poniedziałek, 22 grudnia 2014

unique

Miałam tylko trochę posprzątać, bo nie robię Wigilii w domu, a i tak wiadomo, że każde sprzątanie przy dzieciach jest jak mycie zębów i jedzenie czekolady jednocześnie ;) Ale kiedy już zaczęłam, nie mogłam skończyć. Na śmietnik poszły stare gazety i czasopisma, rachunki na sprzęty dawno po gwarancji, bzdetki z jajek-niespodzianek i inne zalegacze, o których się natychmiast zapomina. Jakoś łatwo przyszło mi też namówienie J.J.'a na oddanie części swoich zabawek dla dzieci, mieszkających w domu samotnej matki w naszej okolicy. Zebraliśmy sporą torbę pluszaków i układanek, J.J. oddał nawet memo i puzzle. Oraz wielkiego pluszowego zająca. Byłam i wciąż jestem z niego dumna. Tym bardziej, że to oddawanie powoli wchodzi mu w krew: to nasza trzecia taka akcja w tym roku i za każdym razem widzę, że robi to coraz chętniej i z większym zapałem. Staram się jednak, żeby nie ogołocił przy tym swojego pokoju, bo wiem, że następnego dnia obudziłby się z płaczem i tęskniłby za tą czy inną zabawką. Oddając sporo, ale nie za wiele, czuje zaś wyłącznie radość z dzielenia. I to jest fajne!
Po Nowym Roku planuję kontynuować odgruzowywanie. Na szczęście zostanie minimalistką mi nie grozi. Nie żebym coś miała do minimalistów, chociaż powszechność tego trendu jest przytłaczająca. Lubię patrzeć na jasne wnętrza, duże, puste przestrzenie, proste formy. Lubię cieszyć nimi oko, ale nie umiałabym tak żyć. Te same meble, plakaty, czerń i biel, głównie biel - to jest super, to naprawdę ładnie wygląda. Na zdjęciu. Przeglądam te instagramy, pinteresty, blogi i nie wiem, który jest czyj, bo większość jest taka sama. Zastanawiam się czasem, czy to możliwe, żeby aż tylu ludziom podobało się dokładnie to samo? Gdzie podziała się wyjątkowość? Gdzie emocje, rzeczy sentymentalne, nasze, zindywidualizowane? Sama nieustannie poszukuję wyjątkowości, lubię wyjątkowość, do tej wracam, nią się inspiruję. 
Wertując stary dysk w poszukiwaniu świątecznych piosenek, natrafiliśmy wczoraj z Panem Mężem na dawne zdjęcia naszego salonu. Patrzyliśmy na nie lekko zaskoczeni. Był taki "łysy". Bez fotografii i obrazów na ścianach, z niemal pustymi regałami. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że przez te lata uzbieraliśmy tyle książek. Dziś zajmują wszystkie półki. Po brzegi. Wszędzie książki. Trochę gazet z moimi tekstami. Tych nie wyrzucimy pewnie nigdy. I te gry. Scrabble, Rummikub, Scottland Yard. To wszystko buduje nasz dom i nas. To, co kochamy. Wiadomo, że dom tworzą ludzie, nie rzeczy, ale rzeczy są uzupełnieniem ludzi i mają wartość - nie materialną, ale tę dodaną - będąc częścią czegoś większego. Czyjegoś świata. Naszego świata. 
Wychowałam się trochę w dwóch domach. W domu rodziców, którzy kochają sztukę, secesję, rzeźby, ciężkie meble. Malujących. Projektujących. I drugim - mojego taty, który jest niepoprawnym wręcz romantykiem i bibelociarzem. Nie mogłam wyrosnąć na minimalistkę. Nawet w imię buntu. Lubię dużo, przytulnie, kolorowo. Lubię po mojemu, po naszemu. Z odzwierciedleniem charakteru, pasji, potrzeb. 
Ach - i żeby było jasne: nie mówię, że nie można być indywidualistą i minimalistą jednocześnie. Zobaczcie na choinki tych dziewczyn: TU i TU. Można!

Na Święta życzę Wam, żebyście z nich korzystali: więcej się przytulali, mocniej kochali, dużo gadali i śmiali się przy stole, smakowali, pili, cieszyli, dawali, okazywali, żebyście mieli w... nosie rzeczy błahe, oderwali się od nich, od wymogów czy opinii ludzi, którzy nie są nam bliscy i na których nam nie zależy. Żebyście za to zajrzeli w głąb siebie i zapytali się, czego potrzebujecie, czego chcecie, o czym marzycie. Może to nowa praca, a może tylko nowe zasłony :)
Życzę Wam ciepła i szczęścia. Wiem, że jest blisko. Bardzo blisko. Na wyciągnięcie ręki. W Święta - tej ręki z opłatkiem.
Niech te chwile będą wyjątkowe!


czwartek, 11 grudnia 2014

how and what NOT to buy around Christmas

Prawda jest taka, że większość z nas w okresie Świąt wariuje. Sama jestem mega Christmas-freekiem i przyznaję się do tego bez bicia. O ile w ciągu roku jestem z punktu widzenia marketingu wielu firm najgorszym konsumentem - takim, co to czyta etykiety i po sto razy rozważa, czy na pewno czegoś potrzebuje, a nawet jak nie potrzebuje, ale pragnie, to i tak daje sobie ze trzy doby na "przespanie się" z tym, w efekcie czego większości zakupów po prostu NIE DOKONUJĘ - w okolicy Bożego Narodzenia potrafię ten rozsądek zatracić gdzieś między jednym a drugim "OMG" i "WOW" na widok wszystkich tych pięknych ozdób, dodatków, ofert prezentowych, nordyckich wzorków, futerek i innych ubranek dla chłopaków itede, itepe. Bycie blogerką ma tę wadę, że otwiera jeszcze o jakieś milion możliwości więcej i naprawdę trudno się w tym odnaleźć. Poza tym nawet gdybym chciała pójść pod prąd i powiedzieć: w tym roku NICZEGO nie kupujemy, nie będę niczego POLECAĆ, to byłaby jednak hipokryzja. Po pierwsze dlatego, że polecanie różnych rzeczy jest jednym z tych obowiązków, które KAŻDY bloger wypełnia, w mniejszym lub większym stopniu, i mówienie, że nie, zarzekanie się, że nigdy, zwykle kończy się przy pierwszej ofercie współpracy. Może nie? Po drugie - o czym już pisałam - nie jesteśmy mormonami. Żyjemy w konsumpcyjnym świecie, a nasze demokratyczne prawa, w tym prawo wyboru realizujemy w dużej mierze właśnie poprzez zakupy. I naprawdę nie ma w tym nic złego, jeśli robimy to Z GŁOWĄ. I tu po trzecie: często prosicie mnie o polecenia, przy okazji różnego rodzaju świąt, też urodzin, chrztów, czy innych wyjątkowych okazji. Pytacie mnie o to w mailach i prywatnych wiadomościach. Więc polecam. Ale ZAWSZE zakładam, że na tego bloga zaglądają osoby inteligentne, myślące i przede wszystkim z WŁASNYM rozumem oraz świadome WŁASNYCH potrzeb i FAKTYCZNYCH potrzeb swoich dzieci. Przyjmuję więc za oczywiste, że wiecie, jak powstają wszelkie przeglądy prezentów czy stylizacji świątecznych: NIE MAMY wszystkich tych rzeczy, które Wam pokazuję, a nawet jeśli mamy, to pojawiały się u nas niejednokrotnie przez kilka lat, przy różnych okazjach, sprawdziły się i dlatego trafiły na listę. Lista jest DLA WAS i jest większa nie po to, żebyście kupili WSZYSTKO (niby dlaczego miałoby mi na tym zależeć?), ale po to, żebyście mieli WYBÓR. 

Pomimo całej mojej szalonej miłości do tych Świąt, staram się bardzo pilnować i nie ulec chwili, nie emocjonalnie, ale właśnie finansowo. Im jestem starsza, tym bardziej przestrzegam zasad i limitów, wyznaczonych mi przez Pana Męża. A im bardziej ich przestrzegam, tym lepiej widzę, że są mi one potrzebne. Oczywiście są to zasady niepisane, umowne, ale dziś w odpowiedzi na Wasze sugestie, ubrałam je w słowa i tak oto powstała kolejna lista:

7 REGUŁ MĄDREGO KUPOWANIA NA ŚWIĘTA

poniedziałek, 8 grudnia 2014

beanies & stars

Dostałam właśnie zdjęcia J.J.'a z sesji dla Chrum. Do ich bluz, t-shirtów i gadżetów warszawskich cwaniaków dołączyły zimowe czapki. Bardzo ciepłe i w fajnych kolorach. Kolory są zresztą - moim zdaniem - największą siłą tych fot. No, i może trochę J.J.-owe wariactwa ;) 

Podoba się Wam?


piątek, 5 grudnia 2014

home

Jest pierwsza w nocy. Właśnie wyszłam z kąpieli. Długiej, ciepłej, z pachnącą pianą, branej w świetle choinkowych lampek, które od wczoraj zastępują nam łazienkowy halogen. Nie, nie zepsuł się. Robimy nastrój. Chyba nigdy się nie polubię z prysznicem, nawet kiedy już doczekamy się nowego domu i takiego udogodnienia. Będę się upierać przy wannie. 
Przy zasłonach, i przy kanapach z Ikei, i przy dziesiątkach zdjęć. Chociaż właśnie sobie po raz setny przypominam, że znów nie znalazłam czasu na wybranie tych kilku najfajniejszych do wywołania z mijającego roku. Ale znajdę na to czas. Na pewno. 
Wczoraj byłam kłębkiem nerwów. Chory Niedźwiadek marudził z byle powodu, a ja miałam do napisania dwa artykuły na cito. Bałam się, że nie zdążę. Zdążyłam. Skończyłam o 3.20 w nocy, ale zdążyłam. Za to dziś nadrabiałam wczorajszą złość, siedząc z Niedźwiadkiem na dywanie w salonie i budując wielkie prywatne zoo z Duplo. Takie z ruchomą kładką dla małych lwiątek, wybiegiem dla strusia, karuzelą dla słonia i... z monitoringiem. Ja budowałam, a Niedźwiadek przywoził swoim polarnym braciom ryby... koparką. 
Patrzę teraz na to zoo i się uśmiecham. W pokoju jest dość ciemno. Jedyne światło to to z monitora i z zielonych lampek, okręconych wokół choinki, którą J.J. zrobił z Panem Mężem dwa dni temu: z kartonowej rury, udającej teraz pień drzewa i rolek papieru ksero, udających gałązki. Na choince wiszą bombki i łańcuch z kolorowych pasków papieru. Pamiętacie te łańcuchy z zajęć plastycznych w szkole? Robiliśmy je co roku. Całość wieńczy wielka papierowa gwiazda. 
Choinka stoi na stole, a pod stołem... śpi J.J. Taką miał fantazję, więc wyciągnęliśmy materac z jego łóżka i przyciągnęliśmy pod stół. Ledwo go tam wepchnęłam na szerokość, ale udało się. Na długość wystaje co prawda ponad połowa, ale jest to ta połowa z nogami, więc można uznać, że się śpi pod stołem. W każdym razie J.J. tak uznał i był przeszczęśliwy.

Jest 1:30. Może to grudzień, a może się starzeję, ale coraz mniej mi potrzeba do szczęścia. No, tak, tego domu nowego. Nie z siana i patyków, ale z cegły. Budynku. Ale to jest TYLKO tyle, nie AŻ, bo AŻ - ten DOM: ten z miłości, z ciepłej kąpieli, z zapachu herbaty z miodem albo kaszki ryżowej z żurawiną, z hałasu i wybuchających co pięć sekund dziecięcych awantur, z tych klocków i twórczego recyclingu, z tego spania prawie pod stołem - ten DOM już mam, i to jest najwspanialsza rzecz-nierzecz na świecie.


środa, 3 grudnia 2014

if not cars then what?

Do Mikołajek zostały już tylko trzy doby, do Wigilii - 21. Mało. Na szczęście w tym roku działamy według planu i część prezentów z listy już jest, a nawet się rozgościła w naszym domu ;) Kalendarz adwentowy jest tutaj naprawdę wspaniałym rozwiązaniem, dzięki któremu można obsypywać dzieci mniejszymi podarunkami przez cały grudzień, zostawiając jednak te najbardziej wymarzone na 6. i 24. dzień miesiąca. Nasz kalendarz robiłam razem z małym J.J.-em dwa lata temu i wciąż nam służy, chociaż jest już nieco sfatygowany. Są w nim tradycyjne okołoświąteczne zadania typu pieczenie pierników (w tym dniu będziemy też dekorować TE pierniki, a Wy jeszcze do jutra możecie wygrać je w KONKURSIE), oglądanie świątecznej bajki, picie czekolady z piankami (jeśli uda mi się Pana Męża wyciągnąć do Ikei, to może nawet TYMI), pakowanie prezentów (w tym roku w TEN papier), ale też dodatkowe karteczki z napisem NIESPODZIANKA, oznaczające właśnie prezent. Moje typy motoryzacyjne (TU) już znacie, Lego to oczywistość, więc dziś "cała reszta" :)

Po pierwsze: pościel. Moje chłopaki uwielbiają się wylegiwać i zakopywać pod kocami, kołdrami, pledami, stertą poduszek (nasz dom wygląda przez to czasem jak lokal szalonego designera, ale ja też to lubię), więc ma dla mnie ogromne znaczenie, w czym śpią. Miękka, oddychająca tkanina i fajna grafika to warunki obowiązkowe. Moim wyborem dla Niedźwiadka była indiańska seria La Millou, dla J.J.'a potrzebowałam jednak czegoś bardziej dorosłego i wyważonego, a jednocześnie jeszcze z odrobiną magii. Komplet Effii Wesoły Dzień spełnia wszystkie moje wymogi, a żeby było śmieszniej - Pan Mąż tak bardzo lubi się w niego zatapiać, że czasami po usypianiu J.J.'a wcale nie chce wracać do naszego łóżka :O Dobrze, że chociaż materac mamy najwygodniejszy na świecie :P

Po drugie: książki. Wszystkie, które widzicie na zdjęciach i grafikach poniżej mogę polecić gorąco i z czystym sumieniem. Także kartonówki. Niedźwiadek po prostu je uwielbia. Właśnie wydawnictwa Tako i serię o Maksie z Zakamarków.

Co poza tym? Kaczucha do kąpieli KidO. Przeurocza. Podobnie jak puzzle magnetyczne Oops. W dodatku absolutnie perfekcyjnie wykonane. Obie cudowności dostępne w Mamissimie (bo gdzieżby indziej ;)) Wciąż się waham, który film wybrać dla J.J.'a na świąteczny dzień oglądania i zajadania się maślanym popcornem, ale pakuneczki w postaciami z Pingwinów z Madagaskaru już czekają w domu na swoją wielką chwilę ;) Poza tym kusi mnie drewniany smartfon. Jak wiecie, jestem raczej sceptycznie nastawiona do zapodawania dzieciom nowinek technologicznych i staram się trzymać J.J.'a na dystans od nich, więc podarowanie mu wersji bardziej "kreatywnej" pasowałoby do moich poglądów. Ale to chyba egoizm... ;)

A Wy na jakim etapie prezentowym jesteście?


poniedziałek, 1 grudnia 2014

that way

Sesja promocyjna marki That Way, za której designem przepadam absolutnie, to kolejna już tego typu przygoda J.J.'a i pierwsza Niedźwiadka. Za każdym razem mam mnóstwo wątpliwości, czy się zgodzić, czy w ogóle "iść w tym kierunku", ale kiedy widzę ich radość, otwartość i efekty takich zdjęć - przyznaję nieskromnie - wpadam w zachwyt nad swoimi chłopakami. Zazwyczaj pytam J.J.'a po sto razy, czy na pewno chce brać udział w zdjęciach, czy chce się przebierać, pozować. O ile ze zmianami ciuchów nie ma problemu, o tyle z pozowaniem już tak - J.J. jest silną osobowością i każde wykonywanie poleceń to dla niego ciężka sprawa. Ale mówi, że chce, a potem chętnie ogląda swoje zdjęcia, wspomina i chwali się rodzinie. Jest z siebie dumny, a to ważne. Z drugiej strony na każdej sesji ma moment zawstydzenia i buntu. Może to trema. Nie wiem. Przytulam go wtedy, czekamy, J.J. coś podjada, pije, a potem rozkręca się na nowo i chętnie wygłupia. Zazwyczaj. Bo przedwczoraj na planie kampanii wiosna-lato 2015 dla Kukukid ewidentnie nie miał nastroju. Myślę, że to znak i pora na przerwę. Myślę tak teraz, dzisiaj. Ale nie wiem, co będzie jutro. Może powie, że chce się znowu pobawić w modela. Może powie: mamo, koniec ze zdjęciami. A może jeszcze nieraz spróbuje swoich sił w tej dziedzinie i jak zawsze będzie w tym świetny. 

No, bo sami popatrzcie!
Czy nie wygląda genialnie? 
Czy obaj tak nie wyglądają?



środa, 26 listopada 2014

vehicels for Christmas

Pojazdy: samochody, samoloty, łodzie - tym właśnie chłopcy fascynują się najbardziej, dlatego to tę kategorię prezentów przeglądam we wszystkich sklepach zawsze jako pierwszą. Od kilku tygodni w centrach handlowych i mediach można wyczuć i zobaczyć, że przygotowania do Świąt ruszyły pełną parą. My też rozpoczęliśmy już kupowanie podarunków dla najbliższych. Debatujemy głównie nad tymi największymi - dla J.J.'a i Niedźwiadka. Pomysłów jest mnóstwo, a my nie jesteśmy szczególnie kompromisowi. Na szczęście "po drodze" są jeszcze Mikołajki ;)

Pod zdjęciami Niedźwiadka znajdziecie garść moich pojazdowych inspiracji. Fajne?


poniedziałek, 24 listopada 2014

sleeping impossible

Podobno każde dziecko rodzi się z wdrukowanym genetycznie zegarem. Moje zatem miały pecha i dostały ode mnie w spadku cykl dobowy sowy. Obaj nie cierpią poranków i pobudek przed 8, za to wieczorem uaktywniają się tak, jakby chcieli nadrobić za dwa dni z góry. Wszelkie mądre porady z zakresu "przestaw dziecko na pożądany tryb" nie zdały u nas egzaminu. Mało tego! Nawet trzeci rok przedszkola, rozpoczynanego od 7.30, nie wywołał rewolucji. J.J. wciąż chodzi półprzytomny do 10, tyle że robi to poza domem. Co do Niedźwiadka, jeśli wstanie przed 9, uznajemy, że wstał wcześnie. Obudzony przed tą godziną, kategorycznie domaga się przytulania w łóżku lub przynajmniej pod kocykiem, odmawia jedzenia (a on NIGDY nie odmawia jedzenia!) i drzemie w okolicach 13. Byłoby ok, gdybym nie musiała akurat rano odpisać na maile, dokończyć artykuł, podczas pisania którego padłam dzień wcześniej, zadzwonić do konsultanta, polecieć po zakupy, na pocztę itd. Ale muszę. Więc częściej sama wybieram opcję nr 2: niczym niezaburzony niedźwiedzi sen do 11. Wtedy Niedźwiadek wstaje szczęśliwy, do wszystkiego chętny i współpracujący. Niestety oznacza to późną drzemkę lub jej brak, kąpiel o 20, a sen o 22. Żadnego spokojnego wieczoru. Żadnego filmu. Żadnej chwili na oddech, romantyczną kolację czy długą kąpiel. Ale przynajmniej praca wykonana, tak? No, tak. I dziecko zadowolone, tak? No, tak. Więc dlaczego czuję, że powinno to wyglądać inaczej? 

...


sobota, 22 listopada 2014

#mamissima4christmas

Drugi już raz mamy przyjemność uczestniczyć w akcji Mamissimy i powiem Wam, że świąteczna odsłona Bloggers love Mamissima utwierdziła mnie w przekonaniu, że to miłość odwzajemniona. Obdarowanie 24 blogerów to nie lada gest, prawda? Podobnie jak obdarowanie wszystkich klientów 24 promocjami na wybrane przez nas i naprawdę sprawdzone produkty. Mamissima rozumie ducha Świąt i skutecznie zaraża nastrojem. No, ale dość słodzenia (choć tym razem nie mam poczucia, że jest nie na miejscu lub nie wypada). Do rzeczy. A konkretnie: do dwóch rzeczy, które uznałam (i jak się okazało: słusznie) za trafione prezenty dla moich chłopaków.

Dla Niedźwiadka wybrałam wywrotkę marki Kid O. Zabawki tej firmy należą do jednych z niewielu plastików, które odpowiadają mojej estetyce. Przede wszystkim jednak spełniają swoje funkcje: autko jest ultralekkie i świetnie się sprawdza na spacerze. Niedźwiadek - zapewne po mamusi - jest bibelociarzem. Wychodząc z domu, lubi zabierać ze sobą wszystko, co możliwe. Ciężarówkę Kid O niezależnie od tego, czym zostanie po drodze napełniona, wybrudzona, w co włożona itd., myję potem maksymalnie dwie minuty i po chwili Niedźwiadek może się nią bawić także w domu. W tym w kąpieli.



czwartek, 20 listopada 2014

rules

- Tato, wody!
- Słucham?
- No, wody!
- Powiedz ładnie.
- Poproszę wody, tato.
- Proszę.
I tak codziennie. Czasami 359785432871 razy dziennie.
Powtarzamy do znudzenia: mówi się "poproszę", mówi się "dziękuję", mówi się "słucham?" albo "co mówiłeś?", najpierw umyj ręce, najpierw zdejmij buty, najpierw usiądź, najpierw się uspokój, nie rzucaj na podłogę, nie zostawiaj na stole, zakręcaj, odłóż na miejsce, spróbuj sam. Powtarzamy to, co uważamy za ważne w naszym domu. Taką naszą domową instrukcję obsługi.
Niedawno wyczytałam gdzieś, że dziecko jest trochę jak cudzoziemiec w obcym kraju: nie rozumie języka, nie wie, dokąd iść, nie zna zwyczajów, nie zna prawa. Czasami szuka samo i świetnie sobie radzi, ale bardzo często potrzebuje dobrego przewodnika. Dotyczyło to życia w ogóle, ale bardzo mi pasuje do domu, do rodziny i funkcjonowania w niej. Więc oto my-rodzice-tubylcy oprowadzamy, opowiadamy o historii, uczymy słów, gestów, reguł. Powtarzamy i powtarzamy. Ale nie tylko. 
Dajemy przykład. Mniej lub bardziej świadomie. Sami się do naszych zasad stosujemy. Używamy ładnych słów, jesteśmy wobec siebie grzeczni, myjemy ręce, ściągamy buty, odkładamy na miejsce. 
- Kochanie, dlaczego rzuciłeś tę poduszkę na podłogę? Wiesz, że ktoś mógłby chcieć się potem do niej przytulić? Czy ja rzucam poduszki na podłogę? 
- Nie. 
- Więc, proszę, i ty tak nie rób.
Zawsze działa.
Bywa, że tylko na dobę.
Ale działa.

Czasami dla łatwiejszego zapamiętania, układamy wierszyki:
"Kto krzyczy, nie dostaje słodyczy"
"Kto ma brudne ręce, ten siedzi w łazience"
"Kto mamy nie słucha, tego gryzie mucha"
:D
J.J. łapie takie rymowanki błyskawicznie i wykorzystuje przy każdej okazji, więc gdy krzyknę, nie ma bata - nie wolno mi skubnąć niczego słodkiego do końca dnia. Bo zasady to zasady.
Lubimy je.

A Wy?

P.S. Uprzedzając pytania: tak, kindersztuba dotyczy też Niedźwiadka, nie ma lekko! 
A tak serio: mówimy mu dokładnie to samo, co J.J.-owi, bo nawet jeśli nie wszystko jeszcze łapie, to J.J. doskonale by wyłapał nierówne traktowanie.


piątek, 14 listopada 2014

hope

Za kilka dni (17.11) Światowy Dzień Wcześniaka. Jak co roku nie potrafię o tym nie myśleć. O tym, ile mieliśmy szczęścia. Właściwie myślę o tym codziennie i codziennie dziękuję, że J.J. jest z nami, że jest zdrowy. Im bardziej mnie wkurza, tym częściej to robię. To chyba typowa schizofrenia matek ;)
Przypominam sobie swoje modlitwy na szpitalnym korytarzu. O to, żeby krzyczał, żeby płakał, żeby walczył. Były dni, kiedy pielęgniarki pobierały mu krew po kilka razy, a on się nawet nie buntował. Najgorsze dni. 

Oglądamy z Panem Mężem filmiki, które dla mnie nagrywał. J.J. cały w kabelkach, ledwo spod nich widoczny. J.J. zatopiony w najmniejszych śpiochach, dla niego za wielkich o kilka rozmiarów. J.J. przestraszony. Nic tak nie boli, jak widok własnego dziecka, przepełnionego lękiem i świadomość, że nie można go nawet przytulić. Nawet teraz, po niemal sześciu latach. Patrzymy na tę kruszynę znowu przerażeni, z taką samą siłą jak wtedy. Tyle, że wdzięczni. Bo nasze nieśmiałe nadzieje się spełniły. 
Bo J.J. urósł i wyzdrowiał.

Dziś krzyczy, płacze i walczy do upadłego. Narzekam na to. Złoszczę się. Proszę, żeby się uspokoił, żeby raczej ze mną porozmawiał. 
Dziś jest tak bardzo inne od Wtedy. 
Na szczęście.

Ale też podobne.
Bo to właśnie tamte chwile, najdłuższe i najstraszniejsze w życiu, to tamten strach i tamte nadzieje, tamta rozpacz, kiedy okazało się, że znów trzeba przetaczać krew, wrócić do szpitala, wracać często, leczyć, kontrolować, bać się przez wiele nocy jeszcze przez ponad trzy lata - to właśnie była lekcja miłości. 
W tej miłości Wtedy i Dziś są podobne.




czwartek, 6 listopada 2014

jealous

Niedźwiadek jest zazdrosny. Tak, tak, dobrze czytacie - właśnie Niedźwiadek. 

J.J. oczywiście też taki bywa, ale głównie jest tylko poirytowany niefrasobliwością brata podczas zabawy. Tu coś przewróci, tu zburzy, tu przestawi lub rozłoży na części. J.J. zdaje sobie sprawę, że to chwilowe i całkiem niedługo będą się bawić w podobny sposób, ramię w ramię, i to go pociesza. Gorzej, że próbuje wykorzystywać swój spryt i przewagę, by na przykład przejąć niedźwiadkowe zabawki lub skłonić go do zrobienia czegoś. Próbuje także pełnić rolę strofującego rodzica :P
W takich sytuacjach jednak zawsze interweniuję i tłumaczę za każdym razem od nowa, kto jest kim w naszym domu ;)
 
Tymczasem z zazdrością Niedźwiadka nie bardzo wiem, jak sobie radzić. Nie wiem także, skąd się wzięła. Przypuszczam, że ma to związek z czasem, jaki J.J. spędza w przedszkolu. Jestem wtedy z Niedźwiadkiem sam na sam, więc nie dość, że nikt nie przeszkadza mu w zabawie po swojemu, nie poucza i nie poprawia, ja skupiam się wyłącznie na nim. No, prawie. Ale faktycznie domaga się 100% uwagi. Kiedy tylko próbuję pracować, natychmiast wchodzi mi na klawiaturę jak kot. Kiedy próbuję zrobić obiad, złości się i odpycha mnie od kuchni. I tak dalej. To dla mnie nowe sytuacje. Przytulam go, próbuję tłumaczyć, podsuwam ciekawe pomysły do zrealizowania w pobliżu mnie bez uszczerbku dla moich obowiązków. Garnkową orkiestrę albo folię bąbelkową do pykania. Czasami go to przez jakiś czas zajmuje, a czasami nie.
Znacznie bardziej jednak niepokoi mnie fakt, że często odpycha J.J.'a, kiedy ten chce się przytulić do niego czy do mnie. Oczywiście nie ustępuję i przytulam ich obu, mówiąc przy tym do Niedźwiadka, że kocham ich obu tak samo i nie może brata wyganiać, ale to gadanie, którego półtoraroczniak nie rozumie. Mówię to głównie w trosce o uczucia J.J.'a. 
Kiedy J.J. się kapie, on też musi. I "musi" jeść dokładnie to samo, co J.J. albo - gorzej - "musi" zjeść jego jedzenie! Kiedy J.J. jest śpiący, Niedźwiadek - bo chyba wyłapał, co robimy przed zaśnięciem - natychmiast domaga się czytania książeczki. Jeśli możemy się z Panem Mężem podzielić na drużyny, to jest w miarę ok, ale jeśli położę chłopców razem do łóżka, to nie ma opcji, żebym leżała z książką między nimi, bo Niedźwiadek wpycha się na siłę między mnie a J.J.'a, a bywa, że wręcz specjalnie zasłania bratu strony, żeby nie mógł widzieć obrazków! 

Powiedzcie, że to minie.
Albo że macie dla mnie jakieś złote rady.
Minie?
Macie?




poniedziałek, 3 listopada 2014

tough stuff

Założyłam, że będę mówić moim dzieciom prawdę w każdej sytuacji. Idealistycznie założyłam i szybko się przekonałam, że czasami ową "prawdę" trzeba mocno nagiąć, żeby pasowała do definicji ;) Bo nie miałabym sumienia, żeby pozbawić ich Świętego Mikołaja czy Wróżki Zębuszki, ale nie tylko tego. Nie chcę w niektóre kwestie wnikać zbyt głęboko, na wyrost (choć oceniam intuicyjnie, co jest "na wyrost", a co już nie), odzierać dziecięcego świata z jego magii i pięknych złudzeń. Jednocześnie to do mnie należy "oswojenie" chłopców z każdym aspektem świata i życia, także z tymi, których i my-dorośli wolelibyśmy, żeby nie było. Ale są. Wraz z dorastaniem J.J.'a tych niełatwych tematów pojawia się coraz więcej i oboje musimy się z nimi mierzyć. Czasami J.J. zaskoczy mnie takim pytaniem, że zupełnie nie wiem, co odpowiedzieć. Przedtem wymyślałam coś "na szybko", co potem, po przemyśleniach korygowałam. Teraz po prostu proszę go o czas. Jesteśmy do siebie podobni i on sam też nieraz potrzebuje coś sobie przeanalizować, zanim odpowie, więc dobrze rozumiemy nawzajem ten system. Tak, jak on pozwala mi na "pomyślę", tak i ja na jego "nie wiem" reaguję zawsze tak samo: "dobrze, zastanów się i powiesz mi to później". Bo wiem, że z J.J.-em zawsze jest to później, że temat nie zaginie bezpowrotnie w czasoprzestrzeni. 

***
Dwa dni temu zapytał mnie, dlaczego na świecie są źli ludzie. Nie od razu wiedziałam, jak ubrać w słowa to, co chcę mu powiedzieć. Pan Mąż błyskawicznie odpowiedział, że tych ludzi kusi szatan. Chciał dobrze, ale J.J. nic z tego nie zrozumiał. Szatan jest dla niego większą abstrakcją niż smok. Wróciliśmy do tematu przed snem. 
- Ludzie robią złe rzeczy, żeby zwrócić na siebie uwagę - powiedziałam. - Najczęściej dlatego, że nikt ich nie kochał.
- Jak byli mali?
- Tak, na przykład kiedy byli mali.
- Ani mama, ani tata?
- Tak, tak się niestety zdarza, że rodzice nie kochają swoich dzieci.
- I te dzieci są wtedy bardzo smutne, prawda?
- Prawda, a jak są tak długo, długo smutne, to potem...
- ... zaczynają się złościć. Już rozumiem!
*** 

Bardzo mi się podobała ta rozmowa i to, jak J.J. szybko załapał, co chcę mu powiedzieć. W tamtej chwili byłam z niego tak bardzo dumna!
Ostatnio toczymy zresztą wiele podobnych rozmów, bo J.J.'a ciekawi wiele kwestii egzystencjalnych. Pyta o religię (dlaczego dzieci nie chodzą do spowiedzi? dlaczego modlitwy są takie nudne? dlaczego tylko niektórzy mogą jeść opłatek?), o śmierć (to gdzie są ci, co umarli? w tych grobach, czy w niebie? a jak grób pęknie, to będzie widać ciało? a dlaczego ludzie umierają? i po co?), o wojny (skoro ludzie chcą żyć, to po co te wojny? kto wymyśla wojny?), o świat (a dlaczego wszędzie nad nami jest niebo? dlaczego nie ma w nim żadnej dziury? a teraz jest jasno czy ciemno w Australii? i co tam teraz robią dzieci?), o miłość (a jak mama i tata jakiegoś dziecka mieli wypadek i umarli, to kto potem kocha to dziecko?) i milion innych spraw (gdzie byłem, zanim się pojawiłem u ciebie w brzuchu? dlaczego niektórzy nie lubią wysokich drzew? jaki kolor będzie miała kupa, jak się zje dużo masła? żółty? a jak się zje dużo wszystkiego we wszystkich kolorach?). A te wszystkie pytania w nawiasach to dawka tylko z wczoraj (!).

Staram się mówić prosto, nie gmatwać (a mam do tego tendencje), tłumaczyć na przykładach, które zna - np. o kolorach kupy rozmawialiśmy na przykładzie plasteliny. Próbuję dostosować odpowiedź do jego wieku, np. powiedziałam mu, że zanim pojawił się w brzuchu, był od zawsze w moim sercu, bo od zawsze go kochałam i na niego czekałam. J.J. bardzo lubi tę odpowiedź, a słyszał ją nie raz. Na tłumaczenie biologiczne przyjdzie jeszcze czas. Oglądał już zresztą odpowiedni odcinek "Było sobie życie", a mimo to woli wersję z sercem :) 
Przy tłumaczeniu kwestii religijnych staram się być jak najbardziej świecka, ludzka. Mówię mu, że komunia to symbol tego, że między człowiekiem a Bogiem panuje zgoda, że się lubią i się na siebie nie gniewają. Że do spowiedzi się chodzi po to, żeby przeprosić, jak się narozrabiało. A potem trzeba się pomodlić i Bóg wybacza. I że dzieci nie muszą chodzić do spowiedzi, bo pan Bóg im od razu wybacza i nigdy, nawet przez chwilę się na nie nie gniewa.

***
Jakie trudne pytania zadają Wasze dzieci?
Odpowiadacie od razu czy czasami Was zatyka?
Co odpowiadacie?


środa, 29 października 2014

hit list for The Bear

Dawno już nie było tu notki, poświęconej wyłącznie dobrom materialnym ;) Najwyższa zatem pora to nadrobić. Właściwie wszystkie rzeczy, które chcę dziś pokazać, już Wam gdzieś u nas na pewno mignęły, czy to na zdjęciach z poprzednich postów, czy to na Insta, czy na fanpejdżu (i - co więcej - z pewnością jeszcze nie raz migną). Ale tym razem poświęcę im odrobinę uwagi. 


poniedziałek, 27 października 2014

doubts

Miałam w życiu ogromne szczęście do szkół i nauczycieli. Nie pamiętam ani nudnego wkuwania, ani nieciekawych zajęć. Oczywiście nie wszystkie przedmioty mnie interesowały, to normalne, ale nawet fizyka czy chemia, za którymi nie przepadałam, prowadzone były z pasją, a spory odsetek zajęć stanowiły doświadczenia. Na zajęciach z geologii dostawaliśmy do ręki kawałki niezwykłych skał, na "odpytkach" z mapy zamykaliśmy oczy i wyobrażaliśmy sobie świat, na lekcji historii słuchaliśmy opowieści o prezerwatywach starożytnych Egipcjan, na biologii krzyżowaliśmy mamę z sąsiadem i gdybaliśmy jaki kolor oczu mogłoby mieć nasze przyrodnie rodzeństwo, mój zeszyt do matematyki wypełniały szarady i zabawne powiedzonka profesora. Do dziś pamiętam, że kto ma punkt widzenia, ten z całą pewnością ma promień inteligencji równy zero ;) A jak dobrze poszperam w notatkach, to znajdę wzór i jednocześnie dowód na istnienie półprawdy :D Omawianie kolejnych epok na języku polskim zaczynaliśmy od przeglądania albumów ze sztuką z tego okresu i rozmów o wyrażanych w tych dziełach emocjach, o poruszanych problemach. Nikt nas nie uczył "na sucho", lektury nie były nudne, bo nie mogły być. Na sprawdzianach z lektur dostawaliśmy tak niesztampowe pytania (ile zębów miała Telimena? wiecie?), że prędzej czy później stawało się jasne, że trzeba te książki czytać wnikliwie i z miłością.
Chodziłam do zwyczajnych, państwowych szkół. Program był dużo obszerniejszy niż teraz, listy obowiązków dłuższe, papierologii nie mniej, a jednak można było. Nauczycielom się chciało i nie czuli się ograniczeni. Bądźmy szczerzy - to wygoda: czuć się ograniczonym. Program mówi tylko CO ma być przekazane, nie JAK. JAK zależy i zawsze zależało od nauczyciela, jednostki. Można spróbować kogoś zmusić do jakości odpowiednimi przepisami, ale nawet najmądrzejsze przepisy nie nauczą nikogo empatii i otwartości na potrzeby dzieciaków, bycia pomysłowym. To trzeba mieć w sobie. 
Oczywiście, że czasy się zmieniają i wraz z nimi zmieniają się również potrzeby edukacyjne, szkoła będzie się więc zmieniać w sposób naturalny. Oczywiście, że jestem zwolenniczką takich naturalnych zmian, które są odpowiedzią na potrzeby dzieci. Ale faktyczne potrzeby, nie wyimaginowane przez nas-dorosłych. Podoba mi się idea sal bez ławek. Zwiększenia liczby doświadczeń empirycznych, wycieczek, namacalności wiedzy. Podoba mi się wizja małych grup, skupienia na jednostce, pewnego spersonalizowania programów. Podoba mi się, ale nie wiem, jak to zadziała. Nie jestem, nie każdy rodzic zresztą jest pedagogiem czy neurobiologiem, nie każdy jest psychologiem, nie każdy jest też błyskotliwy. Możemy pytać, poznawać, dowiadywać się różnych rzeczy z tych dziedzin, ale nie zdobędziemy przez to zawodowych kompetencji, a wycinek wiedzy, który do nas dotrze, wciąż pozostanie wycinkiem, nie całokształtem. W dodatku jego prawdziwość będzie miała zawsze termin ważności. Będzie na teraz, nie na wieki. Właśnie dlatego, że czasy się zmieniają, ale też dlatego, że o efektach wprowadzanych zmian, możemy zacząć rozmawiać za 20 czy 30 lat, kiedy nasze dzieci zostaną skonfrontowane z rynkiem pracy czy decyzjami o założeniu własnej rodziny, z radzeniem sobie w społeczeństwie. Póki co jesteśmy niejako "skazani" na ufanie profesjonalistom. Mam przekonanie, że najrozsądniej jest jednak stosować w tym przypadku zasadę ograniczonego zaufania. Po prostu sprawdzać, czy coś działa, czy przynosi korzyść naszym dzieciom. Na bieżąco próbować, testować, nie przymuszać. 
Chcemy dziś uznać, że każde dziecko jest zdolne, ma jakiś talent, który warto i należy pielęgnować, zauważyć. Chcemy, by było traktowane indywidualnie, by pozwalano mu na kreatywność, realizację swoich pomysłów. Brzmi to pięknie. Ale gdzie jest granica? Gdzie kończy się czyjaś nieskrępowana wolność? Czy na przykład fakt, że mój syn jest sową, a nie skowronkiem, nie oznacza, że specjalnie dla niego zajęcia powinny się zaczynać np. o 12, bo o 8 jego mózg nie funkcjonuje w pełni? Czy powinno się utworzyć grupę z takich sów? A co jeśli każdy w niej będzie miał inne zainteresowania? Co jeśli pomysły jednego dziecka zaczynają godzić w potrzeby innego? Kiedy ten szlaban postawić? I czy za chwilę znowu nie zostanie to uznane za przemoc? Skoro niemalże za przemoc uznaje się już oceny.
Dlaczego tak się boimy tych ocen?
Świat nie jest od nich wolny. My nie jesteśmy od nich wolni. Mamy swoje poglądy. Kategoryzujemy rzeczywistość. Nakładamy na wszystko jakieś siatki pojęć. To, że nie będzie dzienniczków z trójami, nie zmieni faktu, że nauczyciel będzie sobie COŚ myślał o naszym dziecku, że będzie miał jakąś OPINIĘ na jego temat, i inne dzieci będą ją miały. To przecież też jest ocena. Możemy zastąpić cyfry opisami. To już się stało. Funkcjonuje. Ale to nadal kategoryzacja. Tylko mniej wprost.
Nasze dzieci prędzej czy później będą musiały się zmierzyć z ocenami. Bo będą ich oceniać inni ludzie. Będzie ich oceniał rynek pracy. Pracodawca albo konkurencja, albo klient. Bo miejsc na studiach będzie zawsze mniej niż chętnych, a nie każdego będzie stać na prywatne. Bo wymarzonych stanowisk też nie będzie za wiele. Bo nie każdy ma talent i predyspozycje do prowadzenia własnej firmy i pomimo naszych najszerszych chęci i motywacji, nasze dziecko akurat może ich nie mieć. Bo studia ktoś jednak musi kończyć. Bo potrzebni są fachowcy i osoby, które coś tworzą, produkują, a nie tylko oferują usługi, w których doświadczenie jest ważniejsze niż wiedza i ten właśnie fach w rękach.
Zastanawiam się nie tylko nad tym, czy uda się wykształcić w dzieciach umiejętność konfrontacji. Nie mylić z butą!
Mam wątpliwości. Stawiam sobie (i Wam) pytania.
Czy "nowa szkoła" pozwoli dzieciom mieć autorytety? Czy uznamy autorytet za formę manipulacji? Czy "nowa szkoła" nie wywoła frustracji, gdy okaże się, że nie jesteśmy równi i nie każdemu się po równo należy? 
Czy "nowa szkoła" nie wychowa egocentryków? Czy nauczy dzieci wspólnoty, lojalności wobec drugiego człowieka, czy pomoże budować relacje między równieśnikami? Czy ten brak podziałów na lepszych i gorszych ocenowo nie zostanie zastąpiony jeszcze większymi podziałami? Czy jeśli nie trzeba będzie się podporządkować grupie, programowi, zasadom, a każdy pójdzie swoją drogą, to nie podzieli się dzieci na samotne wyspy?
Czy "nowa szkoła", z której wyjdą kreatywni ludzie, nie dostarczy "mięsa armatniego" właścicielom wielkich korporacji lub po prostu tzw. prywaciarzom? Bo już teraz wykorzystuje się tych młodych-zdolnych bezlitośnie. Już teraz kradnie się ich genialne pomysły podczas bezpłatnych staży. Już teraz ich geniusz traktuje się jak tanią siłę napędową. Bo liczą się pieniądze i władza. Nie talent.
Czy "nowa szkoła" to zmieni? 

Zastanawiam się też, czy przypadkiem nie marzymy o szkołach jako czymś w rodzaju "hodowli geniuszy", które trochę by nas zwolniły z obowiązku wychowania DOBREGO człowieka. Których wybranie z automatu zagłuszyłoby wyrzuty sumienia, że nie poświęcamy dziecku dość czasu czy uwagi, zajęci pracą, swoimi sprawami, realizacją swoich marzeń i potrzeb. Mam nadzieję, że nie. Ale to nadzieja, nie pewność, niestety. Bo widziałam rodziców płacących niebotyczne sumy na elitarne placówki i posyłających czterolatki do psychoanalityków, kiedy "nie radzą sobie z sytuacją". Więc tak, mam nadzieję, że nie do takiego modelu dążymy.

J.J. chodzi do państwowego przedszkola. Od tego roku obowiązuje ich program, tzw. przygotowanie do szkoły. Mają zadania domowe, podsumowania osiągnięć (opisowe), szkolą pewne umiejętności, głównie odwagę odzywania się w grupie, opisywanie zjawisk, opowiadanie historii. Jest w grupie sprofilowanej teatralnie, więc często szykują przedstawienia, jeżdżą do teatrów. Mają mnóstwo zajęć empirycznych, jak robienie mydła czy szkolenie psów. Raz w tygodniu sami robią soki z owoców i warzyw, codziennie robią kanapki i nalewają zupę. Mają program o zdrowym odżywianiu. Za chwilę zaczynają kolejny - o emocjach. Panie właśnie kupiły rybkę, którą cała grupa ma obowiązek się opiekować. Ja takie programy lubię. Lubię zasady. Dyżurowanie. Jasne przekazy. Lubię nauczycieli, dla których przepisy to wskazówka, nie ciasne pokoje bez okien. Lubię pasjonatów i autorytety. 

Być może moje wątpliwości nigdy nie zostaną rozwiane, być może rozwieje je czas oraz efekty zachodzących zmian. Być może kolejne badania przyniosą nowe wnioski i zanim chłopcy skończą szkoły, pomysły na nie zmienią się jeszcze kilkakrotnie. Nie mogę tego wiedzieć. Wiem jednak na pewno, czego życzę swoim dzieciom na ich ścieżce edukacji: dobrych, porywających, fascynujących, wrażliwych nauczycieli. I takich będę dla nich szukać. 



czwartek, 23 października 2014

what's mum for

Uwielbiam jesień. Jej kolory, to światło, słońce między drzewami. Uwielbiam zapach jesieni. Szelest liści i jeszcze ciepłe deszcze. Ale nie cierpię tego, że kolejny raz rozpoczynam od połowy września maraton po lekarzach. Marzę o zwyczajnych spacerach, nie tych na umówioną wizytę. O spokojnej nocy, nie takiej przerywanej kaszlem czy rosnącą temperaturą. O leniwych porankach, nie takich przepełnionych niepewnością co do tego, jakie nowe objawy pojawią się u chłopaków. Czy będą to powiększone węzły chłonne za uchem, czy może bakteria w nosie. Po tych kilku tygodniach czuję, że opadam z sił i mam ochotę udusić każdego, kto pyta mnie o samopoczucie i zdrowie. Zwłaszcza, że i mnie w końcu dopadł jakiś wredny bakcyl. 
Ale potem widzę, że J.J. biega pod ogrodzie i zbiera liście do drewnianego wózka. Latanie po dworze wystarczy mu w tej chwili do szczęścia. I wiem, że siedziałby w domu, gdyby nie to, że pilnuję tych wizyt i leków, i poję go jak wściekła tym sokiem z buraków. I patrzę na Niedźwiadka, który drzemie spokojnie, nareszcie równo oddycha i nareszcie mogę uchylić okno w pokoju - a on tak bardzo lubi spać przy uchylonym. Więc warto było się szarpać przy inhalacjach i wszystko podgrzewać do temperatury pokojowej.
Jestem zmęczona. Jestem chora. Zdrowie chłopców nie jest na wieki. Nawet na tydzień nie jest. Bo u Niedźwiadka pojawiły się właśnie pierwsze objawy...  świnki :/ Ale przez ten ulotny moment ładuję swoje baterie. Muszę to robić szybko. Choć jeszcze się uczę robić to szybko. Zanim znowu szlag mnie trafi. Zanim zobaczę kolejne kiepskie wyniki badań. Muszę. Żeby móc tulić, śpiewać, łagodzić ból i zaczarowywać rzeczywistość. Bo po to przecież jestem. Ja-mama. Jak każda mama. 
Ostoja i opieka w zdrowiu i w chorobie. 



środa, 15 października 2014

love fair

Wiele się znowu mówi o równouprawnieniu. To jeden z tych tematów, po które politycy lubią sięgać tuż przed wyborami, żeby zaktywizować społeczeństwo i odpowiednio je poróżnić, jednocześnie niczego nie ryzykując. Bo - nie oszukujmy się - równouprawnienie to mrzonka. Nie jesteśmy równi. Różnimy się od siebie, jeden od drugiego i żaden przepis prawny, nawet najbardziej nowoczesny i liberalny tego nie zmieni. Trochę też zresztą przywykliśmy do tego, że przepisy sobie, a życie sobie, prawda? Na przykład taki obowiązek alimentacyjny. Wiecie, że po rozwodzie tylko 1 na 10 ojców go spełnia? A że tylko połowa ojców utrzymuje regularny kontakt z dziećmi z poprzednich związków? Mnie te statystyki przerażają. Bo to one dobitniej niż jakiekolwiek normy prawne ukazują pewien model myślenia: że dziecko to odpowiedzialność matki. A g**** prawda! Dziecko to dokładnie taka sama odpowiedzialność obojga rodziców.
Z oczywistych względów na początku rodzicielstwa to matka jest silniej związana z dzieckiem. Fizycznie i czasowo. Ale to wcale nie znaczy, że również emocjonalnie. Osobiście nie cierpię, jak ktoś mi próbuje wmówić, że ojciec kocha mniej, bo nie nosił pod sercem. Co to za argument? A rodzice adopcyjni? Oni też mniej kochają? A może właśnie bardziej? A rodzice, którzy skorzystali z pomocy surogatek? Czy naprawdę musimy się licytować w tej kwestii? Czy to czemukolwiek i komukolwiek służy?
A może chodzi o to, że to my-mamy na pewien czas (dłuższy lub krótszy) rezygnujemy z pracy i dochodów, z niezależności, i chcemy sobie tę "nierówność" zrekompensować miłością dziecka? Więc zagarniamy je dla siebie, a ojca mniej lub bardziej świadomie odsuwamy na dalszy plan. I tak ojciec staje się tym, który ma pieniądze, a matka - tą, która ma miłość. Ot, sprawiedliwość. Tadam!
Wiem, hiperbolizuję. 
Ale na pewno znacie takie modele rodziny. Może sami go w pewnym stopniu tworzycie. 
Ba! Mogłabym i ja taki model stworzyć, gdybym słuchała rad i uwag w stylu: - Daj mu spokój, jest zmęczony po pracy, niech odpocznie./ - A co? Sama nie możesz odebrać J.J.'a z przedszkola?/ - Jaki wspaniały tata, wziął synka na spacer.
Otóż, zupełnie normalny tata, moim zdaniem. Normalny, dobry tata.
Otóż, ja też jestem zmęczona po pracy i byciu z dziećmi jednocześnie, tata ma o tyle łatwiej, że ma te czynności rozdzielone.
Otóż, mogę odebrać J.J.'a, ale nie chcę! Tak, bezczelnie, z wyrachowania nie chcę. Bo to ICH rytuał, ICH czas, ojca i syna. ICH codzienne bycie razem. W drodze do przedszkola i z powrotem. Czas wyszarpany pracy, do której Pan Mąż musi chodzić, bo zarabia po prostu znacznie więcej niż ja. Jak w większości rodzin, które znam. 
I wiecie co? Wcale nie mam przekonania, że gdyby kobiety zarabiały tyle samo co mężczyźni lub więcej, ten model opieki nad dziećmi i brania urlopów jakoś szczególnie by się zmienił. To, że urlopy biorą matki, to już pewnego rodzaju tradycja. I nie wiem, czy taka zła. Zgodnie z prawem już teraz można ten urlop brać na zmianę, ale czy przypadkiem nie skutkuje to tym, że już nie tylko matka ryzykuje utratę pracy, ale też ojciec? Czy na pewno o tę równość nam chodzi? W tym ryzykowaniu? No, sorry, ale mamy kapitalizm i właśnie tak to wygląda.
Może jestem staromodna, a feministki chętnie by mnie zlinczowały, ale uważam, że tworząc rodzinę (a zakładamy, że zdecydowaliśmy się na to świadomie), należy myśleć o tym, co przynosi korzyści CAŁEJ rodzinie. Jeśli ojciec zarabia więcej, niech zarabia. Cieszmy się z tego RAZEM i nie unośmy honorem. Dajmy jemu szansę, by się z tego cieszył, by czuł, że zarabia te pieniądze dla siebie, dla rodziny, której jest częścią, aktywnym uczestnikiem, w której jest ważny, jako człowiek, nie portfel. Że jest kochany. Tak po prostu. Jeśli ma mniej czasu dla dziecka, nauczymy się i POMÓŻMY mu wykorzystywać w pełni ten czas, który ma. Ustępujmy pola. Wspierajmy.  
Jeśli możemy ułożyć dzień tak, by były w nim stałe punkty dla taty, zróbmy to. Niech odprowadza, niech całuje co rano, niech kąpie, niech czyta na dobranoc, niech robi kakao, niech koszą razem trawę albo grają w piłkę, niech idą razem na hulajnogę albo na lody, albo do kina. Zostawiajmy ich samych. Nie wtrącajmy się. Jeśli się spierają, nie bierzmy niczyjej strony. Niech sami rozwiążą konflikt. Niech pracują nad porozumieniem. Tak właśnie buduje się WIĘŹ (bo gdybam, że właśnie tego brakuje tam, gdzie zrywane są kontakty). Pytajmy tatę o plany przy dzieciach, planujmy głośno i RAZEM, niech dzieci wiedzą i czują, że tata bierze we wszystkim udział. Jeśli to możliwe, dzwońmy do siebie w ciągu dnia. Zachęcajmy dzieci, żeby dzwoniły do taty. Choćby po to, żeby powiedzieć, że właśnie widziały wiewiórkę, biegnącą po kablu. U nas praktyką są takie kilkuminutowe rozmowy na głośniku, w których uczestniczy też Niedźwiadek. Wtedy i Pan Mąż czuje, że trochę z nami pobył, choć na odległość, i chłopcy czują, że tata jest jednak blisko. Że mogą się z nim dzielić wszystkim na bieżąco.
Nie bójmy się powiedzieć: 'tata wyjaśni ci to lepiej', 'tata się na tym świetnie zna, pomoże ci'. Nie w formie wymówki, ale sygnału, że są takie sfery, w których tata jest niezastąpiony, niezbędny. Jeśli dziecko widzi, że jego tatę za coś podziwiamy, że zawsze go szanujemy, będzie się wobec niego zachowywać tak samo (oczywiście to musi działać w obie strony - to znaczy, że tata musi też za coś podziwiać i zawsze szanować mamę!).
Szturchajmy tatę, żeby odpowiadał na zaczepki dzieci, żeby reagował. Tłumaczmy, jeśli nie rozumie, co lub o czym mówią. Pokazujmy, gdzie co leży, nawet jeśli wiemy, że nie zapamięta. I zawsze, ale to zawsze, kiedy nasze dzieci zrobią coś fajnego/śmiesznego/dziwnego itepe wymieńmy z ich tatą TO spojrzenie. Wiecie, o którym spojrzeniu mówię, prawda?
  
Bo tata kocha tak samo jak mama. Nie ma w sobie ani grama miłości mniej. Ma tylko mniej czasu. A ten na szczęście można celebrować :)









poniedziałek, 13 października 2014

impalpable

Jak na poetkę przystało, jestem raczej racjonalistką ;) Pomimo tego, że troska o emocje czy szeroko pojęte życie wewnętrzne stanowi dla mnie sprawę kluczową, a spory zakres wiedzy matematycznej, fizycznej czy ekonomicznej pozostaje całkowicie poza możliwościami mojej percepcji, uważałam się zawsze za osobę twardo stąpającą po ziemi. W niektórych kwestiach - wręcz za naczelnego sceptyka. Głównie tych nienamacalnych. 

Dziś nie mogę już z ręką na sercu powiedzieć, że w coś nie wierzę lub uważam za niemożliwe. A ostatni tekst Miry kazał mi się zastanowić, dlaczego tak jest i kiedy to się zmieniło. Z pewnością miało na to wpływ pojawienie się dzieci oraz prawdziwe cuda, których zdarzyło mi się doświadczyć (pisałam o nich m. in. TU i TU), ale nie tylko.

***
Pamiętam, jak jedna z uczestniczek kursu psychoedukacji, w którym uczestniczyłam, opowiadała nam swój sen, który potem się sprawdził. Pomyślałam wtedy, że zmyśliła tę historię, żeby zwrócić na siebie uwagę grupy. Ponieważ była to dodatkowo osoba dość płaczliwa, układał mi się to w całość. 
Przez długi czas potrafiłam sobie również racjonalnie wytłumaczyć sny mojego ojczyma. Za każdym razem, kiedy widział w nich zdechłe ryby, w krótkim czasie umierał ktoś z rodziny lub znajomych. Myślałam: przypadek. Ludzie umierają, a ojczym często jeździ na ryby. Łatwo "podciągnąć" czyjąś śmierć pod sen, zbudowany z doświadczeń. 
Wydawało mi się to znacznie bardziej logiczne.
Do czasu, aż ryba przyśniła się mi.

***
Stałam w jeziorze, w jaskini. Obok mnie Pan Mąż. Nagle spomiędzy moich nóg wypłynęła ryba. Wystraszyłam się i zaczęłam wołać do męża: - Łap ją! Łap ją. To za wcześnie. Za wcześnie!
Zaraz po przebudzeniu opowiedziałam mężowi ten sen - dlatego, że jaskinia przypominała mi baseny, w których byliśmy na Węgrzech. Pewnie, gdybym tego nie zrobiła, nawet bym go nie zapamiętała, bo zwykle sny umykają mi od razu po otwarciu oczu.
Byłam wtedy w 12.-13. tygodniu ciąży z J.J.-em. Zdrowej, książkowo przebiegającej ciąży. Młody miał się urodzić w połowie maja, jako Byk.
Urodził się w marcu, jako Ryba. Sporo za wcześnie.

***
Także w ciąży z J.J.-em przyśnił mi się szpital. Leżałam na sali, której nie znałam (a byłam wcześniej w placówce, w której planowałam rodzić i wiedziałam, jak wyglądają tamtejsze pokoje), pielęgniarki nosiły mnie na rękach i myły w miednicy, a na łóżku obok leżała młodziutka dziewczyna, właściwie dziecko w ciąży. Żartowałam sobie wtedy, że ten sen to znak, że moja siostra (wówczas 13-letnia) powinna się zacząć zabezpieczać. Wyjaśniłam go sobie jako efekt obaw o nią. 
Kilka miesięcy później obudziłam się po cesarce w sali, która wyglądała jak tej pokój ze snu. W najdrobniejszych szczegółach. Pielęgniarki ponosiły mnie i myły, bo nie byłam w stanie się ruszać. A na łóżku obok umieszczono... 14-latkę po porodzie. 

***
Nigdy przedtem ani potem nie miałam podobnych doświadczeń. Wciąż nie wiem, jak je rozumieć. Czasami tłumaczę je sobie tak, że przyszły po to, by łatwiej mi było przetrwać ten najcięższy czas, pokonać traumę i spojrzeć na wszystko jako na coś, co i tak miało się wydarzyć. Ale nie wiem nawet, czy faktycznie w czymkolwiek mi to pomogło.
Na pewno jednak otworzyło mój umysł na więcej możliwości.

***
A Wy? 
Macie podobne doświadczenia?
Jak je interpretujecie?

Zdjęcia powyżej zrobiła Ola Gałązka podczas urodzin showroom'u. Dziękuję, Olu, uwielbiam je! 

czwartek, 9 października 2014

empathy

Kobiety są bardziej empatyczne. 
To dowiedzione naukowo. 
Możemy się wściekać na mężczyzn, że nas (ani ludzi w ogóle) nie rozumieją, nie domyślają się, co czujemy i nie wychodzą nam naprzeciw, ale prawda jest taka, że to zupełnie nie ich wina. Ich mózgi po prostu funkcjonują inaczej. Mają mniej połączeń nerwowych między półkulami (czyli w dużym uproszczeniu też między intuicją i analizą), mniej tzw. neuronów lustrzanych, które pomagają nam np. odczytywać intencje innych, a także więcej testosteronu - a im wyższy jego poziom, tym gorsza zdolność odczytywania cudzych emocji. 
Mimo wszystko empatii (oczywiście do pewnego stopnia) można się nauczyć. Psychologowie mówią nawet czasem o tzw. mięśniu empatii, który da się zwyczajnie (jak inne mięśnie) wyćwiczyć. Dla mnie - mamy dwóch chłopaków - to doskonała wiadomość. Ludzie empatyczni są mniej skłonni do konfliktów i potrafią je pokojowo rozwiązywać, nawiązują trwalsze przyjaźnie, głębsze związki, mają lepszy kontakt z dziećmi. Zalety posiadania tej umiejętności można mnożyć i mnożyć. 
Więc jak ją w dzieciach rozwijać?

Jak zawsze, zacząć od siebie. Pominę tu etap rozpoznawania i nazywania swoich emocji - załóżmy, że mamy to za sobą :) Chodzi o to, by rozpoznawać, nazywać i szanować uczucia dziecka. Szanować, czyli dać mu do nich prawo i brać je na poważnie. Jeśli jest smutne z powodu zgubionego ludzika czy małpki, niech będzie smutne, niech odżałuje. Jeśli jest wściekłe, bo czegoś mu zabroniliśmy, trudno - niech się wścieka, a potem uspokaja, np. licząc do 30 (u nas działa). Jeśli dziecko dostanie od nas sygnał, że nie negujemy żadnego z jego uczuć, także tych niełatwych, nie przymuszamy do ich tłumienia, a pomagamy się z nimi zmierzyć i dajemy mu czas - postąpi potem tak samo wobec innych. 

W sieci, w poradnikach, na kursach znajdziecie mnóstwo sposobów na ćwiczenie z dzieckiem, wszystkie dobre. Znajdziecie też wiele pomocnych książeczek. Ja powiem Wam, co działa u nas. Nie ma tego dużo :) Właściwie sprowadza się to do trzech zabaw, które stale praktykujemy (chociaż co ciekawe - tego, że można je uznać za trening empatii, dowiedziałam się dopiero niedawno :)).

1. Wyobraź sobie...
Po tę zabawę sięgam zwykle wtedy, kiedy J.J. zachowa się wobec kogoś nieładnie, jest niemiły lub wyrządzi komuś jakąś przykrość. Odwracam wtedy przysłowiowego kota ogonem i proszę J.J.'a, by wyobraził sobie sytuację, w której to ta osoba postępuje tak wobec niego. Potem pytam, co czuje. A potem pytam, czego by oczekiwał od tamtej osoby i co uważa, że powinien teraz zrobić. 
Zabawa ta przydaje się też podczas wybierania dla kogoś prezentu albo planowania niespodzianki. Wyobraź sobie, co mogłoby ucieszyć ciocię... Co ucieszyłoby ciebie? Co lubisz? A co lubi ciocia?
Przy okazji robi się z tego fajny trening dostrzegania różnic w upodobaniach i punktach widzenia.

2. Ale fajne...
Ta (autorska, ha!) zabawa również uczy zauważania różnic w postrzeganiu świata, ale nie tylko. To moja stała pomoc w sytuacjach kryzysowych. Kiedy J.J. nie potrafi się uspokoić, jest nerwowy, albo nie potrafi nazwać swoich uczuć, właśnie ta optymistyczna gra sprowadza go niejako na ziemię (jeśli zwykłe liczenie nie pomoże). Polega to na tym, że rozglądamy się wokół siebie i mówimy, co jest takie fajne. 
- Ale fajny kolor ma ten liść! 
- Ale fajny pies!
- Ale fajny obrazek!
itd.
Fajne może być cokolwiek. Przy okazji okazuje się, że WSZYSTKO jest na swój sposób fajne :)
Potem - już z pozytywnym nastawieniem - łatwiej porozmawiać o tym, co wcześniej zdenerwowało lub wystraszyło J.J.'a.

3. Co czuje drzewo?
Albo samochód, albo pociąg, albo kamień. Bawimy się w to bardzo często. Jeździmy smutnymi i wnerwionymi pociągami. Albo dowcipnymi, którym tylko żarty w tej ich mechanicznej głowie. Mijamy roześmiane drzewa. Mijamy też płaczące drzewa, które chciałyby być samochodami, chociaż wiadomo, że nie mogą. Zbieramy spokojne szare kamyki i czerwone, które chcą się przytulać. J.J. sam tę zabawę inicjuje, przypisuje przedmiotom emocje, ale znacznie bardziej, najbardziej lubi przypisywać im historie, które te emocje wyjaśniają. A są to niestworzone opowieści, mówię Wam. 

Spróbujcie!
Opowiedzcie mi też o Waszych metodach.

Jeszcze ciekawostka: jednym z objawów empatii jest automatyczne ziewanie w odpowiedzi na czyjeś ziewanie, więc jeśli Wasze dziecko tak właśnie reaguje, to znaczy, że jesteście na dobrej drodze :)

środa, 8 października 2014

shop aw14

Nuda i plagiat - tak można podsumować sezon jesień-zima 2014 w sieciówkach. Nawet niedźwiedzie motywy zaczynają mi się powoli odbijać czkawką. Serio? Tak słabo płacą projektantom w Zarze czy innym KappAhl'u, że nie mają nawet ochoty silić na coś oryginalnego? Uwielbiam tę indiańskość, dzikość, zew natury, który wraca co roku, te wszystkie ceglane odcienie, czerwienie, żółcie, brązy i granaty. Uwielbiam to, że znowu "black is the new black". Ale zdecydowanie brakuje mi w tym sieciowym designie polotu. Ja wiem, rozumiem, że to ma być "dla wszystkich", nie szokować, tylko celować w sam środek upodobań, ale skąd się bierze założenie, że ten środek jest tak strasznie odtwórczy? Czy masowość naprawdę musi od razu odznaczać bylejakość i jednolitość? Nie macie wrażenia, że ktoś nas-konsumentów tutaj jednak nie szanuje? W modzie masowej robi się dokładnie to samo, co w mediach masowych i masowym designie. Traktuje się nas jak stado bez gustu i zdania. Nic dziwnego, że tęsknimy za indywidualizmem, wolimy kanały tematyczne i telewizję internetową, że kupujemy od projektantów, zamawiamy rzeczy niepowtarzalne. Realizujemy swoje potrzeby estetyczne, a coraz częściej także moralne (wiecie: ekologia, fair trade, prawa człowieka). I świetnie! 
Ale żeby nie wylać dziecka z kąpielą, zrobiłam jak co sezon standardowy przegląd oferty sieciówek. Bo chociaż z roku na rok perełek jest coraz mniej, kilka się jednak zawsze znajdzie :) 

 
Co mnie urzekło? (bo przegląd jest oczywiście subiektywny!)

poniedziałek, 6 października 2014

now

Dziś większość z nas doświadcza zadumy i smutku, niepokoju - tych emocji, które uczą nas od nowa doceniać. Szkoda, że tylko dziś. Dobrze, że w ogóle. Przystajemy, rozglądamy się wokół siebie, liczymy swoje błogosławieństwa. Dziś herbata smakuje mocniej, pospieszny pocałunek przed pracą staje się czulszy, a klocki, rozrzucone po podłodze, nagle nie denerwują. Dziś. Teraz. 
Przez moment wydaje nam się, że wiemy, o co chodzi w tym życiu.
Ale wiecie co? Nikt z nas nie wie, o co chodzi w życiu i nikt nie może tego wiedzieć. Na większość pytań nigdy nie poznamy odpowiedzi. Nawet samych siebie do końca nie poznamy.
Możemy się jednak dowiedzieć, o co NAM chodzi, możemy odkryć, co sprawia NAM szczęście i spróbować to złapać. Mamy prawo biec, jeśli wiemy dokąd i PO CO, jeśli mamy w tym swój własny SENS, jeśli go czujemy. Bo ten bieg to także nasze TERAZ. Kiedy mamy siłę, zapał, dość energii i dość wiary w plany, w marzenia, w siebie. Bylebyśmy nie żyli jutrem albo wczoraj. Możemy biec, jeśli mamy limit dystansu na DZIŚ i wiemy, że ani kroku dalej. Jeśli łapiemy oddech, smak herbaty, czułość pocałunku, tkliwość do dzieci. Bo na to wszystko jest miejsce. Znajdujemy je. Bo czas nie jest naszym wrogiem. Jest prezentem. 
Należy go przyjąć i podziękować.
Dziś uczy nas, że są ludzie, którzy nie mają już czasu, którym więcej nie było dane, pomimo siły, energii i marzeń. A mimo wszystko to, co dostali, potrafili pięknie wykorzystać. Dziś uczy nas, że radości z małych oddechów, zapachu morza, przytuleń, bycia RAZEM - że to nie są banały. Że nasze życie wieczne, to ten cały ogrom miłości, który po sobie zostawiamy. Dzieciom, i ich dzieciom, i ich dzieciom. To zostaje. 
Więc możemy sobie TERAZ biec, jeśli wiemy na pewno po co i dokąd. Możemy się zatrzymać, jeśli tego właśnie TERAZ potrzebujemy. Możemy cokolwiek. Możemy wszystko. Ale jedno MUSIMY, jeśli chcemy żyć. Jedno jednak MUSIMY.
Kochać. 
TERAZ.





sobota, 27 września 2014

what's wrong with silly stuff?

Jakiś czas temu rozmawialiśmy o zabawkowej broni (->TU) i jeden z wniosków, który szczególnie przypadł mi do gustu, brzmiał mniej więcej tak: zabawki same w sobie nie są winne dziecięcej agresji, winę za nią ponosi przekaz, jaki idzie od dorosłych, odrodzicielskie konotacje, które się z tą czy inną zabawką wiążą. Kilka dni temu podobna dyskusja toczyła się u Małych Drani na temat lalki Barbie (choć post był trochę o czymś innym). W jednym z komentarzy pojawiła się kwestia, która mocno mnie zastanowiła: czy faktycznie jest tak, że wg nas-matek absolutnie każda zabawka, jaką kupujemy/dajemy naszemu dziecku MUSI być kreatywna, i co to w ogóle znaczy? 
Lubię to słowo: "kreatywność". Brzmi pięknie i niesie ze sobą same pozytywne wartości. Przez długi czas podchodziłam do niego bezkrytycznie i z zachwytem. Tymczasem Pan Mąż w jednej z naszych dość żywiołowych dyskusji kazał mi się zastanowić, co właściwie takiego złego jest w "głupich" zabawach czy zabawkach. Czy w ogóle są "głupie"? Ale tak obiektywnie. Czy przypadkiem czemuś nie służą? 
Wiecie, jak to jest z żywiołowymi dyskusjami. Człowiek się okopuje na swoim froncie i nie odpuści za nic, ale potem, jak strzały ustaną i zapada rozejm, zaczyna jednak rozważać kontrargumenty. No, zazwyczaj ;) 

Co właściwie uznajemy za "głupie"? Jest jakiś konkretny podział? Czy po prostu "nie-głupie" jest to, co ma w opisie "edukacyjność", "ekologiczność" lub wspomnianą "kreatywność"? Ja się właśnie na to chwytam, przyznaję. Na drewniane zabawki, klocki, puzzle, gry, jakąś ideowość. Ale teraz sama siebie pytam: czy to nie jest jednak tak, że sięgając po nie, łechcę swoją dumę, przekonanie o byciu dobrą mamą, o mądrym wychowywaniu dziecka? SWOJĄ dumę i SWOJE przekonanie. Bo nie J.J.'a przecież. Jemu by to do głowy nie przyszło. Niedźwiadkowi tym bardziej. Bądźmy szczerzy, małe dziecko bawi się czarno-białymi układankami równie świetnie co garnkiem i łyżką. Eksploruje WSZYSTKO, co może. Nie nakłada na zabawki żadnej inteligenckiej siatki pojęć. Nie obchodzi go, czy są modnie sensoryczne, czy tylko mają wypustki i hałasują. Ze starszym sprawa jest bardziej skomplikowana, bo dochodzą wzorce. Takie dziecko już wie/widzi/czuje, że z daną rzeczą wiążą się jakieś znaczenia lub emocje. Najpierw nasze-rodziców, a później rówieśników. Nie wiem, na czym polega tej bajer, że jedno dziecko ulega wpływowi grupy, a drugie nie. Mogłabym zaryzykować stwierdzenie, że to moja zasługa, że J.J. ma w nosie upodobania innych i skupia się na swoich. Bo odkąd pamiętam miał prawo wyboru i mógł o sobie decydować, więc na tym etapie sam siebie dobrze zna i nie czuje potrzeby doginania się pod kogoś. Bo też nigdy nie musiał tego robić, żeby pozyskać akceptację. Ale prawda jest taka, że tylko sobie na ten temat gdybam, bo nie wiem na 100%, czy tak to właśnie u niego wygląda. Może ma to w genach, po dziadku na przykład. Albo jeszcze coś innego zdecydowało. Nie wiem, ale cieszę się, że tak jest. 

Z drugiej strony: czy będę sobie rwać włosy z głowy, kiedy pójdzie do szkoły i nasiąknie grami komputerowymi albo Angry Birdsami? Znowu to samo: nie wiem (jestem dziś jak starta płyta, sory!). Jeśli wpłynie to na jego zachowanie, z pewnością to przegadamy. Jeśli nie wpłynie, prawdopodobnie dam temu spokój. Postaram się nie demonizować, bo będę się obawiać rykoszetu. Po prostu. 

Myślę sobie, że jeśli wychowuję dziecko mądrze, to znaczy: na osobę myślącą, uważną, pewną siebie i wyrażającą swoje zdanie, to nie mam się też tak bardzo o co bać. Bo nawet "najgłupsza" zabawka czy gra nie uczyni mu szkody. Bo nawet z tej "najgłupszej" właśnie on może wydobyć jakiś sens. Tak dla przykładu: czy Hot Wheelsy są "kreatywne", same w sobie? czy w ogóle coś je różni od tej nieszczęsnej Barbie? W reklamach ścigają się i zderzają. Można by rzec, że nie wynika z tego żaden pozytywny wzorzec dla małego mężczyzny. Propagują niebezpieczne, zagrażające życiu zachowania, prawda? Prawda. Ale dziecko tego NIE WIE. Nie ogląda tych reklam. Ani związanych z nimi bajek. Nasza-rodziców głowa w tym, by tego typu przekazy filtrować. Kiedyś i tak do niego dotrą, kiedyś się dowie i wtedy o tym pogadamy. Na razie zwracamy tylko uwagę, by nie robił wypadków, bo zniszczy auto albo zrobi krzywdę pieszemu - ludzikowi z Lego. Wymyślamy historie: a to zaczyna się rok szkolny i wszyscy jadą do Ikei po biurka, robi się straszny korek, nerwówka, trzeba szybko wybudować restaurację przy drodze, i toaletę. A to ktoś robi wielkie przyjęcie urodzinowe, znów korek, parking dla gości, pierwszeństwo dla busa z żelkami itd. Takie opowieści są "kreatywne", zgoda, ale takie same role w nich mogą odgrywać zarówno Hot Wheelsy, jak i stylowe drewniane auta. Sęk w tym, że to nie od zabawki idzie przykład, ale od nas-rodziców. To my tworzymy wzorzec. 

Nawet jeśli założymy, że nie ma "głupich" zabawek (tu UWAGA: nie namawiam Was do kupowania ton plastiku, nie mówimy dziś o sferze estetycznej!), pozostają jeszcze "głupie" zabawy albo w ogóle bezsensowne spędzanie czasu. Łapię się często na tym, że wychowuję chłopaków nieco zadaniowo. Być może gdzieś przekroczyłam granicę, ale J.J. w tej chwili praktycznie MUSI mieć zadanie lub cel, żeby funkcjonować. Musi wiedzieć, DOKĄD lub PO CO idziemy, żeby wyjść z domu. Nie pójdzie na spacer ot tak, żeby pójść na spacer. Musi wiedzieć, CO ma rysować. Albo CO ma zbudować z piasku. Nie będzie bazgrał czy kopał BEZ SENSU. Teoretycznie nic w tym złego. Ponoć chłopcy tak mają (prawda, Aga?). Pan Mąż uważa jednak, że trzeba się czasami umieć ponudzić i znaleźć z tym przyjemność, wyluzować, zrelaksować. Ma rację. Robimy to i my-dorośli. Odmóżdżamy się serialem lub talent-szołem. Wylegujemy się z kubasem kawy. Patrzymy sobie w gwiazdy. Brodzimy w rzece. Tracimy czas, co? Przecież moglibyśmy w tym czasie poczytać i zmądrzeć. Albo chociaż pouprawiać sport. Ale nie. Byczymy się. Bo od czasu do czasu właśnie tego nam potrzeba.

Więc DLACZEGO nie uczymy tego naszych dzieci? 
Sama tłumaczę się tym, że moje chłopaki to wulkany energii, że muszą mieć zajęcie, by nie roznieść domu w drobny pył. Ale i najbardziej aktywny wulkan ma okresy uśpienia. Nie wiem jeszcze, jak to osiągnąć, jednak dziś wiem na pewno, że chcę, aby doświadczyli czilałtu, marnotrawienia czasu, bezsensu, i żeby się tym rozkoszowali.


poniedziałek, 22 września 2014

mind your own womb

- Niech Wam Bóg w dzieciach wynagrodzi!
- Ile to już lat po ślubie? Nie pora na dziecko?
- Po trzydziestce zegar biologiczny głośniej tyka, co?
- Nie chcecie mieć dzieci? Teraz tak mówicie, ale szybko zmienicie zdanie. Nie wiecie, co tracicie.
- Kto się Wami zaopiekuje na starość?
- No, to teraz pora na dziewczynkę/chłopca.
- Nie smutno Wam tak samym?
- Unieszczęśliwiacie dziecko. Ono potrzebuje rodzeństwa.
- Taki rozpuszczony, bo jedynak.
- Ojtam, że ona nie chce. Musisz ją bardziej przycisnąć.
- Trzeba poprawić statystyki vel. zadbać o własną emeryturę.

Ręka do góry, kto choć raz w życiu usłyszał podobny komentarz. Albo podobny wygłosił. Podnoszę i ja. Mamy jakiś dziwny społeczny nawyk wtrącania się innym w życie intymne. Okej, nie pytamy może o ulubione pozycje i pory na seks. Chociaż w sumie dlaczego nie? Skoro pytamy wprost lub robimy aluzje odnośnie efektów. Dlaczego na ślubach babcie/ciocie życzą młodej parze rozmnażania się, a nie życzą wielu orgazmów? Dlaczego jedno wypada, a drugie już nie? Skoro już zaglądają do łóżka. W końcu co jest ważniejsze dla szczęścia i trwałości związku? Ilość potomstwa czy udane pożycie?
Choć tak naprawdę chciałam nie o tym.
Dlaczego zakładamy, że wiemy lepiej, ile ktoś powinien mieć dzieci i czy w ogóle? 
Spodziewamy się, że zdrowa, niepatologiczna para będzie się starać o dziecko. 
Spodziewamy się, że rodzice jedynaka będą wkrótce mieli kolejne maleństwo.
Spodziewamy się, że jak ktoś ma chłopca, to marzy jeszcze o dziewczynce i odwrotnie.
Dlaczego?
Nie mam pojęcia, skąd się wzięły te schematy myślowe, ale wiem na pewno, że trzeba je w sobie zwalczać i w temacie rozmnażania się nikogo pod żadnym pozorem nie oceniać i nie nagabywać. 

Znam bezdzietną parę trzydziestokilkulatków, dawno już po ślubie. Ile oni się nasłuchali! Ile jeszcze pewnie nie raz usłyszą. Ile też nie usłyszą z tego, co się mówi pod ich nieobecność. Czasami się wtrącam w te dyskusje: - Dajcie spokój, oni po prostu nie chcą mieć dzieci - mówię, ale natychmiast zostaję zalana falą kontropinii. Bo to przecież niemożliwe. Jak można nie chcieć mieć dzieci? Ano, można. Moim zdaniem lepiej wiedzieć, że się nie chce i nie mieć niż ulegać tej presji, tej wiercącej dziury w brzuchu familii i rodzić dziecko na siłę. Kto je będzie te 9 miesięcy nosił w brzuchu? Kto je będzie potem wychowywał? Zmieniał pieluchy, wstawał w nocy, chodził obrzygany? Kto będzie słuchał płaczu? Do tego naprawdę trzeba kochać i CHCIEĆ. Łatwo chcieć za kogoś, jeśli się nie bierze na kark jego obowiązków. Łatwo się uśmiechać i szczebiotać do bobasa, którego kupę wyciera ktoś inny. Taka prawda. 
Jeszcze te babcie i ciocie, które płaczą nad losem jedynaka. One nie wiedzą, jak matka przeżyła poród, co czuła. Nie wiedzą, jak ciężko było odbudować intymność w małżeństwie. Na jakim cienkim włosku wisiała przyszłość tej rodziny. Albo jak trudno może być kochać dwójkę tak samo. Niektórzy nie potrafią. Naprawdę. Dobrze, że kochają jedno. To dar. To trzeba docenić. I to, że potrafią rozsądnie ocenić sytuację i wybrać najlepszą z opcji. Bo najlepsza opcja to ta dobra dla wszystkich w danej rodzinie, w danym domu. Nie dla tych cioć i babć. Nie ta, która nam się taka wydaje. 
Mam dwóch chłopaków i nie potrzebuję dziewczynki do pełni szczęścia. Niczego mi nie brakuje. 
Mogę mieć jeszcze jedno dziecko, ale NIE MUSZĘ. 
Znam rodzinę z trzema córkami. Także są najszczęśliwsi.



wtorek, 16 września 2014

irresistible

Niektóre z Was wiedzą, że od wielu już (7? 8?) lat zajmuję się zawodowo tematyką okołomedyczną. W większości przypadków (zleceń) piszę o tym, jak skutecznie zastępować farmakologię metodami naturalnymi, ale nie o znachorstwie, tylko o dobrym żarełku i dbaniu o siebie przy wykorzystaniu jak najmniej przetworzonych produktów. Mam dość kiepską pamięć, a wiedzy z tego zakresu jest tak dużo, że nie sposób wszystko ogarnąć. Poza tym naprawdę łatwo od tego zwariować i popaść w skrajności. Dlatego zaraz po napisaniu artykułu staram się nadmiar informacji wypierać, a zostawiam sobie tylko te, które uznaję za przydatne na co dzień, np. co z czym w rodzinnej diecie łączyć, czego ilość zwiększyć, a z czego raczej zrezygnować itp. Obiecałam Wam wpis o wzmacnianiu odporności dzieci (a przy okazji i swojej), ale musicie pamiętać, że pomimo tylu lat doświadczenia nie jestem jednak lekarzem, ani nawet dietetykiem, więc proszę potraktujcie mnie łagodnie ;)

Z pewnością w kwestii zdrowia dzieci dużo same już wiecie lub podpowiada Wam to intuicja. Ważna jest higiena, dużo ruchu, spacery lub po prostu zabawy na dworze (za minimum uznaje się ok. 2 godzin dziennie, ale wiemy, jak jest :/), spokojny sen i kąpiele w letniej wodzie, a latem - nawet w chłodnej, bieganie boso, zmiany klimatu. Ponieważ niemal 80% układu odpornościowego związane jest ściśle z układem pokarmowym, niezwykle istotne jest też to, co jemy, my i nasze dzieci. Co oraz JAK (o tym drugim często zapominamy!).

1. Równowaga
Jak wszędzie, tak i w mikroflorze naszego organizmu najważniejsza jest równowaga. Pokrótce chodzi o to, by nie przesadzić z jakimś składnikiem, np. z tłuszczami czy węglowodanami. Dlatego fajnie, jeśli pozwolimy dzieciom próbować różnych rzeczy, będziemy zmieniać jadłospis. Każda potrawa może mieć przecież jakiś zamiennik, a każdy ważny składnik - kilka źródeł. Choćby witamina C. Jest w truskawkach, soku z ananasa, zieleninie.
2. Prebiotyki
To naturalne składniki pożywienia (skrobia, błonnik), które zapewniają wspomnianą równowagę, a tym samym zdrowie całego organizmu. Znajdują się np. w burakach, porach, rzodkiewce, czosnku, cebuli, bananach. Warto "wkręcać" je w dietę dzieci choćby pod postacią zup-kremów. 
3. Probiotyki   
To owe słynne "kultury bakterii", na pewno o nich słyszałyście. Działają genialnie i szybko na florę organizmu. Podnoszą odporność właściwie "od ręki", a w wielu przypadkach mogą z powodzeniem zastąpić leki, np. przy zatruciach, biegunkach itp. Naturalnie są w zsiadłym mleku, kwaszonych ogórkach, kwaszonej kapuście, jogurtach typu Actimel, ale można je też kupić w aptece, jako tzw. osłonki. Jest to drugi (po tranie) suplement, który zawsze i każdemu gorąco polecam. Można go śmiało podawać dzieciom w każdym wieku, codzienne (tym bardziej, że nie każdy malec lubi ogórki czy kapustę) - będzie to doskonała profilaktyka.
4. Tran  
Tran nie jest lekarstwem i nie wyleczy przeziębienia, ale uzupełnia niezwykle ważne dla zdrowia i rozwoju składniki, których w pożywieniu jest zazwyczaj bardzo mało, tj. omega-3 i witaminę D. Tran podajemy dzieciom od października do kwietnia, najlepiej codziennie. W miesiącach słonecznych robimy przerwę, ponieważ witamina D uwrażliwia skórę na słońce (przy okazji: przed szkodliwym wpływem promieni UV doskonale chronią czerwone i czarne owoce, dlatego dobrze jest od małego przyzwyczaić dzieci do jedzenia ich w okresie letnim). 
5. NIE dla antybiotyków
Każda terapia antybiotykowa nie tylko osłabia organizm, ale też rozleniwia go. Unikajmy lekarzy, którzy nie potrafią znaleźć innych rozwiązań. Oczywiście w zakażeniu bakteryjnym czy w przypadku ostrych zapaleń mogą okazać się niezbędne, ale w pozostałych sytuacjach lepiej z tego rozwiązania nie korzystać. Osobiście jestem też przeciwna syropom na kaszel oraz różnego rodzaju Immuno-syropom, które absolutnie nic nie wnoszą i w 99% oznaczają wyrzucone pieniądze. Znacznie lepsze okazują się naturalne kompoty (niesłodzone) z czarnego bzu, jagód czy malin, syrop z cebuli, syrop z buraka, a nawet miód.
6. Nic gorącego
Warto pamiętać, że witaminy nie są odporne na temperaturę. Jeśli w czasie przeziębienia podajemy maluchowi miód, to rozpuszczajmy go wyłącznie w ciepłej wodzie (poniżej 40 stopni). Właściwie wszystkie posiłki i napoje dla dzieci powinny mieć temperaturę ciała, nie wyższą. Także rosołek babci ;) (przy okazji: ten rosołek podaje się m. in. dlatego, że w towarzystwie tłuszczów witaminy doskonale się wchłaniają).  
7. Mniej mleka
Mleko i produkty mleczne (Uwaga: nie piszę tu o mleku matki) sprzyjają produkcji śluzu i tworzą doskonałe środowisko rozwoju dla bakterii, więc na czas kataru najlepiej odstawić je w ogóle lub chociaż ograniczyć do 200 ml dziennie. W tym czasie wapń, który wysusza, możemy dać dzieciom w syropku. Albo robić posiłki z jaglanki, która także wysusza i jeszcze fajnie rozgrzewa. Mleko można na co dzień zastępować np. mlekiem ryżowym lub owsianym (pycha i superzdrowo).
8. Lepsze przekąski 
Batonik, pączek, lody od czasu do czasu to nic złego, ale nie na co dzień. Organizm dziecka spali ten cukier szybciej niż nasz, ale i tak będzie potem wyczerpany i osłabiony. Znacznie lepiej dbać w domu o nawyk podjadania marchewek, rzodkiewek (zwłaszcza przy przeziębieniach, bo oczyszczają nos i rozpuszczają flegmę), orzechów, suszonej żurawiny czy słonecznika.    
9. Inhalacje
Potrafią skutecznie zapobiec przeziębieniu i zdusić je w ognisku. Przy pierwszych objawach można już zrobić takie z 2-5 ml roztworu z soli morskiej (lepsza niż fizjologiczna). Można do niej dodać kilka kropli olejku sosnowego. Dobrze też posmarować maluszka na noc maścią eukaliptusową.
10. Chlorofil
Tak, to ten składnik, który sprawia, że zielone rośliny są zielone. Jest bardzo podobny w składzie do ludzkiej krwi i podobnie jak ona przenosi tlen, a przy okazji transportuje składniki odżywcze. Sprzyja też rozwojowi tzw. bakterii aerobowych, odpowiadających za ww. równowagę. Najwygodniejszym i najbardziej efektywnym sposobem spożycia chlorofilu jest picie tzw. smoothies. Ale tylko tych zielonych: z garściami pietruszki, liści buraka, szpinaku itd. Przepisów na nie znajdziecie w sieci od groma. Spróbujcie. Dzieci na pewno te koktajle polubią!




środa, 10 września 2014

see you, Sea

Dzisiaj dzielę się z Wami ostatnią porcją zdjęć z naszych nadbałtyckich wakacji. Tym samym żegnam się z morzem z taką samą nostalgią jak co roku. Kamienie, muszle, nawet piasek można zabrać ze sobą, ale tego wiatru, szumu i zapachu już nie. A właśnie za tym zawsze tęsknię najbardziej...


wtorek, 9 września 2014

straw hat full of stones

Pytanie, które standardowo pada z ust znajomych/rodziny, kiedy spotykają nas po raz pierwszy od naszego powrotu z wakacji, brzmi: - I jak? Wypoczęliście? 
Nigdy nie wiem, co odpowiedzieć.
Nie, bo biegałam, wstawałam, obsługiwałam i pilnowałam dzieci tak samo jak w domu, z tym że w mniej sprzyjających okolicznościach i na mniej sprzyjającym terytorium. Tak, bo rytm dnia był inny, bo nie byłam z tym sama, nie musiałam przy tym pracować (no, prawie ;)) i ogarniać domu, nie patrzyłam na zegarek. Nie, bo przeczytałam 2 strony książki, a chciałam całą. Choć jedną. Tak, bo świeże nadmorskie powietrze wypełniło mi płuca po brzegi. Nie, bo nie poleżałam na plaży nawet 5 minut. Tak, bo spacerując o świcie z kijkami, sam na sam z morzem i chłodnym piaskiem, czułam się naprawdę zrelaksowana i spokojna.
Wychodzi na to, że właściwie wiem, co odpowiedzieć.
Tylko nie wiem, czy ktoś chciałby takiego wywodu słuchać ;)

A Wy co odpowiadacie?
A może tylko pokazujecie zdjęcia?





niedziela, 7 września 2014

shoulders + bloggers love Mamissima: Baghera & Poofi

Ramiona. 
Czujecie je dziś? 
Nosimy, karmimy, tulimy, bujamy, kołyszemy. Nigdy naprawdę nie odpoczywamy. Wciąż czuwamy. Nasze umysły są stale aktywne, gotowe. Troszczymy się. Myślimy. Nigdy nie zapominamy. Śpimy inaczej niż kiedyś. Słyszymy przecież szept czy ciche kwilenie. Nasze zmysły są ostrzejsze. Nasza empatia staje się niemal telepatią. Dziwimy się, że potrafimy tak kochać. Że tak właśnie kochamy. Tak bez granic. To, co kiedyś wydawało się niepojęte, nagle stało się oczywiste. Słyszałyśmy setki razy: "pogadamy o tym, jak będziesz matką", "zrozumiesz, jak będziesz matką", "matki to wiedzą". Obruszałyśmy się na te słowa mniej lub bardziej, ale teraz, kiedy jesteśmy matkami - rozumiemy. Bo faktycznie: osiągnęłyśmy nowy stan skupienia uczuć. 

Pamiętacie tę reklamę: "You're doing it great"? Dajemy radę, prawda? Jesteśmy w tym naprawdę dobre, czasami wspaniałe. Ale trzeba nam o tym przypominać. My same też możemy sobie o tym przypominać. Na przykład dziś.

Czujecie to? 

Mamy silne ramiona. Uniesiemy na nich wszystko. 
Cały świat, całe życie.