Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WNĘTRZE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WNĘTRZE. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

back to school - 10 THINGS you can't forget

Wrześniowe emocje zmieniają się u mnie z roku na rok. Najpierw był lęk, potem radość, zmiksowana z niepewnością, teraz - nie mogę się już doczekać, kiedy chłopcy wrócą do szkoły i przedszkola, serio, tak bardzo potrzebuję kilku godzin ciszy! Ale dziś nie o tym. Mam dla Was za to listę:

10 SZKOLNYCH i kilka przedszkolnych NIEZBĘDNIKÓW

1.DOBRE NASTAWIENIE

To naprawdę najważniejsze, co jako rodzice możemy dać dziecku na drogę. Opisywałam już kiedyś, jak ja to robię. Na naszej półce z książkami już w lipcu wylądował też "Benek i spółka" (link) - idealna książka dla ośmio-dziesięciolatków, w przezabawny sposób opisująca szkolną codzienność. Polecam Wam ją gorąco.

2.PODRĘCZNIKI I LISTA WYPRAWKOWA

Podręczniki i ćwiczenia dzieci (przynajmniej te w młodszych klasach) dostają w szkołach. Lista z wyprawką jest zaś zwykle dostępna w sekretariacie szkoły i moim zdaniem nie ma sensu kupować przyborów, dopóki nie będziecie mieć jej przed oczami, bo - UWAGA - każda szkoła ma inne wymagania, np. co do ilości sztuk plasteliny lub farb, co do grubości kredek i ołówków (tak czy siak przyda się jednak podwójna temperówka!), długości linijki, czasami nawet co do marki danych przyborów. Także teczki do zadań domowych czy innych przedmiotów niektóre klasy kupują dla wszystkich dzieci takie same, a decyzje w tej kwestii zapadają dopiero po pierwszym zebraniu.
Za to zeszyty kupujemy przez cały rok, kiedy po prostu wpadną nam w oko, więc mamy ich zawsze pod dostatkiem.
Pamiętajcie też o okładkach! Najlepiej przezroczystych, foliowych. Książki, ćwiczenia, zeszyty noszone w te i we wte bardzo się niszczą. Bez okładek szybko będą pozadzierane na rogach, mało estetyczne i mało wygodne w użytkowaniu. 

środa, 20 lipca 2016

room for two

Ostatnie zmiany w pokoju J.J.'a podyktowała nam przede wszystkim szkoła. Tym razem była to konieczność stworzenia tam wspólnej, w miarę funkcjonalnej przestrzeni i dla niego, i dla Niedźwiadka. Ponieważ jeszcze trochę potrwa, zanim wybudujemy nasz dom marzeń, w którym każdy z chłopaków będzie miał swój pokój, nie mieliśmy wyjścia i musieliśmy się w końcu zmierzyć z tym zadaniem. Niedźwiadek zrobił się dużym chłopakiem, przyszłym przedszkolakiem, który coraz częściej wolał spać z bratem niż z nami, a już na pewno chciał się bawić TYMI SAMYMI zabawkami, w TYM SAMYM miejscu. Jednocześnie J.J. wciąż potrzebuje być czasami sam i musi tę możliwość mieć. Powolne sprowadzanie młodszego do tego samego pokoju rozpoczęliśmy już rok temu. Przywędrowała część zabawek, potem mebelki, pościel, zaczęło się wspólne usypianie. Na końcu dołączyły do tego ubrania i książeczki. Odbywało się to dość łagodnie, a J.J. chętnie przeniósł się ze spaniem na górę, gdzie ma teraz swoje królestwo. "Pan Złość" też miał w tym niemały udział. Najtrudniej było okiełznać tony J.J.-owego Lego, ale w końcu wylądowało w jednej z szuflad i przestało się (zapewne chwilowo) walać po podłodze, dzięki czemu można się wreszcie swobodnie bawić innymi zabawkami. Głównymi zmianami były: kolor ścian, układ mebli, obniżenie łóżka, nowe szafki na książki i pudła na zabawki czy pościel.

piątek, 8 kwietnia 2016

we don't need no education


Ostatni na tym blogu post o systemie edukacji wielu osobom się nie spodobał. Ba! Część uznała mnie za matkę, której kompletnie nie zależy na własnych dzieciach, sama jest niedokształcona w temacie (tu dygresja: nie jest tak, że zostając matką, mamy obowiązek/możliwość/czas wniknąć w naukowe tajniki działania dziecięcego mózgu czy jego systemu immunologicznego, nikt oczywiście nie zabrania nam tego robić, ale jeśli nie są to nasze zawodowe dziedziny, to przeczytanie dwóch czy nawet dziesięciu książek na dany temat nie uczyni nas w nich ekspertkami, tym bardziej że owe książki często wybieramy "pod tezę", a mimo wszystko to my od samego początku najlepiej znamy nasze dziecko, dbamy o jego zdrowie i zapoznajemy ze światem, fakt, że najczęściej działamy instynktownie i w oparciu o doświadczenie, w najmniejszym nawet stopniu nie odbiera nam kompetencji; by the way: osoby, które mi polecały wówczas "jedyne słuszne lektury", twierdziły jednocześnie, że nauczanie dzieci z książek to ZUO - no comment), chce na siłę uczynić z nich trybiki i bezmózgie stworzenia, nie decyduje się na edukację prywatną, bo woli wydawać kasę na modne ciuchy itp. Inni zauważyli, że miałam ogromne szczęście (zresztą dokładnie to napisałam wtedy w pierwszym zdaniu) do nauczycieli i być może dlatego mam takie poglądy, jakie mam. Wtedy myślałam, że to faktycznie decydujące. Okazało się jednak przy okazji, że moi znajomi z klasy, którzy mieli przecież tych samych nauczycieli, co ja, pamiętają przebieg naszych lekcji inaczej i nawet to, co mnie "porywało", im wydawało się nudne. Jak to możliwe? Ano tak, że się od siebie różnimy i każdego z nas co innego interesuje i do każdego z nas co innego trafia. Część z Was powie: widzisz! więc jednak sensowne wydaje się założenie, by każdego traktować indywidualnie i nie przymuszać dzieci do uczenia się rzeczy, które ich wcale nie obchodzą. Punkt dla idei "nowej szkoły". Tak. I nie.

czwartek, 10 marca 2016

miracle boys

Był taki maleńki. Niewiele większy od mięśniaka, który rozpychał się tuż obok. Niewiele większy od pomarańczy. Czekałam na niego całe życie. Walczyłam kilka lat. Nie przyjęłam do wiadomości, kiedy w pierwszych tygodniach ciąży poinformowano mnie, że dziecko nie żyje. Nie zgodziłam się na usuwanie. Uparłam się, by czekać. On na szczęście także się uparł - by przetrwać. Kiedy potem przez wiele tygodni kręcił się pod moją skórą, codziennie marzyłam, by móc go przytulić. Spieszyło mi się do tego. Głupia byłam.
Chociaż myślałam, że przedwczesny poród postawił w moim życiu wszystko na głowie, dziś wiem, że właśnie poustawiał na swoim miejscu rzeczy ważne i nieważne. Dni wypełnione strachem i niepewnością nauczyły mnie doceniać każdą sekundę. Pewnie mogłabym się tego nauczyć także w jakiś łagodniejszy sposób, ale nie miałam na tę lekcję żadnego wpływu. Kiedy maleńka dłoń J.J.'a zaciskała się wokół czubka mojego palca, powtarzałam mu przez szybę inkubatora: "kiedyś będziesz silny i zdrowy, silny i zdrowy". Zaklinałam rzeczywistość. Nie pierwszy raz i nie ostatni.
Wierzę w cuda.
Jestem największą realistką, jaką znam. Wszystko biorę na zdrowy rozsądek.
Ale w cuda wierzę.
Bo mnie spotykają.
Jeden z nich za kilka dni skończy 7 lat.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

our Christmas

Strasznie szybko minęły nam te Święta. Chyba też dlatego, że im jesteśmy starsi, tym bardziej nam potrzeba tego rodzinnego czasu, wspólnych gier, śmiechu, śpiewania i drobnych uszczypliwości. Tej miłości, która nie stawia warunków i prawdy, która nie potrzebuje owijania w bawełnę. 
Dzielę się dziś z Wami częścią tej atmosfery, przynajmniej na tyle, na ile potrafię ją uchwycić na zdjęciach. 

piątek, 4 września 2015

room for a schoolboy (and his little brother)

Musicie mu wybaczyć ten notoryczny bałagan, niemal nigdy nie pościelone łóżko, Lego WSZĘDZIE. Te szyby z zaciekami po deszczu i upartym myciu okien samemu. I tę literkę "U" do góry nogami, bo "przecież to jest u jak ul, a ul to niby jak wygląda?" Naklejki na drzwiach, ramie okna, grzejniku... Kaktusy, które w jego zamyśle mają być zalążkiem dżungli dla... szczura, o którym marzy :O #niepytajcie
Wybierał je wszystkie sam w sklepie ogrodniczym. Tylko te, i żadne inne. A to liściaste drzewko - nie uwierzycie - to awokado. Zasadził pestkę kilka miesięcy temu, pielęgnuje, podlewa i podziwia swoje dzieło :) Nie zliczę, ile razy zapytał o swoje drzewko podczas wakacji. Niedawno przeniósł je z kuchni na swój parapet, do drewnianej osłonki, którą wypatrzył w sklepie... papierniczym. Czterolistna koniczynka, którą znalazł na naszym trawniku tydzień temu, też dostała godne miejsce. 
Pisałam już nie raz, że główną ideą zmian w pokoju J.J.'a było to, by wyrażał zmiany w nim i w jego życiu. To miejsce zresztą zawsze miało taki właśnie cel: być odzwierciedleniem J.J.'a. Jego upodobań, pasji i gustu, a od niedawna także nowego etapu: szkoły. 
Małymi krokami wprowadzamy do niego Niedźwiadka, ale dzieje się to niespiesznie i bez presji, przy pełnej akceptacji obu chłopców. Niedźwiadkowy kącik zabaw bardzo przypadł J.J.-owi do gustu. Sam ułożył bratu książeczki na półce i przyniósł wszystkie jego zabawki. Bałam się trochę, że spowoduje to totalne zagracenie przestrzeni, ale pomógł nam tego uniknąć stary jak świat kosz piknikowy i niezawodne pejperbagsy od That Way. Przepiękna naklejka w indiańskich klimatach od Janod skradła serce nam wszystkim i nadała temu poważniejącemu z roku na rok pokoikowi jeszcze sporo magii. 
Myślę, że ostateczny efekt jest niezły. Fajnie się w tym pokoju funkcjonuje, a po wymianie wykładziny i lampy osiągnął nagle jakby większe rozmiary ;) A jak Wam się podoba?


poniedziałek, 10 sierpnia 2015

school time, part 1

Na myśl o szkole włącza mi się prokrastynacja, serio! A przecież to nie ja idę do szkoły, a J.J. Cieszę się na zmiany i boję się ich jednocześnie, też tak macie? Myślałam, że kompletowanie zerówkowej wyprawki i rearanżowanie pokoju trochę mi osłodzi ten przełom, ale wyskoczyły upały i... No, dobra, przyznaję, nie potrafiłam się zebrać nawet do tego, by kupić blok rysunkowy. Mam wrażenie, że dopiero co kupowali go dla mnie rodzice. Pamiętam tradycyjną sierpniową wyprawę do hurtowni artykułów papierniczych, ten zapach i buszowanie w poszukiwaniu najfajniejszych okładek. Kiedy to zleciało?! Kiedy z uczennicy stałam się mamą szkolniaka?! Stara d*** ze mnie, ot co!
Ale do rzeczy: po pierwsze pokój. Musiał stać się 2 w 1, więc samo wstawienie biurka i zwolnienie półki na przybory to za mało. Potrzebny jest jeszcze wygodny kącik do zabawy dla Niedźwiadka i miejsce na jego bibeloty. Poza tym i J.J. nie przestaje przecież być małym chłopcem i przestrzeń rozrywkowa przyda się też jemu. Więc to, co na załączonych obrazkach, to tylko zajaweczka zmian. Na początku września (mam nadzieję) pokażę Wam całokształt.
Po drugie wyprawka. Chciałam, żeby J.J. uczestniczył w jej wyborze i miał możliwie jak najwięcej do powiedzenia. Wierzę, że dzięki temu łatwiej mu oswoić się z myślą o szkole i że to jego zaangażowanie przyniesie na starcie pozytywne emocje. Dlatego bez niego wybraliśmy właściwie tylko lampę - to ja się w niej zakochałam, bo jest niemal identyczna jak dawne lampy kreślarskie moich rodziców i obudziła we mnie sentymenty. I biurko, i krzesło, i ołówki, i piórnik, i gumki, i okładki zeszytów, i teczki itd. - wszystko zostało zatwierdzone przez szefa Projektu Wyprawka ;) Zresztą po ilości obecnych Minionków łatwo się chyba tego domyślić ;)
Żółty kubek na długopisy J.J. ulepił sam z gliny, ja tylko opryskałam go lakierem w spray'u. Wygląda fajnie, prawda?


wtorek, 16 czerwca 2015

fairytale

Wszyscy lubimy bajki. I wszyscy z czasem przestajemy w nie wierzyć. Stawiamy nasze życie w opozycji do nich, bo wtedy wydaje nam się bardziej prawdziwe, a my bardziej przygotowani na każdą trudność, którą przyniesie nam kolejny dzień. Nie wiem, czy to dobrze. Czy jest coś złego w odrobinie magii?
J.J. jest już w takim wieku, że potrzebuje logicznych wyjaśnień, niejednokrotnie namacalnych dowodów, by coś zaakceptować. Nieustannie pyta, czy coś jest "naprawdę" i docieka "skąd to wiemy", aż chwilami zaczynam tęsknić za historiami, pełnymi niestworzonych wydarzeń i postaci, które łagodziły nerwy i niepokoje, związane z dorastaniem. Bo przecież po to właśnie są i zawsze były bajki - żeby nas uspokoić, pozwolić zrozumieć, zmienić perspektywę, wychować i pocieszyć. Plemiona miały swoje własne, indywidualne opowieści, snuło się legendy, tworzyło mity, budujące wspólnoty - powtarzane wielokrotnie od kołyski stawały się częścią człowieka, a on stawał się częścią społeczności. Dziś nawet biblijne przypowieści nie łączą katolików (mało kto je w ogóle zna). Szukamy konkretów i tracimy wiarę. Trudno jednak budować tożsamość bez opowieści.
Moje babcie często po wielokroć przywoływały rodzinne historie, także te tragiczne, ale nie przerażały mnie, tylko właśnie oswajały ze światem, z jego nieprzewidywalnością, nawet ze śmiercią. Uwielbiałam także wspomnienia dziadka o polowaniach na niedźwiedzie, nawet jeśli nie było w nich krzty prawdy. Dziś media i książki niejako robią za nas robotę. Wybór mamy ogromny. Odpowiedzi na wszystko. W końcu i bajek terapeutycznych jest od groma. Mimo to...
uwielbiam opowiadać. Zaczynać od "wyobraź sobie, że..." i wymyślam sytuacje mniej lub bardziej realne, które odzwierciedlają aktualny problem, trudne kwestie czy emocje. Wplatam w nie zawsze coś, co zdarzyło się niedawno lub było na tyle wyjątkowe, że J.J. doskonale to pamięta. W ten sposób moja opowieść łatwiej się zakorzenia.
Uwielbiam też zamieniać życie w bajkę, chociaż J.J. coraz częściej bawi się z rówieśnikami w "zwyczajny dom": jeżdżą do pracy, gotują obiady - ot, rutyna. Ale nawet w tej rutynie jest furtka do innego świata - ich wyobraźni. Ogrodowy basen zamienia się w ocean pełen rekinów, a koc w tratwę, rozbitą na bezludnej wyspie. Zmyślałam te światy dla małego J.J.'a, a teraz on zmyśla je dla Niedźwiadka i mam nadzieję, że ogromna potrzeba realizmu i rzeczowości, nie odbierze mu nigdy talentu do tworzenia własnych historii.

A jak Wy ratujecie magię w Waszej codzienności?




poniedziałek, 23 marca 2015

he's 6

Być mamą 6-latka to niełatwe zadanie. Nie wiem, jak sobie z tym poradzę. Z tym ogromem pytań i zmian, a przede wszystkim ogromem jego - J.J.'a - emocji, związanych z dorastaniem, koniecznością uczenia się i rozumienia także tych rzeczy, których potrzeby poznania na razie nie dostrzega. On przeżywa tę 6-stkę równie mocno. Jest niespokojny, nerwowy, gorączkuje bez wyraźnego powodu. Cieszył się z tych urodzin jak z żadnych wcześniej, ale chyba za dużo na niego spadło: wymarzony prezent (samochód EKLEKTYCZNY ;)), przedstawienie w przedszkolu, witanie wiosny i zaćmienie Słońca, którymi to zjawiskami bardzo się przejął, przyjęcie u kuzynki, a potem jego własne przyjęcie, i to wszystko w jeden krótki weekend. Dziś odpoczywa w domu, niby spokojniejszy, a jednak mocno osłabiony. Patrzę, jak drzemie, i myślę: co tam bycie mamą, bycie 6-latkiem to dopiero wyzwanie! 


poniedziałek, 9 marca 2015

J.J.'s room

Pokój J.J.'a powoli przestaje być przestrzenią małego chłopca, zabawki są wypierane przez inne narzędzia poznawania świata, a kolorystyka dorośleje. Mimo wszystko to wciąż jedno z najbardziej przytulnych i pełnych magii miejsc w naszym domu. Zapraszam Was dziś do J.J.-owego świata. Dajcie się za- lub chociaż oczarować ;)


czwartek, 11 grudnia 2014

how and what NOT to buy around Christmas

Prawda jest taka, że większość z nas w okresie Świąt wariuje. Sama jestem mega Christmas-freekiem i przyznaję się do tego bez bicia. O ile w ciągu roku jestem z punktu widzenia marketingu wielu firm najgorszym konsumentem - takim, co to czyta etykiety i po sto razy rozważa, czy na pewno czegoś potrzebuje, a nawet jak nie potrzebuje, ale pragnie, to i tak daje sobie ze trzy doby na "przespanie się" z tym, w efekcie czego większości zakupów po prostu NIE DOKONUJĘ - w okolicy Bożego Narodzenia potrafię ten rozsądek zatracić gdzieś między jednym a drugim "OMG" i "WOW" na widok wszystkich tych pięknych ozdób, dodatków, ofert prezentowych, nordyckich wzorków, futerek i innych ubranek dla chłopaków itede, itepe. Bycie blogerką ma tę wadę, że otwiera jeszcze o jakieś milion możliwości więcej i naprawdę trudno się w tym odnaleźć. Poza tym nawet gdybym chciała pójść pod prąd i powiedzieć: w tym roku NICZEGO nie kupujemy, nie będę niczego POLECAĆ, to byłaby jednak hipokryzja. Po pierwsze dlatego, że polecanie różnych rzeczy jest jednym z tych obowiązków, które KAŻDY bloger wypełnia, w mniejszym lub większym stopniu, i mówienie, że nie, zarzekanie się, że nigdy, zwykle kończy się przy pierwszej ofercie współpracy. Może nie? Po drugie - o czym już pisałam - nie jesteśmy mormonami. Żyjemy w konsumpcyjnym świecie, a nasze demokratyczne prawa, w tym prawo wyboru realizujemy w dużej mierze właśnie poprzez zakupy. I naprawdę nie ma w tym nic złego, jeśli robimy to Z GŁOWĄ. I tu po trzecie: często prosicie mnie o polecenia, przy okazji różnego rodzaju świąt, też urodzin, chrztów, czy innych wyjątkowych okazji. Pytacie mnie o to w mailach i prywatnych wiadomościach. Więc polecam. Ale ZAWSZE zakładam, że na tego bloga zaglądają osoby inteligentne, myślące i przede wszystkim z WŁASNYM rozumem oraz świadome WŁASNYCH potrzeb i FAKTYCZNYCH potrzeb swoich dzieci. Przyjmuję więc za oczywiste, że wiecie, jak powstają wszelkie przeglądy prezentów czy stylizacji świątecznych: NIE MAMY wszystkich tych rzeczy, które Wam pokazuję, a nawet jeśli mamy, to pojawiały się u nas niejednokrotnie przez kilka lat, przy różnych okazjach, sprawdziły się i dlatego trafiły na listę. Lista jest DLA WAS i jest większa nie po to, żebyście kupili WSZYSTKO (niby dlaczego miałoby mi na tym zależeć?), ale po to, żebyście mieli WYBÓR. 

Pomimo całej mojej szalonej miłości do tych Świąt, staram się bardzo pilnować i nie ulec chwili, nie emocjonalnie, ale właśnie finansowo. Im jestem starsza, tym bardziej przestrzegam zasad i limitów, wyznaczonych mi przez Pana Męża. A im bardziej ich przestrzegam, tym lepiej widzę, że są mi one potrzebne. Oczywiście są to zasady niepisane, umowne, ale dziś w odpowiedzi na Wasze sugestie, ubrałam je w słowa i tak oto powstała kolejna lista:

7 REGUŁ MĄDREGO KUPOWANIA NA ŚWIĘTA

poniedziałek, 8 grudnia 2014

beanies & stars

Dostałam właśnie zdjęcia J.J.'a z sesji dla Chrum. Do ich bluz, t-shirtów i gadżetów warszawskich cwaniaków dołączyły zimowe czapki. Bardzo ciepłe i w fajnych kolorach. Kolory są zresztą - moim zdaniem - największą siłą tych fot. No, i może trochę J.J.-owe wariactwa ;) 

Podoba się Wam?


środa, 3 grudnia 2014

if not cars then what?

Do Mikołajek zostały już tylko trzy doby, do Wigilii - 21. Mało. Na szczęście w tym roku działamy według planu i część prezentów z listy już jest, a nawet się rozgościła w naszym domu ;) Kalendarz adwentowy jest tutaj naprawdę wspaniałym rozwiązaniem, dzięki któremu można obsypywać dzieci mniejszymi podarunkami przez cały grudzień, zostawiając jednak te najbardziej wymarzone na 6. i 24. dzień miesiąca. Nasz kalendarz robiłam razem z małym J.J.-em dwa lata temu i wciąż nam służy, chociaż jest już nieco sfatygowany. Są w nim tradycyjne okołoświąteczne zadania typu pieczenie pierników (w tym dniu będziemy też dekorować TE pierniki, a Wy jeszcze do jutra możecie wygrać je w KONKURSIE), oglądanie świątecznej bajki, picie czekolady z piankami (jeśli uda mi się Pana Męża wyciągnąć do Ikei, to może nawet TYMI), pakowanie prezentów (w tym roku w TEN papier), ale też dodatkowe karteczki z napisem NIESPODZIANKA, oznaczające właśnie prezent. Moje typy motoryzacyjne (TU) już znacie, Lego to oczywistość, więc dziś "cała reszta" :)

Po pierwsze: pościel. Moje chłopaki uwielbiają się wylegiwać i zakopywać pod kocami, kołdrami, pledami, stertą poduszek (nasz dom wygląda przez to czasem jak lokal szalonego designera, ale ja też to lubię), więc ma dla mnie ogromne znaczenie, w czym śpią. Miękka, oddychająca tkanina i fajna grafika to warunki obowiązkowe. Moim wyborem dla Niedźwiadka była indiańska seria La Millou, dla J.J.'a potrzebowałam jednak czegoś bardziej dorosłego i wyważonego, a jednocześnie jeszcze z odrobiną magii. Komplet Effii Wesoły Dzień spełnia wszystkie moje wymogi, a żeby było śmieszniej - Pan Mąż tak bardzo lubi się w niego zatapiać, że czasami po usypianiu J.J.'a wcale nie chce wracać do naszego łóżka :O Dobrze, że chociaż materac mamy najwygodniejszy na świecie :P

Po drugie: książki. Wszystkie, które widzicie na zdjęciach i grafikach poniżej mogę polecić gorąco i z czystym sumieniem. Także kartonówki. Niedźwiadek po prostu je uwielbia. Właśnie wydawnictwa Tako i serię o Maksie z Zakamarków.

Co poza tym? Kaczucha do kąpieli KidO. Przeurocza. Podobnie jak puzzle magnetyczne Oops. W dodatku absolutnie perfekcyjnie wykonane. Obie cudowności dostępne w Mamissimie (bo gdzieżby indziej ;)) Wciąż się waham, który film wybrać dla J.J.'a na świąteczny dzień oglądania i zajadania się maślanym popcornem, ale pakuneczki w postaciami z Pingwinów z Madagaskaru już czekają w domu na swoją wielką chwilę ;) Poza tym kusi mnie drewniany smartfon. Jak wiecie, jestem raczej sceptycznie nastawiona do zapodawania dzieciom nowinek technologicznych i staram się trzymać J.J.'a na dystans od nich, więc podarowanie mu wersji bardziej "kreatywnej" pasowałoby do moich poglądów. Ale to chyba egoizm... ;)

A Wy na jakim etapie prezentowym jesteście?


poniedziałek, 24 listopada 2014

sleeping impossible

Podobno każde dziecko rodzi się z wdrukowanym genetycznie zegarem. Moje zatem miały pecha i dostały ode mnie w spadku cykl dobowy sowy. Obaj nie cierpią poranków i pobudek przed 8, za to wieczorem uaktywniają się tak, jakby chcieli nadrobić za dwa dni z góry. Wszelkie mądre porady z zakresu "przestaw dziecko na pożądany tryb" nie zdały u nas egzaminu. Mało tego! Nawet trzeci rok przedszkola, rozpoczynanego od 7.30, nie wywołał rewolucji. J.J. wciąż chodzi półprzytomny do 10, tyle że robi to poza domem. Co do Niedźwiadka, jeśli wstanie przed 9, uznajemy, że wstał wcześnie. Obudzony przed tą godziną, kategorycznie domaga się przytulania w łóżku lub przynajmniej pod kocykiem, odmawia jedzenia (a on NIGDY nie odmawia jedzenia!) i drzemie w okolicach 13. Byłoby ok, gdybym nie musiała akurat rano odpisać na maile, dokończyć artykuł, podczas pisania którego padłam dzień wcześniej, zadzwonić do konsultanta, polecieć po zakupy, na pocztę itd. Ale muszę. Więc częściej sama wybieram opcję nr 2: niczym niezaburzony niedźwiedzi sen do 11. Wtedy Niedźwiadek wstaje szczęśliwy, do wszystkiego chętny i współpracujący. Niestety oznacza to późną drzemkę lub jej brak, kąpiel o 20, a sen o 22. Żadnego spokojnego wieczoru. Żadnego filmu. Żadnej chwili na oddech, romantyczną kolację czy długą kąpiel. Ale przynajmniej praca wykonana, tak? No, tak. I dziecko zadowolone, tak? No, tak. Więc dlaczego czuję, że powinno to wyglądać inaczej? 

...


czwartek, 19 grudnia 2013

Dear Santa,

Kochany Mikołaju,

w tym roku pod choinkę poproszę o wielki pakiet Ciszy i Spokoju, najlepiej taki jak w Pewnej Sieci Komórkowej - bez limitu nawet jak już się wyczerpało limit. Obiecuję używać go rozsądnie i tylko w sytuacjach najwyższej konieczności. Albo o jakieś sterowane Instynktem Matki koreczki do uszu - odblokowujące się automatycznie wtedy, kiedy sprawa n-a-p-r-a-w-d-ę wymaga uwagi, a nie jest tylko zwykłym foszeniem. Nie pogardzę ponadto kilkoma choćby chwilami Wybiórczego Oślepienia, bo wiadomo, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Owo Oślepienie mogłoby być w komplecie z Domową Prewencją, która działałby na zasadzie podobnej jak w 'Raporcie mniejszości', tylko bez mniejszości i w mniej drażliwych kwestiach. Starczyłby jeden malutki robocik-jasnowidz, który dostarczałby mi raport zagrożeń wypadkowo-masakrowych, tak mniej więcej z godzinnym wyprzedzeniem. W sumie starczyłby kwadrans na odpowiednią aranżację przestrzeni, ale dodatkowe 45 minut może okazać się niezbędne dla aranżacji moich nerwów. 

Gdybyś jednak nie mógł z jakichkolwiek przyczyn spełnić moich tegorocznych życzeń. Pomimo tego, że byłam wyjątkowo grzeczna i że Ty podobno możesz wszystko, to poproszę przynajmniej o 10-minutowe okienko na kawę, każdego ranka, przy czym podkreślam: KAŻDEGO, a nie raz, góra trzy razy w tygodniu i RANKA, a nie po południu.

Z góry dziękuję za Twoje starania.

Załączam gorące pozdrowienia.

A.
 

wtorek, 17 grudnia 2013

blue, blue Christmas

Pisałam Wam wczoraj, że nasze przygotowania do Świąt wreszcie ruszyły pełną parą. Jest inaczej niż kiedykolwiek. Aktywność J.J.'a sprawia, że całe mnóstwo ozdób szykujemy własnoręcznie. Dzięki temu po raz pierwszy nie ma nawet cienia ryzyka, że przekroczę limit zakupowy 5 nowych pierdółek choinkowych rocznie, wyznaczony mi przez męża ;) Aktywność Niedźwiadka z kolei wpłynęła na decyzję o zakupie choinki w donicy. Zamówiliśmy już odpowiednią w okolicy i mam nadzieję, że dotrze do nas w czwartek. Doszłam do wniosku, że zdecydowanie wolę odkurzać rozsypaną ziemię niż wyciągać dziecko spod choinki :P No i nie będę musiała rezygnować ze szklanych bombek - po prostu zawisną o dwa piętra gałęzi wyżej. Zmieniła się też nieco kolorystyka naszych dekoracji. Jest sporo tradycyjnych zestawów: bieli, czerwieni i zieleni. I sporo muzyki w oldschoolowym klimacie.

Przy okazji znalazłam w piwnicy kilka opakowań niebieskich bombek, których nie używaliśmy już od wielu, wielu sezonów. A że J.J. kolor niebieski uwielbia, z miejsca się nimi zachwycił. Nijak mi do wystroju wnętrza nie pasowały, ale nie miałam serca pozbawiać J.J.'a radochy. Drogą kompromisu doszliśmy więc do tego, że zawisły one na śliwie, w ogródku. Wilk syty i owca cała :D

czwartek, 27 czerwca 2013

no party after party

Lubię mieć plan. Zazwyczaj oczywiście 'idę na żywioł', ale jedno drugiego nie wyklucza. Z planem czuję się bezpiecznie w obliczu wszelkich potencjalnych kataklizmów, a niemal 30 osób w małym ogródku to kataklizm sam w sobie, prawda? Wszystko było rozpisane. Menu zawisło na korkowej tablicy w kuchni, toppery i inne ozdoby przygotowałam na dwie doby przed godziną zero, sobota była więc cała poświęcona sprawom wielkiej wagi: mąż, mój brat i mój drugi tata (ojczym) dzielnie znosili stoły i ławki i rozstawiali namioty w najbardziej prażącym słońcu, mama i ja uwijałyśmy się w kuchni, skrupulatnie realizując kolejne zadania, a niezastąpiona dziewczyna brata zajmowała się dziećmi. No, bajka! Po południu przyjechali kolejni goście - tata, siostra i brat, więc rąk do pomocy zrobiło się jeszcze więcej. Wieczorem rozwiesiliśmy banery i balony, a kiedy wszyscy poszli spać, zabrałam się za prasowanie obrusów i koszul. Te drugie wylądowały na wieszakach, te pierwsze - na stołach. Rano mieliśmy jeszcze tylko rozłożyć talerze i przygotować koreczki. Taaaaaaaaaaaa...
Zamiast tego naszym oczom ukazał się widok jak z filmu katastroficznego: namioty leżały jeden na drugim, częściowo połamane, banery płynęły w strugach deszczu, obrusy były kompletnie mokre, podobnie jak meble. Właściwie cały ogródek był jedną wielką kałużą, a niebo było czarne od chmur. W pierwszym odruchu... nawrzeszczałam na męża, że tego nie przewidział, w drugim - rozpłakałam się. Na szczęście potem było już tylko lepiej :) Mama z moją 'bratową' zajęły się kuchnią, Zuzia robiła nowy baner, mąż naprawiał namioty i osuszał meble, tato i ojczym dzielnie mnie pocieszali i szykowali śniadanie, a ja prasowałam nowe obrusy, które - jak się później okazało - znacznie lepiej pasowały do całości. Nawet chmury w końcu odpłynęły. W rodzinie siła, ot co! :D

Poniedziałkowy poranek był przy tym niedzielnym bardzo, bardzo spokojny. I dobrze. Wrażeń mam dość na dłuższy czas ;P









pics by Zuzia
 
J.J. ma na sobie:
top-frak - by mama
szorty - Blue Base
kalosze - Zara
sznurówki - pasmenteria
korona - Ploom

Niedźwiadek ma na sobie:
koszula - by babcia (materiał z Ikei)
legginsy - Lindex
korona - Ploom (link wyżej)

Nowości w łóżeczku i obok:
poduszka-niedźwiedź - Ploom (jw)
poduszka "B" - Minimetry
rudy anioł-śpioch z misiem - tu
miś-termofor - sklepik w Dusseldorfie (prezent)
kocyk - dziergany by babcia Zuzi

Nowości w ogródku:
girlanda - by BigMama

A tak sobie odpoczywałam, jak dom opustoszał, a dzieci poszły spać:
 

wtorek, 25 czerwca 2013

Christening

Jestem jeszcze zbyt nieogarnięta, żeby pisać, więc niech tym razem mówią za mnie zdjęcia, mnóstwo zdjęć. Te z kościoła - by szwagier. Pozostałe - by Zuzanna, oczywiście :D


















UZUPEŁNIENIE:
Niedźwiadek miał na sobie: t-shirt z nadrukiem krawata robiony na zamówienie, kaszkiet H&M, szorty Next plus szelki doszyte by mama, mokasyny zaprojektowane i wycięte przeze mnie, a szyte przez teściową na spółkę ze mną. W domu przebraliśmy go w majteczki no name, a na głowie miał chusteczkę w okulary z Fluffy Colours.
J.J. miał na sobie: koszulę i spodnie H&M, krawacik no name, kaszkiet z lokalnego bazarku, półbuty F&F, kalosze Zara.
Moja kropkowa sukienka jest z Cropp'a, a kołnierzyk do niej wydziergała naturalnie Magda. Podobnie jak girlandę, którą widać na kilku zdjęciach. Zobaczycie ją lepiej na 'after party'.

Poranek dnia następnego w kolejnym poście. Dziś tylko mała zapowiedź: