środa, 27 kwietnia 2016

5 rules to raise a happy kid

Macierzyństwo to nieustanny bałagan, galaretka na podłodze, dziurawe spodnie, ciasnota w łóżku, łokcie wbijane w cycki trzysta razy dziennie, sikanie w towarzystwie i pod baczną obserwacją, patyki, kamyki, ślimaki i klocki Lego WSZĘDZIE, całowanie strupków i zadrapań, hałas i pole bitwy, rozwalone kanapy, baza pod stołem, galeria na lodówce, liczenie do trzech milion razy dziennie, hektolitry kawy. Ale to wszystko błahostki w porównaniu z presją, jak my-mamy same na siebie CODZIENNE wywieramy - by uszczęśliwić nasze dziecko. Każda z nas chce być Matką Roku, ale mało która się nią czuje. Przynajmniej zazwyczaj. Ja zwykle wtedy, kiedy wymacam wymarzoną minifigurkę Lego, w deszczowy, mroczny dzień zgodzę się na lody, albo pozwolę się ograć w nogę. 

piątek, 22 kwietnia 2016

how it is


Opisywałam Wam już kiedyś, jak to się wszystko zaczęło (TU). Napisałam wtedy, że wcześniactwo J.J.'a staje się wspomnieniem, odchodzi, ale to nie do końca prawda, chociaż bardzo bym chciała, żeby tak było. Nasłuchałam się wielu motywujących historii z happy endem. Byłam poklepywana po ramieniu i pocieszana uśmiechami, które miały mi dodać otuchy. Dodawały. Wierzyłam, że wszystko minie, że J.J. wszystko nadrobi, że zanim pójdzie do szkoły, rzeczywiście nie będziemy już pamiętać, o ile trudniejszy miał start. 
Wielu rzeczy faktycznie nie pamiętam. Z wyboru. Pisałam o tym TUTAJ. Ale nie mogę udawać, że nasza codzienność nie jest tym wcześniactwem zupełnie naznaczona. Bo jest. I pewnie jeszcze długo będzie. 

środa, 20 kwietnia 2016

spring basic for boys

Koszulka + spodnie + buty i chłopiec ubrany, prawda? To wydaje się proste. A jednak w prywatnych wiadomościach najczęściej pytacie mnie właśnie o to, jak stworzyć fajną bazę ciuchową dla synka na dany sezon. Bo rzeczy niebanalne, odprojektanckie to jedno - można je wyszukać, wybrać coś pod siebie, od czasu do czasu zaszaleć nawet cenowo, ale traktujemy je przede wszystkim jak dodatki, urozmaicenie szafy podstawowej (będzie osobny post z naszymi wyborami - takie TOP 20). Bazy szukamy w sieciówkach. Decyduje cena, dostępność, praktyczność i ogromny wybór. Kiedyś faktycznie było tak, że sieciówka = nuda, te czasy jednak dawno już minęły. Tylko jak spośród zalewu "takich-sobie-ubrań" wybrać te "the best", które nam się za 2 minuty nie opatrzą, które będą ozdobą malucha i sprawią, że zawsze będzie wyglądał świetnie? Odpowiedź jest jedna: wybierajcie rzeczy dość proste, niekrzykliwe, w uniwersalnych kolorach, odrobinę tylko zgodne z trendami. Wyszukujcie perełki. Nie idźcie za "głosem ogółu".
Poniżej znajdziecie propozycje WIOSENNEJ BAZY dla chłopców: t-shirty, jeansy i trampki. Wybrane tak, by można je było miksować ze sobą do woli i bez ograniczeń. Have fun!

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

dinos beach

Nieopodal domu, na skraju małego lasu mamy górkę piasku. Dla każdego to miejsce jest czymś innym. Młodzież pali tu ogniska i papierosy w tajemnicy przed rodzicami. Starsi żłopią alkohol i ozdabiają butelkami gałęzie drzew. Zakochani rozkładają kocyki albo płaszcze, siadają na nich i całują się w cieniu iglaków. Starsze dzieciaki zrobiły sobie na największym drzewie huśtawkę z kabli (zobaczycie ją w którymś z kolejnych postów). Te, które mieszkają najbliżej, zostawiają tu swoje zabawki, jak w prywatnej, gigantycznej piaskownicy. Moi chłopcy budują duże i małe szałasy, robią rajdy Dakar i wykopaliska archeologiczne. W dodatku uparli się nazywać to miejsce Plażą Dinozaurów. Zobaczcie dlaczego. 

wtorek, 12 kwietnia 2016

summer trailer

Świadomie odchodzę od mody z poruszanymi tu tematami. Dla tych, co są z nami od lat, to nic nowego. Ten blog już dawno przestał być "o ciuchach". Tu się dyskutuje, szuka wskazówek, jak radzić sobie na co dzień w trudnych sytuacjach, jak się wściekać i jak się cieszyć z tego wszystkiego, co niesie ze sobą macierzyństwo. Tu się poznaje różne drogi i metody, i nieustannie dąży do złotego środka ;) Ale - no, właśnie ale - jednocześnie to też nigdy nie przestał być blog, modą wypełniony. Widzicie ją na zdjęciach - ten styl chłopaków, który to Wy nazwaliście "stylem fusion": kolory, printy, wielki miks - kwintesencja dzieciństwa. 
W tamtym tygodniu, kiedy zawitało do nas na moment lato, zabrałam chłopców nad rzekę. 
Patrzyłam, jak się bawią, wyciskają każdy moment jak cytrynkę, jak bardzo mają w nosie to, jak przy tym wyglądają i jakie sieją spustoszenie w swoich garderobach przy okazji wszelkich szalonych zabaw (J.J. w ciągu ostatnich 8 dni podarł 3 pary spodni, z czego jednej nie dało się uratować, druga stała się szortami, a trzecią ocaliła babcia, naszywając pikowane łaty). 
Patrzyłam i myślałam: może jednak przesadzam? 
Po chwili podszedł do mnie J.J., zajrzał mi przez ramię na ekran aparatu i powiedział: - Mamo, ale fajnie wyglądają te moje papugi na plaży! 
Uśmiechnęłam się. 
No, fajnie wyglądają. 
I fajnie, że J.J. to widzi. 

piątek, 8 kwietnia 2016

we don't need no education


Ostatni na tym blogu post o systemie edukacji wielu osobom się nie spodobał. Ba! Część uznała mnie za matkę, której kompletnie nie zależy na własnych dzieciach, sama jest niedokształcona w temacie (tu dygresja: nie jest tak, że zostając matką, mamy obowiązek/możliwość/czas wniknąć w naukowe tajniki działania dziecięcego mózgu czy jego systemu immunologicznego, nikt oczywiście nie zabrania nam tego robić, ale jeśli nie są to nasze zawodowe dziedziny, to przeczytanie dwóch czy nawet dziesięciu książek na dany temat nie uczyni nas w nich ekspertkami, tym bardziej że owe książki często wybieramy "pod tezę", a mimo wszystko to my od samego początku najlepiej znamy nasze dziecko, dbamy o jego zdrowie i zapoznajemy ze światem, fakt, że najczęściej działamy instynktownie i w oparciu o doświadczenie, w najmniejszym nawet stopniu nie odbiera nam kompetencji; by the way: osoby, które mi polecały wówczas "jedyne słuszne lektury", twierdziły jednocześnie, że nauczanie dzieci z książek to ZUO - no comment), chce na siłę uczynić z nich trybiki i bezmózgie stworzenia, nie decyduje się na edukację prywatną, bo woli wydawać kasę na modne ciuchy itp. Inni zauważyli, że miałam ogromne szczęście (zresztą dokładnie to napisałam wtedy w pierwszym zdaniu) do nauczycieli i być może dlatego mam takie poglądy, jakie mam. Wtedy myślałam, że to faktycznie decydujące. Okazało się jednak przy okazji, że moi znajomi z klasy, którzy mieli przecież tych samych nauczycieli, co ja, pamiętają przebieg naszych lekcji inaczej i nawet to, co mnie "porywało", im wydawało się nudne. Jak to możliwe? Ano tak, że się od siebie różnimy i każdego z nas co innego interesuje i do każdego z nas co innego trafia. Część z Was powie: widzisz! więc jednak sensowne wydaje się założenie, by każdego traktować indywidualnie i nie przymuszać dzieci do uczenia się rzeczy, które ich wcale nie obchodzą. Punkt dla idei "nowej szkoły". Tak. I nie.

środa, 6 kwietnia 2016

have a heart

Ostatnio pada wiele słów na tematy nam-matkom szczególnie bliskie i dla nas-kobiet szczególnie ważne. Szkoda, że musimy o tym rozmawiać. Szkoda, że w sprawach tak intymnych i trudnych, nie możemy po prostu być - solidarnie, współczująco, z sercem na dłoni. Nie przeszkadzać, uszanować czyjeś cierpienie. Szkoda, że ktoś zupełnie obcy próbuje nam udowodnić, że nie mamy mózgów i sumień. Szkoda, że ten sam rząd, który nas straszy imigrantami, ich radykalizmem, nieznoszącym kompromisu, ich stosunkiem wobec kobiet i brakiem respektu wobec europejskiego prawa do świeckości, sam okazuje się jeszcze większym zagrożeniem. Funduje nam dokładnie to, czym starszy, tylko narzędzia i argumenty ma inne. Ten sam rząd, który się mieni obrońcami życia, chce też jednocześnie karać śmiercią. 
Z racji tego, że miałam na studiach wykłady z religioznawstwa i Biblii (ba! nawet przeczytałam ją CAŁĄ! i to nie jeden raz), co w rozumieniu obecnego układu władzy czyni mnie wystarczająco wykształconą w temacie, by zostać Ministrem Wiary, ośmielam się zapytać: co się stało z fundamentalnym miłosierdziem, wolną wolą, którą podarował ludziom Bóg i z przykazaniem miłości? 
Dopóki (jeszcze) żyjemy w świeckim kraju, powinny nas obowiązywać świeckie prawa. Koniec kropka. A bojownicy o sumienia narodu, jeśli zamierzają się odzywać publicznie, powinni być chociaż świadomi swojej własnej wiary, w pełni, nie wybiórczo. 
Pisałam Wam kiedyś, że staram się żyć jak najdalej od polityki, unikam wiadomości, mocno się trzymam swojego małego świata, tego ogródka ze zdjęć, że swoją uwagę skupiam na chłopakach, bo obserwowanie ich to znacznie bardziej zajmujące i ważne zajęcie, ale coś we mnie pęka, kiedy słyszę, że należy mieć nadzieję, iż w zgwałconej 11-latce obudzi się instynkt macierzyński. - Jakim idiotą i bydlakiem trzeba być, żeby takie słowa wypowiedzieć? Publicznie. Z "ambony" - pytam.
I nie umiem przestać o tym myśleć. 

Chociaż chciałabym bardzo myśleć tylko o tym, jak smakuje kanapka, którą przygotował dla mnie syn.