocji nie burzy mojego szczęścia, bo ono nie jest przecież domkiem z kart. 
WYBIERAM dobre myśli, pozytywne uczucia, lepszą perspektywę, czasami dystans, bycie miłym dla innych, uśmiech, ważne od mniej ważnego. Na początku drogi, dawno temu, wydawało mi się to trudne, nawet nieosiągalne. Teraz nie różni się prawie wcale od wyboru spodni, które założę, kremu czy zapachu. Bo kiedy wiemy, co nam się podoba, wiemy, czego chcemy, automatycznie wiemy też, co WYBRAĆ. 
Nasze emocje i myśli są przecież ważniejsze niż ciuch czy książka, prawda?
Więc śmiało - bądźcie wybiórczy!

P.S. To miał być post typowo "rzeczowy", bo chciałam Wam pokazać kilka moich ulubioności, ale znowu mnie poniosło. Za to na zdjęciach znajdziecie wszystko to, o czym miałam pisać, więc jak macie jakieś pytania, odnośnie produktów, to walcie śmiało i nie bójcie się zignorować powyższego tekstu motywacyjnego ;) :*


wtorek, 20 stycznia 2015

about time

Im bliżej Dnia Babci i Dnia Dziadka, tym bardziej tęsknię. Chciałabym do nich zadzwonić, złożyć banalne życzenia, usłyszeć, jak zdrabniają moje imię lub jak dziadek nazywa mnie Pyzą, jak pytają, kiedy przyjedziemy. To oni - rodzice mojego taty - byli moją lekcją miłości, wzorem rodziny, ostoją wartości, nosicielami dobra. To oni nauczyli mnie pięknie żyć. Ich mieszkanie z balkonem pełnym gołębi, solniczką na ścianie i zazdroską w oknie kuchni, starym Singerem w sypialni, szafą skarbów, regałem z rysowaną kredkami świecowymi miarką wzrostu wszystkich wnuków, taboretem przy telefonie, koszem motków i lampą między fotelami z jedną białą, a drugą czerwoną żarówką - to mieszkanie było moim azylem i oazą. Będę je w sobie nosić już zawsze. Pamiętać każdy szczegół. Każdy zapach. Wspominać najlepsze na świecie gołąbki. Zabawy w szybki pociąg, który stawał w Łazienkowie. Spanie w wannie pod absurdalnie grubą pierzyną. Naleśniki na śniadanie. Oglądanie "Sąsiadów". Dziś tych samych "Sąsiadów" ogląda J.J. i zanosi się śmiechem. Patrzę na niego i czuję, że wszystko, co potrafię mu dać, to w dużej mierze zasługa mojej babci i mojego dziadka. W nim, w Niedźwiadku, w moich wnukach i prawnukach będą żyli wiecznie. Bo dobro i miłość się przekazuje i mnoży. Prawda?

***
Oni żyli siedemdziesiąt kilka lat i tyle z siebie zdążyli dać nam wszystkim, całej rodzinie. Czy ja też zdążę? Chciałabym. Może nie będzie mnie nigdy stać, żeby wylać synom fundamenty pod murowane domy, ale na pewno już teraz mogę im stwarzać ten inny, ważniejszy fundament. Dzień w dzień. 

***
Tak sobie myślę. 
Jak bumerang powraca co jakiś czas temat zdrowego egoizmu w kontekście bycia mamą. Nie chcemy rezygnować z siebie, z bycia kobietami, partnerkami, kochankami w imię tego matkowania. Nie chcemy się umartwiać, poświęcać, iść na kompromisy. Mówimy, że należy nam się czas i szacunek, fryzjer i szoping, bieganie i opera. To wszystko prawda. Ale też wszystko ma swój czas. Nasze dzieci nigdy nie będą fajniejsze, mężowie - bardziej kochający, a przyjaźnie - wspanialsze niż teraz, jeśli o to nie zadbamy. A żeby zadbać, trzeba dać. Z siebie i siebie. Włożyć trochę wysiłku, pomyśleć o innych, trochę poświęcić, trochę zaryzykować, czasami nawet... ustąpić. 
Bo to nie fryzjer i szoping, nie ta opera zostanie naszym najcieplejszym wspomnieniem, tylko chwile, kiedy siedzimy całą gromadą w piżamach i kapciach na kanapie, kiedy jak wariaci całą noc układamy Lego albo z wywalonymi jęzorami pędzimy przez całe miasto, żeby zdążyć na lekcję judo. Zostanie niedzielne wyciskanie soku, śpiewanie na całe gardło "A ty noś, noś, noś długie włosy, jak myyyy...", albo kąpanie psa, który się wytarzał cholera wie w czym. Bo życie to nie same fajerwerki, motylki i łechtanie własnego ego, tylko codzienna miłość i małe dobra, które się przekazuje i mnoży. 

W przeddzień ich święta: dziękuję moim dziadkom, że mnie tego nauczyli.    

piątek, 16 stycznia 2015

f**king blogging

Nie mam w zwyczaju modzenia takich postów. O zapleczu pisania bloga. Czyli właściwie z d**y. Choć niektórzy na tworzeniu całych blogów o blogowaniu zbili swój "majątek" (taaa;)). Może z początkiem roku włączyła mi się nostalgia za czasami, kiedy my-blogerki byłyśmy koleżankami po piórze, a raczej klawiaturze, marzycielkami, trochę wizjonerkami, ale przede wszystkim mamami, kochającymi swoje dzieci. Może dało się zauważyć, że jakiś czas temu zrobiłam jednak krok w bok i bardzo mi się tu podoba.
Nigdy się nie ścigałam i ścigać się nie planuję. Nie zabiegam o tytuły, świadomie ignoruję wszelkie konkursy i rankingi. Nie tworzę mitów na swój temat, choć czasami - z literackiej potrzeby - mnie kusi. Nie celebrycę. Blogerki to żadne gwiazdy i nie zna ich nikt, kto się tematem nie interesuje. Gwiazdą jest Danuta Stenka albo Janusz Gajos. My-blogowe mamy jesteśmy jak przewodniczące kół gospodyń wiejskich. Decyzyjne takie, opiniotwórcze, takie strasznie ważne na tych zebraniach, w tej naszej wsi (to znaczy: w internetach), i świetnie. Ale to zaledwie ułamek naszej rzeczywistości, może 5, może 10%, i trzeba mieć w sobie dość pokory, by tego nie przegapić, by tych 90% nie spiep**** w imię jakichś wyimaginowanych fleszy czy kwot, wziętych z kosmosu. Nie zdeptać w biegu po jakieś pseudotrofeum naszych dzieci, partnera, nieblogującej kumpeli czy... siebie samej.  
Czego jeszcze nie robię? Nie linkuję i nie proszę o linkowanie (ba! bywa, że proszę o nielinkowanie). Nie publikuję listy moich ulubionych blogów, na której i tak u WSZYSTKICH są zawsze TE SAME pozycje (tak, tak, to na pewno przypadkowa zbieżność gustów albo... zbiorowa halucynacja ;)). Nie cykam sobie fotek z innymi blogerkami, nawet tymi, które dobrze znam i bardzo lubię. Nie pędzę przez pół Polski, żeby chociaż jedną taką fotkę mieć w swoim blogerskim dorobku, a jak się spotykamy przypadkiem, to podajemy sobie ręce, a nie aparaty. Nie włażę nikomu w d*** i pilnuję własnej. Nikogo nie udaję, nikogo nie naśladuję, nikomu nie zazdroszczę. Nie opowiadam o swoich zarobkach i o tym, na co je wydaję. To tylko blog, nie Big Brother! Nigdy nie kupiłam sobie ani jednego lubiacza. W dodatku mam strasznie bezlitosną manierę blokowania niektórych "fanów", głównie tych, co do których sobie nie życzę, żeby podglądali moje dzieci. Średnio miesięcznie usuwam z towarzystwa kilkadziesiąt takich osób na fejsbuku i na instagramie. Możecie policzyć, ile straciłam przez ostatnie miesiące w statystykach ;) Sen mi to z oczu spędza :P Mam mgliste pojęcie o liczbie słynnych UU (wiem, co to jest w teorii, ale w praktyce nawet nie wiem, gdzie tego szukać). Więc tak właściwie to blogerka ze mnie jak z koziego tyłka trąba. 
Sęk w tym, że bardzo mi z tą nieprofesjonalnością fajnie.
Między innymi dlatego, że stojąc z boku NIE MUSZĘ robić wszystkiego tego, co wymieniłam powyżej. Za to MOGĘ część z tych rzeczy zrobić, kiedy NAPRAWDĘ poczuję, że mam na to ochotę i mieć też pewność, że ta masa świetnych babek, które poznałam dzięki blogowaniu, to nie małpy w czyimś zoo, ale szczere, dobre kobiety (nie będę linkować, one wiedzą, o kim mówię :***). Nawet jeśli wyjedziemy kiedyś razem na weekend i upijemy się na tyle, żeby sobie zrobić wspólne selfie, to też będę miała 100% gwarancji, że przynajmniej wyretuszują mój wielki czerwony nochal, zanim to wrzucą do sieci ;)
Co jeszcze mogę? Mówić "nie, dziękuję", kiedy nie pasuje mi współpraca. Pisać takie posty, jakie chcę, a nie jakie mi ktoś dyktuje. Pisać prawdę. Jestem w miejscu, w którym chcę być, także dlatego, że marki/sklepy/firmy, z którymi współpracuję, prowadzą osoby, które dają się lubić. Miłe i pełne entuzjazmu. Czasami znamy się osobiście, czasami dzieli nas ocean lub dwie przesiadki, ale kiedy dobrze się gada - to nie ma żadnego znaczenia. A ja lubię gadać, wiecie. O niebo bardziej lubię gadać niż prowadzić zawodową konwersację. Poza tym polecam tylko rzeczy sprawdzone i takie, które faktycznie mi się podobają, okazały się praktyczne, solidne, warte swojej ceny albo... bardzo smaczne ;) Polecam to, co wpada mi w oko, zawsze starannie wybieram produkty, a jeśli wiem, że chłopcy z czegoś nie skorzystają, to nawet jeśli jest dużo warte - odmawiam. Wiele razy usłyszałam, że jestem głupia, bo mogłabym potem sprzedać daną rzecz z zyskiem. Mogłabym. Razem z częścią mojego kręgosłupa moralnego. Raz czy dwa obeszło by się może bez kaca. Ale potem?
Pewnie, że czasami żałuję, że ten kręgosłup mam! Ale nic na to nie poradzę. Dostałam taki w genetycznym spadku, a jakoś głupio mieć teraz pretensję do dziadków. Zwłaszcza w okolicach ich święta ;)

Żeby było jasne: to nie jest pamflet na profesjonalne blogerki, które dobrze wykonują swoją pracę, mają cel, albo misję, albo coś ważnego do przekazania. To raczej apel o opamiętanie dla tych, co pędzą na ślepo i "chwila prawdy" dla co naiwniejszych, które jeszcze wierzą w mity, imaginacje i bezinteresowne przyjaźnie, okraszone drogami na skróty. Nie idźcie nimi. Jeśli chcecie dokądkolwiek dojść, weźcie raki i toporki, i wytyczajcie własne szlaki. Jeśli wypadną gdzieś z boku, z dala od głównej trasy, nie szkodzi! Nie ma nikogo lepszego od Was. Nie ma nikogo takiego jak Wy. I to jest Wasze bogactwo!

To mówiłam ja: Kung-Fu-Matka ;)

fot. J.J.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

ss15: inspirations

Przegląd trendów jak zwykle subiektywny. To, co mi się podoba, to dominujący unisex, łagodne, ale niezupełnie przesłodzone lato, pastelowe wersje dzikich i indiańskich odniesień, skojarzenia z wodą i powietrzem, piękne odcienie żółtego, tonowanie szarości (które wreszcie przestają być wyłącznie na jesień) i kolor arbuzowy, który z pewnością będzie hitem całego sezonu. 
A co Wam wpadło w oko?

Finger in the Nose, Scotch Shrunk

piątek, 9 stycznia 2015

do it

Są takie rzeczy, które zawsze odkładam na później. Nie dlatego, że mi nie zależy, ale właśnie dlatego, że nie chcę ich robić w pośpiechu, że chcę lub powinnam poświęcić im należną uwagę i czas. A potem orientuję się, że znowu tego czasu nie było, że miałam na głowie to i tamto, i jeszcze coś niespodziewanego do załatwienia na już. Tak przychodzi koniec dnia, koniec tygodnia, koniec miesiąca, koniec roku... Znowu nie poszłam do lekarza, nie zrobiłam porządku w dokumentach, ani na półce z czapkami (ba! wciąż nie wyjęłam z niej rękawiczek, a zaraz skończy się zima), nie zadzwoniłam do kuzynki, nie wysłałam babci maila z fotkami prawnuków, nie wywołam zdjęć z wakacji. 
Właśnie te zdjęcia. Mam ich mnóstwo. Gdzieś. Na dysku tym czy innym. Niby są, ale nie ma. Nie mogę po nie sięgnąć. Nie stoją na półce, w albumach, jak u moich rodziców czy dziadków. Kilka starych rodzinnych fotografii trzymam w skrzynce - te mogę przejrzeć w każdej chwili. Kilka innych wisi za szybą na ścianie salonu. Też mają już swoje lata. 
Reszta znika w pamięci i czeluściach sprzętów na megabajty. 
Ale dość tego!
Postawione.
Zabieram się sukcesywnie za wywoływanie najpiękniejszych emocji i wspomnień: miny chłopaków, ich sesje, nasza Lizbona, nasze dzikie i dziksze ucieczki w Polskę, zdjęcia z tortem z każdych urodzin J.J.'a i Niedźwiadka, fotki z chrztów i chociaż jedna z każdego naszego ślubu, zdjęcia chłopców z babciami i dziadkami, ciociami i wujkami, z kuzynami. Osobny album powstanie ze zdjęć Zuzi, i na pewno zamówię sporą pulę Instafotek :) 
Na pierwszy ogień już poszedł nasz zeszłoroczny wypad do Bergamo. Dzięki ofercie współpracy od PRINTU w końcu zabrałam się do rzeczy. Najbardziej się bałam tego, że nie będę potrafiła wybrać najfajniejszych fotografii, ale okazało się, że lata blogowania na coś się jednak przydały i decyzje zapadały błyskawicznie strona po stronie. Gorzej było z układem. Zdecydowałam się na kwadratową książkę 30x30. Takie książki są "z automatu" oprawiane w twardą płócienną oprawę, co nie tylko świetnie wygląda, ale jest też bardzo trwałym rozwiązaniem (przy innych formatach jest więcej możliwości wyboru okładki, ja mogłam tylko zmieniać kolor). Mam słabość do kwadratowych zdjęć. Pewnie przez Instagram ;) Program do tworzenia fotoksiążek na stronie Printu jest dziecinnie łatwy w obsłudze, zawiera jednak tyle możliwości zaprojektowania poszczególnych stron, że w pierwszej chwili poczułam się oszołomiona. Z jednej strony najchętniej wywołałbym po jednym zdjęciu na każdej stronie, z drugiej chciałam ich wywołać jak najwięcej. W efekcie zmieniałam ten układ milion razy, zanim doszłam do wniosku, że najlepszy jest (jak zwykle!) złoty środek. 
Tworzenie fotoksiążki to przygoda, ale najlepsze jest trzymanie jej w dłoniach, przeglądanie i... zupełnie nieskromne wzdychanie z zachwytu. Najlepiej gremialnie.
Jakość jest rewelacyjna: moje zdjęcia wyglądają o niebo lepiej niż na ekranie laptopa i robią zupełnie inne, głębsze wrażenie. 
Współpraca z Printu ma jednak zasadniczą wadę: na pewno nie skończę na jednej książce, więc w efekcie kompletnie nie będzie mi się ona opłacać ;) 

Za to może opłaci się Wam, hehe :)
Pod TYM linkiem możecie skorzystać z 30% zniżki na absolutnie każdą fotograficzno-książkową fanaberię, jaką sobie wymyślicie. Kod będzie ważny 30 dni od pobrania, a jeśli zamówicie książkę do niedzieli, Printu gwarantuje dostarczenie jej przed Dniem Babci i Dziadka - oczywiście w domyśle po to, by tę książkę babci i dziadkowi podarować. Albo prababci i pradziadkowi :D
To do dzieła!
Ja już siadam do projektowania następnej.
 

środa, 7 stycznia 2015

best of 2014

Nie robię noworocznych postanowień. Po prostu staram się żyć najlepiej, jak potrafię i być najlepszą wersją siebie. Codziennie. 
Z reguły nie lubię też podsumowań, ale robię wyjątek, bo ostatni rok był dla mnie wyjątkowy. Także blogowo. Mam wrażenie (może złudne :P), że intensywniejszy od poprzednich. Poruszaliśmy (ja i Wy, bo przecież jesteście integralną częścią tego bloga) tematy trudne, czasami wręcz łatwopalne, ale ważne, zawsze ważne. Dla nas i naszych dzieci. 
Cieszę się, że tak się stało. Że dodaliście mi odwagi i blog poszedł w tym kierunku. Że przestał być wyłącznie modowy. Choć nie wiem nawet, czy kiedykolwiek był modowy. Stylizacyjny może raczej. Taki być nie przestanie. 
J.J. jest już dużym chłopcem, który doskonale zna swoje upodobania, ma bardzo silny charakter i zdecydowanie własne zdanie. Moja estetyka przeszła niemałą próbę w zderzeniu z jego potrzebami, ale chyba wyszliśmy z tego obronną ręką. Jego styl ewoluował, wykształcił się, skonkretyzował i bardzo to lubię. Dzięki temu to, co pojawia się na blogu jest takie prawdziwe, takie J.J.-owe, bez sztuczności. Takie jak co dzień. 
Dzięki J.J.-owi również szafa Niedźwiadka ma już swoją wyraźną specyfikę i to widać.

Dziękuję Wam za ten rok. Był świetny!
W styczniu rozmawialiśmy o gender TU, w lutym o wtrącaniu się w wychowywanie TU, w marcu o mądrej miłości TU, w kwietniu o życiu tu i teraz TU, w maju o byciu autorytarnym rodzicem TU i karach TU, o micie idealnej matki TU, w czerwcu o dziecięcej wolności TU, w lipcu o relacjach między rodzeństwem TU i TU, w sierpniu o zboczeniu chodzenia/jeżdżenia wszędzie z dziećmi TU, we wrześniu o wzmacnianiu odporności TU i głupich zabawkach/zabawach TU, w październiku o trenowaniu dziecięcej empatii TU, o ojcowskiej miłości TU i pomysłach na system edukacji (choć drażliwy to temat ;)) TU, w listopadzie opowiedziałam Wam o zasadach, panujących w naszym domu TU, a w grudniu... o Świętach, oczywiście, choć właściwie to o priorytetach :) TU.
Mam nadzieję, że nowy rok przyniesie nam jeszcze wiele interesujących dyskusji i wciąż będziemy się uczyć od sobie czegoś nowego. 

I że stylówy chłopaków będą coraz lepsze :D


piątek, 2 stycznia 2015

Christmas Wonderland

Im jestem starsza, tym bardziej czuję tę moc (:P), którą daje rodzina. Dla niektórych to coś bardzo oczywistego, ja-samotnik musiałam do tego dorosnąć. Ale może właśnie dzięki temu coraz bardziej i faktycznie na co dzień cieszę się swoją rodziną, mam w sobie też coraz więcej pokory i czułości dla rodziców, dziadków, rodzeństwa.
I myślę, jak to dobrze, że się nie wyrobiłam z tym postem przed Nowym Rokiem, bo mogę ten 2015 rozpocząć od fajnego przesłania: kochajcie swoje rodziny :) Nikt Wam tak pewnie nie zajdzie za skórę i nie zszarga nerwów, ale też nikt inny nie stanie za Wami murem w sytuacji kryzysowej i nie będzie tolerował z całym repertuarem Waszych wad :)
Wspaniałego nowego roku dla całych Waszych gromad!