poniedziałek, 28 grudnia 2015

our Christmas

Strasznie szybko minęły nam te Święta. Chyba też dlatego, że im jesteśmy starsi, tym bardziej nam potrzeba tego rodzinnego czasu, wspólnych gier, śmiechu, śpiewania i drobnych uszczypliwości. Tej miłości, która nie stawia warunków i prawdy, która nie potrzebuje owijania w bawełnę. 
Dzielę się dziś z Wami częścią tej atmosfery, przynajmniej na tyle, na ile potrafię ją uchwycić na zdjęciach. 

poniedziałek, 14 grudnia 2015

be

 
Bądźmy. Wiem, że to truizm, i wiem też, że na pewno się powtarzam, ale bywa nieraz, że nawet niechcący wpadamy w ten dziki pęd, zwłaszcza w gorącym przedświątecznym okresie, kiedy trzeba jeszcze wszystko dopiec, dokupić, dopakować, dobrać i dopiąć na ten nieszczęsny ostatni guzik. I pewnie, że fajnie, jak wszystko jest takie idealne, ale równie dobrze, jak nie jest. Bo przecież wcale, wcale nie o to chodzi. Może zabrzmi to dla Was dziwnie, jednak zauważyłam, że im bardziej jestem z kimś związana, im bliżej, tym mniej pucuję dom na błysk przed wizytą tej osoby. Tu nie chodzi o brak szacunku, bo ten wyrażam gościną, pyszną herbatą, jeszcze lepszym makowcem i tym, że słucham. Chodzi o to, że czuję się akceptowana, swobodna, że po prostu jest nam razem dobrze, niezależnie od tego, czy na pewno zebrałam ze stołu wszystkie rysunki chłopaków i wyszorowałam pastą do zębów nasze rodowe srebra z Ikei. Tak samo jest ze Świętami. Być blisko, razem, słuchać się nawzajem i... zwolnić, a nawet... jeszcze bardziej zwolnić - czy nie tego właśnie wszyscy pragniemy? Czy nie tego chcą od nas nasze dzieci? Czy nie tego najbardziej potrzebują? Bardziej przecież niż jakichkolwiek prezentów. 
W tym tygodniu w naszym kalendarzu mamy między innymi rozdawanie ciasteczek obcym ludziom na ulicy i życzenie im Wesołych Świąt, zapalenie świeczek w kościele dla tych, którzy odeszli, robienie łańcucha na choinkę i jeszcze kilka niespiesznych aktywności, dzięki którym oczekiwanie na Boże Narodzenie będzie się nam wszystkim już zawsze tak właśnie kojarzyło: jako bardzo, bardzo ciepły, rodzinny czas. 

piątek, 11 grudnia 2015

winter books

Uwielbiam zimowe opowieści. Uważam, że nie ma nic fajniejszego na długi grudniowy wieczór niż siedzenie z książką (a jeszcze lepiej z kilkoma książkami) pod ciepłym kocem i zaczytywanie się, zachwycanie się ilustracjami, zamyślanie lub zaśmiewanie do łez. Chłopcy chętnie zakopują się ze mną i słuchają. Chociaż właściwie nie słuchają, bo prawie się nie zdarza, żebym tylko czytała. Najczęściej sami sobie opowiadamy, dopowiadany lub tłumaczymy to, co w książce. Pamiętam, że tak właśnie wyglądało to u mnie w domu i cieszę się, że udało mi się taki interaktywny sposób na książki zaszczepić chłopakom. 
W tamtym roku pokazywałam Wam część naszej kolekcji (TU), niektóre historie towarzyszą nam od lat, inne dołączyły zupełnie niedawno. Dziś na zdjęciach pozycje, po które w tym roku sięgamy najczęściej. Każdą z nich mogę Wam z czystym sumieniem polecić.

czwartek, 10 grudnia 2015

a little bit of magic

Strasznie dawno nie byliśmy na naszej dzikiej plaży nad Wisłą. Dojazd na nią nie jest łatwy, a pogoda jeszcze go utrudniała, ale w końcu zwyciężyła tęsknota. I dobrze się stało. Bo piękniejszego zakątka chyba prędko nie znajdziemy. Macie takie swoje magiczne miejsca?
Przy okazji pokazuję Wam pomysł na zaskakujący, a przy tym praktyczny prezent: dmuchajkę marki Pilch (do kupienia m. in. TU). To taka niepozorna drewniana zabawka ze słomką i styropianową piłeczkę. W słomkę się dmucha, a piłeczka wiruje w powietrzu. Czysta magia! Kupiliśmy od razu dwie, żeby organizować między sobą zawody. Na czas. Albo na wysokość piłeczkowych lotów. Dmuchanie w dmuchajkę to jednak nie tylko fajna zabawa, ale i sprytne ćwiczenie logopedyczne - bardzo ważne dla J.J.'a, który wciąż ma problemy z niektórymi dźwiękami. Przy okazji J.J. ćwiczy także płuca, co przy jego kiepskich wynikach spirometrii (efekt wcześniactwa) jest nawet milion razy ważniejsze. Póki co jestem zachwycona i liczę na wymierne efekty przy kolejnym badaniu. 

poniedziałek, 30 listopada 2015

catch the world

Wiecie, po czym poznać różnicę pokoleń? Kiedy zgaśnie światło, stare pokolenie zaczyna szukać świeczek i zapalniczki, młode - włącza ekrany telefonów komórkowych. Byłam ostatnio uczestnikiem takiej sytuacji i przekonałam się, że to prawda. A jednak... moje dzieci domagały się świeczek :) Lubię się przekonywać, jak bardzo są naturalni, zaradni, swobodni i szczęśliwi. I jak niewiele im do tego potrzeba. 
Dziś pokazuję Wam prezenty, które idealnie się w ten ich świat wpisują. W tą ciekawość i potrzebę bycia blisko przyrody: aparat marki Plan Toys i lornetkę DAM. Chyba nie muszę Wam mówić, że te wybory, to strzały w dziesiątkę.

czwartek, 26 listopada 2015

rules for mummy blogger (before Christmas)

Obiecałam sobie, że w tym roku nie przegnę z zabawkami i będę się kurczowo trzymać własnego zdrowego rozsądku. Tak, tak, kurczowo, bo nie spodziewałam się jednak tak wielu propozycji współpracy z różnych sklepów. Na szczęście już nieraz pisałam, że blogerka ze mnie raczej du**wata, więc najpierw grzecznie co poniektórym odmawiałam, a potem przestałam nawet zaglądać do folderów "oferty" i "spam", bojąc się, że a nuż coś mi jednak wpadnie w oko (przepraszam!). Strasznie łatwo jest ulec pokusie - sami to wiecie - bo pięknych rzeczy jest na rynku zatrzęsienie, dlatego postanowiłam wyznaczyć sobie od początku jasne reguły, tj. decydowałam się TYLKO na:
1. Zabawki z listu do Świętego Mikołaja, czyli te, o których chłopcy marzą od dawna.
2. Rzeczy, które służą WSPÓLNEJ ZABAWIE, spędzaniu czasu razem, moim celom wychowawczym lub... zdrowiu.
3. Rzeczy, które zajmują mało miejsca. Serio! Przy naszym metrażu i dwójce łobuzów niezwykle istotne stało się to, by każdy gadżet ergonomicznie się pakował.
Jednym słowem: że postaram się wybierać mądrze. 
Będziecie mogli ocenić, jak mi się to udało w ciągu najbliższych tygodni, bo pokażę Wam stopniowo wszystkie nasze nabytki. Oczywiście te, które faktycznie okazały się sensowne (choć póki co liczę na to, że wszystkie takie będą).
Dziś: narzędzia marki Janod, z którą współpracujemy od dawna i do której mam ogromną słabość, ale też pewność, że każda rzecz będzie świetnej jakości, piękna i perfekcyjnie wykonana. Narzędzia to hit, który "idzie w ruch" kilka razy dziennie. Łączy łobuzów w rozwalaniu pod pozorem naprawiania i pobudza ich wyobraźnię. Zestaw był już na wyposażeniu lekarza pierwszego kontaktu i strażaka, który ratował rodzinę z płonącego auta, ale przydaje się głównie w otwartym niemal non-stop warsztacie samochodowym na środku naszego salonu. No, i mieści się w niewielkiej skrzyneczce :)

wtorek, 17 listopada 2015

gifts pool

Szaleństwo świąteczne uważam za oficjalnie rozpoczęte ;) Zazwyczaj strasznie mi przeszkadza ta cała komercyjna otoczka, ale z drugiej strony fakt, że sklepy już w listopadzie oferują bożonarodzeniowe podarunki, pozwala mi spokojnie przemyśleć wybór i zakupy, rozłożyć je w czasie i dobrze zaplanować. J.J. wyrasta na dokładnie takiego samego Christmas-freak'a jak ja, więc doskonale się dogadujemy w kwestii ozdób i wybierania prezentów dla członków rodziny (pisałam już kiedyś, że nie koliduje to z wiarą w Mikołaja, bo to, co kupujemy my, to prezenty dla dzieci "na wszelki wypadek" i dla dorosłych, którzy nie dali rady być grzeczni, choć bardzo się starali - bo trzeba ich pocieszyć). W tym roku pomaga mi też aktywnie w przygotowaniu kalendarza adwentowego. Niespieszne kolekcjonowanie zaczęliśmy w ostatni weekend, a kiedy buszowaliśmy między ozdobami, wzdychając i pokazując sobie nawzajem co fajniejsze dekoracje, J.J. powiedział: 
- Wiesz, mamo, tata nie powinien puszczać nas razem do takich sklepów, bo ty i ja tak kochamy Święta, że zaraz kupimy WSZYSTKO.
Mój syn, hehe :P

czwartek, 12 listopada 2015

survival

Wiedziałam, że to wyzwanie idealne dla nas, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam tę grę-przygodę. Las to nasz żywioł i nikogo z nas nie trzeba dwa razy przekonywać do wyprawy. Szczególnie jesienią i wiosną tak właśnie spędzamy niemal każdy weekend. To najwspanialszy wspólny, rodzinny czas, jaki możemy sobie wyobrazić.Po przejrzeniu całego pliku zadań, zażartowaliśmy sobie nawet, że to wypisz-wymaluj dzieciństwo naszych chłopaków w pigułce: ten survival.

poniedziałek, 9 listopada 2015

do not disturb


Żyjemy w czasach pełnych bodźców, idei, modeli wychowawczych - mamy nieograniczony dostęp do nich wszystkich i wielką ochotę, by z tego skorzystać. Jak najpełniej. Niestety niejednokrotnie okazuje się, że są one ze sobą sprzeczne i wprowadzenie ich w życie grozi raczej chaosem niż daje autentyczne wsparcie. Próbujemy więc wybrać mądrze, pod potrzeby swoje i naszych dzieci, ale gubimy się w tym, bo człowiek - także ten mały - jest jednak o wiele bardziej skomplikowany niż jakikolwiek zbiór choćby najbardziej elastycznych reguł. I tak oto z jednej strony chcemy, żeby nasze dzieci były superbłyskotliwe, stymulujemy je do nauki, do pisania, czytania, liczenia niemal od kołyski, chcemy, by od razu uczyły się języków, by poznawały empirycznie, mówimy o dawaniu im wolności, pozwalaniu, które ma sprawić, że będą odważne i pewne siebie, a z drugiej strony jesteśmy tak przepełnione obawami, że nawet sobie nie wyobrażamy, by sześciolatki same chodziły do szkoły czy sklepu, by wyszły same na podwórko, ba! w ogóle nie chcemy posyłać ich do szkoły (chociaż teoretycznie potrafią więcej niż my w ich wieku, bo naszym rodzicom przecież nikt nie mówił o sensoryce i innych cudach, prawda?). Pilnujemy, wozimy, czekamy, odprowadzamy, właściwie trzymamy na smyczy - najpierw naszej obecności, potem z pomocą komórek. Nie krytykuję. Też tak robię. Odruchowo. Ale gdzieś tam w głowie wciąż myślę: dlaczego? Ja w wieku J.J.'a chodziłam sama do biblioteki po drugiej stronie ulicy, do sklepu za rogiem, biegałam po podwórku z kluczem na szyi, a już rok później jeździłam z tym kluczem do szkoły: z obrzeży miasta do centrum. Sama. Tramwajem. Szkołę miałam przy przystanku, ale z domu do tramwaju szłam kwadrans piechotą. Więc dlaczego teraz, dzisiaj wydaje się to nierealne? Więcej: takie zachowanie mogłoby zostać dziś odebrane jako skrajny brak odpowiedzialności rodziców i niemalże ryzykowanie życiem dziecka. Czy świat się tak bardzo zmienił? Czy to my zbyt szybko przywykliśmy do tej orwellowskiej kontroli? 
Czytałam niedawno (nie pamiętam gdzie), że dzisiejsze dzieci właściwie w ogóle nie spędzają czasu z rówieśnikami bez obecności dorosłych. Zawsze ktoś ich pilnuje, ktoś czuwa, gotowy wkroczyć do akcji, gdy sytuacja się zaogni. Bo tak jest oczywiście bezpieczniej. Z tym, że jednocześnie odbieramy dzieciom szansę na to, by uczyły się radzić sobie same, by same inicjowały aktywności, angażujące grupę, aby umiały się pokłócić i pogodzić. Nie dajemy im ku temu okazji. Przy pierwszym konflikcie lub choćby jego symptomach do akcji wkracza rodzic lub nauczyciel. I pozamiatane. 

wtorek, 27 października 2015

irrepressible childhood

Dzieciaki to żywioł, bez dwóch zdań. Pomimo naszych największych starań, żeby nauczyć ich tych czy innych zasad, dać jak najlepszy przykład i przynajmniej trochę ucywilizować, one i tak zawsze robią, co chcą, rzucają się w wir swoich własnych fantazji i spadają na cztery łapy. Tam, gdzie się od nich wymaga, by trzymały się norm: przy stole czy w miejscach publicznych - tam się nudzą i niecierpliwią. Dopiero wolne, na podwórku czy w lesie - oddychają pełną piersią. Wielokrotnie już o tym pisałam: że nie wierzę statystykom, które mówią, że współczesne dzieci nie chodzą po drzewach i same z siebie wybierają komputer zamiast roweru. Nie wierzę i już. Bo widzę u chłopaków tę energię, to szczęście, którego nie da żadna, nawet najbardziej wymyślna zabawka, kiedy mogą się tarzać we mchu czy zjeżdżać z piaszczystej góry. Widzę tę ciekawość, z jaką obserwują każdy grzyb, każdy liść, każdy ślad na ziemi. Mieliśmy wielkiego farta, bo podczas jednego spaceru udało nam się zobaczyć i runo, zryte przez dziki, i ścieżkę, po której biegł lis, i odciski wielkich kopyt jelenia lub łosia na piaszczystej polanie. J.J. zaś, który przez cały ubiegły tydzień uczył się w szkole o gatunkach grzybów, mógł tę nowo nabytą wiedzę wykorzystać w praktyce. A jaki był z siebie dumny! 

wtorek, 20 października 2015

I don't remember


Badania kontrolne i testy - od tego się pewnie jako matka wcześniaka nigdy nie uwolnię. Tak samo jak od strachu o to, że jakieś zaburzenie wróci jak bumerang, że coś się nagle ujawni z niespodziewaną siłą, bo przecież to, że J.J. jest właściwie zdrowy, to cud, a cuda pryskają jak bańki mydlane. Z drugiej strony ten strach to normalna cecha każdej matki, także tej, której dziecko urodziło się w terminie i nigdy poważnie nie chorowało. Oznacza po prostu, że kochamy i - przynajmniej potencjalnie - jesteśmy gotowe chronić nasze dziecko przed ewentualnym niebezpieczeństwem. Dawno temu zdecydowałam, że nie chcę, by mój strach był większy od strachu innych matek, by odbierał mi radość z bycia mamą, a J.J.-owi utrudniał beztroskę i żywiołowe dzieciństwo.

wtorek, 6 października 2015

last days of sun

Jedno z pytań, które zadajecie mi najczęściej, brzmi: jak ty to robisz, że łączysz ze sobą tak różne printy, a jednak całość wygląda dobrze i nie ma w tym przesady? Zazwyczaj odpowiadam, że nie wiem, albo że "jakoś tak samo wychodzi", ale właściwie jest jedna niezawodna recepta, by przynajmniej spróbować wprowadzić do dziecięcych strojów trochę tego wzorowego misz-maszu bez ryzykowania, że zamienią się w cyrkowe przebrania: bazą takiego miksu musi być kolor czarny, biały lub szary. Właściwie wszelkie printy na takim tle wyglądają dobrze ze sobą nawzajem. No, oprócz identycznych wzorów na górze i na dole, bo wtedy dziecko będzie wyglądało jak w piżamie ;) Inne kolory można wprowadzać, dopasowując je np. do koloru printu. Czerwona czapka pasuje do pomarańczowo-czerwonych tygrysów z koszulki, a niebieskość lisków z płaszczyka współgra z niebieskościami totemów na spodniach. Nawet jeśli wydaje się Wam, że to niuanse, których na pierwszy rzut oka nie widać, to właśnie dzięki nim odbieracie dane zestawienie jako spójne. One po prostu działają podkorowo. 

Spróbujcie i wysyłajcie mi śmiało najbardziej nawet szalone zestawienia na: ruizpicasso81@gmail.com. W tytule maila wpiszcie MISZMASZ :) Czekam z niecierpliwością. 



czwartek, 1 października 2015

art nearby

Blogerki czy nie, my-mamy często wariujemy na punkcie ciuchów dla dzieci. To wypadkowa tego, że wariujemy na punkcie dzieci w ogóle. Same sobie śrubujemy standardy i wieszamy poprzeczkę często znacznie wyżej niż pozwala na to stan konta. Fajnie, jeśli robimy to, bo faktycznie troszczymy się o to, z czego i w jaki sposób powstała dana rzecz, jakie niesie za sobą wartości, ale mam wrażenie, że dotyczy to zaledwie garstki osób. Reszta po prostu "szpanuje", i to głównie w internetach, bo na co dzień mało która mama zwróci uwagę na metkę, jeśli nią nie dostanie po oczach. Zresztą - bądźmy szczerzy - dzieciom też jest absolutnie wszystko jedno, jaki znaczek mają tu i ówdzie przyszyty. Ba! Najlepiej jak od razu obetniemy metkę, bo uwiera. Prawda? 
Powiecie zaraz: hej, ale u ciebie też pojawia się logo tej czy innej lansiarskiej marki. Tak. I nie będę tego wcale tłumaczyć próbą zbawiania świata. Jeśli mogę kupić coś, co się chłopakom podoba, coś niemal identycznego jak z Bobo czy Mini, to pewnie, że kupię. Ale nie kupię tego, choćby wyglądało kropka w kropkę tak samo, jeśli się nie podoba. I w końcu kupię to Bobo czy Mini, jeśli mogę je mieć za ułamek ceny wyjściowej i jeśli oczywiście mogę sobie na to w danej chwili pozwolić (bo u freelancerów jak ja nigdy nie wiadomo ;)). To wypadkowa blogowania, więc wypadkowa czasu i energii, jaki wkładam w to miejsce. 
Bywa, że wraz z danymi markami u kogoś po prostu "widać pieniądze". I spoko. Czyjaś kasa, czyjeś dziecko - nic nam do tego. Ale czasami widać też bezrefleksyjny, stadni bieg za jakimś must-havem, który wcale nie zawsze jest ładny. Być może jest tak, że wyrobiona marka sprzeda wszystko, także to, co brzydkie. Być może ktoś nie wie, co mu się podoba, nie ma swojego stylu i w naśladownictwie znajduje bezpieczne wyjście. Być może social-media zrobiły nam takie pranie mózgu, że nawet nam się szukać nie chce innych, własnych rozwiązań. Być może. Ale wiecie co? Nie musimy się na to godzić. Nie musimy kupować dla logo, rozpieszczać zamówieniami tych, którzy się nie starają, a już tylko "jadą na opinii", nie musimy mieć tego, co wydaje się, że mają wszyscy i nie musimy wszystkiego obfocić na ten czy inny portal. Nawet jeśli jesteśmy blogerkami.
Sama lubię podpatrywać wszystko to, co jakoby konieczne. I iść w drugą stronę. I wybrać coś innego. Wtedy wiem, że to NASZE i dla NAS. Że robimy SWOJE. Lubię, jak ubranie jest małym dziełem sztuki, albo pełni jeszcze jakąś dodatkową funkcję, coś wyraża, o czymś opowiada, daje pretekst do zabawy, rozmowy. Lubię, jak żyje, a nie tylko wygląda.
A Wy co najbardziej lubicie?



poniedziałek, 28 września 2015

boys vs. girls

- Ja to już chyba jestem odporna na wszelkie świństwa. Robale, kupy, kościotrupy. Nawet nie wiem, kiedy przestało mnie to obrzydzać - powiedziała niedawno moja znajoma, mama trzech chłopaków.
- Bycie mamą chłopca to stan umysłu - wyrwało mi się w odpowiedzi. Było już za późno, żeby się ugryźć w język, a przecież mogłam kogoś urazić. Ale nie! Ku mojemu zaskoczeniu inne obecne mamy też... przytaknęły z zapałem. No, i zaczęła się dyskusja, porównywanie i uświadamianie się wzajemnie w kwestiach różnic. Opowieści o tym, jak to dziewczynki wchodzą nagle w okres różowy, a chłopcy... w czarny, jak to dziewczynki się myją, a chłopcy... tylko kąpią, one strzelają focha, oni się biją, one odrabiają lekcje zaraz po powrocie ze szkoły, oni - tuż przed snem, z jednym okiem już zamkniętym, one biorą nas na swoją słodycz, oni - na litość. A wszystko to dzieje się niezależnie od naszej woli (również tej dobrej) i planów. Te różnice po prostu są w pakiecie, choćbyśmy chciały z nimi walczyć. Na przykład mając dzieci różnych płci. Możemy stawać na rzęsach - nie zmienimy nic. Na początku, w ciąży, a może i wcześniej próbujemy się oszukiwać: wmawiać sobie, że nie mamy preferencji, że nam obojętne, a potem, gdy maluch jest z nami, że unikniemy kształtowania go w ramach stereotypowych ról. Ha! Jeśli uda nam się wychować małego człowieka bez uprzedzeń, który będzie szanował i równo traktował obie płcie - to już jest ogromny sukces i możemy sobie pogratulować. Ale nie ma mocnych na to, żeby chłopiec nie był choć raz bohaterem, a dziewczynka księżniczką. Nie zmieni tego żadna poprawność polityczna. Tak jak tego, że zawsze mamy preferencje, co wynika po prostu z tego, że w pewnych dziedzinach czujemy się mocniejsze niż w innych, a w otoczeniu jednej płci odnajdujemy się lepiej niż tej drugiej. Ja na przykład wychowywałam się z chłopcami, kuzynami i ich kolegami, z braćmi, miałam też niemal samych przyjaciół (nie przyjaciółki), łaziłam po drzewach, trzepakach, grałam w piłkę i przesiadywałam w garażu, bawiłam się resorakami, jeździłam na ryby, biłam się zamiast strzelać fochy. Nie potrafię sobie wyobrazić, że wychowuję dziewczęcą dziewczynkę, co jednak wcale nie znaczy, że nie dałabym rady tego zrobić. To tylko lęk przed nieznanym terytorium. Coś zupełnie normalnego. Zresztą nawet mimo tego, że poniekąd spodziewałam się chłopców, oni również potrafią mnie zaskoczyć. Nie tylko tym, jak bardzo stalowe muszą być moje nerwy, żebym nie padła na zawał podczas kolejnych akrobacji, ale także tym, jak bardzo potrafią być wrażliwi lub uważni na innych ludzi. 
Bo dzieci - niezależnie od płci - są dla nas zawsze niespodzianką i wyzwaniem.


piątek, 25 września 2015

both sides

Chcemy, żeby miłość do dzieci usprawiedliwiała wszystko. Ale... nie usprawiedliwia. Żadna metoda wychowawcza czy szumnie brzmiące idee nie dają nam zielonego światła na brak szacunku wobec tych, którzy wychowują i okazują tę miłość inaczej, nie daje nam też prawa, by przyzwalać na krzywdę innych. Wręcz odwrotnie: ta bezgraniczna miłość do dzieci powinna nam podpowiadać, gdzie postawić granice.
Tymczasem otwieram oczy ze zdziwienia, czytając licytowanie się rzeszy kobiet, która z nich jest gorszą matką - bo nawet jeśli odbywa się to w formie żartu, czuję, że to za dużo. Do tego lajki i przyklaskiwanie. Dlaczego nam się to podoba, a licytacje na skuteczne metody wychowawcze traktujemy już jak czcze przechwałki albo wtykanie nosa w nie swoje sprawy?
Dlaczego domagamy się tolerancji dla naszych poglądów, a innych bez chwili refleksji wdeptujemy w ziemię za to, że śmiali się od nas różnić?
Dlaczego nam wolno, a im nie?
Czy to przypadek, że najbardziej agresywne słownie są te mamy, które nazywają siebie bliskościowymi?
Sama jestem zwolenniczką idei RB, mam z nimi bardzo po drodze, ale empatia wobec własnego dziecka nie czyni mnie ślepą i głuchą na innych ludzi. Jeśli potrzeby J.J.'a są w konflikcie z potrzebami innych, możemy to przegadać dopiero wtedy, kiedy tych innych uszanuje, nie wcześniej.
Więc jeśli musi akurat dać publicznie upust swoim emocjom, pierwszą rzeczą, którą robię, jest znalezienie ustronnego miejsca, w którym będzie się mógł wyżyć, a potem uspokoić, jednocześnie jego zachowanie nie będzie nikomu przeszkadzać. To komfort psychiczny także dla mnie, i dla niego. Nie widzę zresztą powodu, by grono obcych ponosiło konsekwencje jego nastrojów. Sama też wcale nie chcę i nie lubię być zmuszana do znoszenia humorów czyichś dzieci. No, sorry, jestem odrębnym człowiekiem i mam swoje potrzeby. Pewnie, że jako mama mogę w pierwszym odruchu strzelić focha na panią, która nie stara się zrozumieć mojego dziecka, ale muszę pamiętać, że ta pani nie ma obowiązku go rozumieć. Po prostu! Ponadto moje okazywanie wsparcia dziecku może się śmiało odbywać bez świadków. Chyba, że potrzebuję publiki, ale wtedy to już problem innej natury.
Nie oczekujmy od otoczenia tego, czego nie dajemy. Szacunek i empatia to miecze obosieczne. Kiedy J.J. zachowuje się niewłaściwie wobec innych, bardzo często posiłkuję się takim ćwiczeniem: pytam go, czy sam chciałby się znaleźć w sytuacji, w jakiej stawia daną osobę. Czy chciałbyś, żeby ktoś biegał i pokrzykiwał przed twoim nosem, kiedy przyszedłeś do kina, obejrzeć film? Czy chciałbyś, żeby kolega zaprosił cię do domu, a potem powiedział, że nie wolno ci wejść do jego pokoju? Czy chciałbyś kupić zabawkę, w której ktoś wcześniej rozładował baterie? I tak dalej, i tak dalej. Czasem do znudzenia. Zawsze jednak skutecznie.
Gorąco polecam to ćwiczenie niektórym dorosłym!





Dzisiaj obiecane zestawy z naszymi wyborami z ulubionych Groshków. Przypominam, że w butiku czeka na Was rabat na nowości. Hasło do wpisania w koszyku to: jjandthebear. Korzystajcie, bo jest ważny tylko do niedzieli, a rzeczy z kolekcji Emile et Ida, Beau Loves i Kidscase są doskonałe jakościowo i do tego absolutnie przepiękne.

wtorek, 22 września 2015

autumn inspiration

Tegoroczna jesień zapowiada się niebanalnie, pomimo tego, że jak co roku wracają wszystkie odcienie szarości i motywy indiańskie. W propozycjach marek dziecięcych, i tych zagranicznych, i tych polskich, i tych handmade'owych, i tych sieciowych zdecydowanie czuć powiew świeżości, inwencję twórczą, ciekawość odkrywców. Coraz lepsze projekty, grafiki, kroje, coraz więcej jakości - dobrych tkanin i fantastycznych kolorów. Ciepłe barwy można miksować do woli, podobnie jak wzory i style - już nie tylko dlatego, że dzieciom wolno wszystko, ale dlatego, że moda dla nich stała się tak elektryzująca, że ciężko się zdecydować na jeden motyw przewodni. Mój inspiracyjny przegląd dzisiaj jest oczywiście subiektywny - wybrałam te trendy, które podobają mi się najbardziej: miks grafik, artyzm, dziki-zachód, black&white i szarości oraz bordo jako kolor sezonu. Chociaż jestem fanką printów, szalenie podoba mi się też to, że barwy i faktury tkanin zaczynają odgrywać coraz ważniejszą rolę w dziecięcej modzie, że odchodzi się od przekonania, że ubranie bez obrazków jest nudne lub nie dość dziecinne, a głębokie odcienie nie są już zarezerwowane dla starszaków.

Zdjęcia (kolejno): Bobo Choses, Indikidual, Bobo Choses, Wolf&Rita, Noro

czwartek, 17 września 2015

life goes on

Oswajamy się z nowym systemem funkcjonowania i wracamy z postami modowymi :) Mam w planach pokazać Wam jeszcze sporo fajnych, łobuzerskich stylówek, zanim dopadnie nas jesienna szaruga. Dziś pierwsze z nich.

P.S. Komentarze odnośnie moich postępów jako fotografa-amatora mile widziane :) Dzięki mojej siostrze w końcu się odważyłam na pełen "manual" :D Widzicie różnicę? Czy tylko mi się wydaje...


poniedziałek, 14 września 2015

breakfast strategies

Kiedy pisałam pierwszy post o śniadaniach do szkoły, nie wiedziałam jeszcze, że J.J. będzie jadł w szkole pełny obiad. Fakt ten z automatu zmniejszył pokaźność posiłków, które mu początkowo szykowałam. Kolejną niespodzianką była niemal codzienna porcja warzyw lub owoców, którą dzieciaki dostają od wychowawczyni. Wymagało to podpisania zbiorowej zgody przez wszystkich rodziców w grupie, ale - jak łatwo się domyślić - nie stanowiło to żadnego problemu. Teraz więc co najmniej trzy razy w tygodniu J.J. dostaje do śniadania lub podwieczorku dodatkowo gruszkę, śliwkę, brzoskwinię, kalarepkę itp. W efekcie moja kulinarna twórczość zaczęła się ograniczać do kanapki, a z racji tego, że J.J. nie zje niczego zbyt udziwnionego - pola do popisu raczej nie mam ;) Inaczej wygląda kwestia przekąsek/słodyczy - tu wciąż eksplorujemy. Co to znaczy? Że czytam etykiety :) Powiem banał: ale są ciastka i ciastka (zresztą parówki i parówki też - te ze zdjęcia poniżej mają aż 93% mięsa, reszta to woda i sól). Jedne zawierają kwasy sztucznie utwardzane i niebezpieczne dla zdrowia, a przy tym tonę cukru, inne są dosłodzone miodem i powstają z naturalnie twardego tłuszczu palmowego lub kokosowego. Pan Mąż śmieje się ze mnie, że zostałam już etykietowym detektywem, ale do tej pory w naszym domu królowały orzechy, galaretka i od święta coś kinder-kowatego, więc tak naprawdę nie wiedziałam dotąd zbyt wiele o tego typu przekąskach. Nie świruję jednak. Próbowałam batoników i figo-barów z działu "eko", ale większość z nich J.J.-owi kompletnie nie smakuje. W ciągu dnia nie je też (i nie pije) zbyt wielu słodzonych lub solonych produktów, bym musiała go w tej kwestii szczególnie ograniczać. Staram się być rozsądna i wierna zasadzie, że wszystko z umiarem. 

Tak-tak-tak, dobrze widzicie: tu bułka z pestkami dyni (w środku pasztet od babci :)). Zazwyczaj J.J. nawet nie tyka ziarnistego pieczywa, ale dynię i mak jako posypkę toleruje, i to nawet mimo tego, że kiedy wyjął tę kanapkę ze śniadaniówki, koledzy zareagowali zbiorowym zdegustowaniem. Za to żelkami z soku z granatu poczęstowali się chętnie ;) Lizak jest z kolei z naturalnego soku z kokosa i smakuje wybornie, ale nie jest najlepszym pomysłem jako dodatek do szkoły, bo... za długo się go je. Za to w drodze powrotnej do domu sprawdził się super. W sreberku jest rybka-żelek z omega-3. Od pierwszych chłodów daję po jednej i J.J.-owi, i Niedźwiadkowi codziennie do śniadania lub obiadu. Sok ze zdjęcia to chyba moje odkrycie roku. Same owoce i warzywa plus woda, zero dodatków i jeszcze kosztuje - nie uwierzycie - 90 groszy! :)  

piątek, 4 września 2015

room for a schoolboy (and his little brother)

Musicie mu wybaczyć ten notoryczny bałagan, niemal nigdy nie pościelone łóżko, Lego WSZĘDZIE. Te szyby z zaciekami po deszczu i upartym myciu okien samemu. I tę literkę "U" do góry nogami, bo "przecież to jest u jak ul, a ul to niby jak wygląda?" Naklejki na drzwiach, ramie okna, grzejniku... Kaktusy, które w jego zamyśle mają być zalążkiem dżungli dla... szczura, o którym marzy :O #niepytajcie
Wybierał je wszystkie sam w sklepie ogrodniczym. Tylko te, i żadne inne. A to liściaste drzewko - nie uwierzycie - to awokado. Zasadził pestkę kilka miesięcy temu, pielęgnuje, podlewa i podziwia swoje dzieło :) Nie zliczę, ile razy zapytał o swoje drzewko podczas wakacji. Niedawno przeniósł je z kuchni na swój parapet, do drewnianej osłonki, którą wypatrzył w sklepie... papierniczym. Czterolistna koniczynka, którą znalazł na naszym trawniku tydzień temu, też dostała godne miejsce. 
Pisałam już nie raz, że główną ideą zmian w pokoju J.J.'a było to, by wyrażał zmiany w nim i w jego życiu. To miejsce zresztą zawsze miało taki właśnie cel: być odzwierciedleniem J.J.'a. Jego upodobań, pasji i gustu, a od niedawna także nowego etapu: szkoły. 
Małymi krokami wprowadzamy do niego Niedźwiadka, ale dzieje się to niespiesznie i bez presji, przy pełnej akceptacji obu chłopców. Niedźwiadkowy kącik zabaw bardzo przypadł J.J.-owi do gustu. Sam ułożył bratu książeczki na półce i przyniósł wszystkie jego zabawki. Bałam się trochę, że spowoduje to totalne zagracenie przestrzeni, ale pomógł nam tego uniknąć stary jak świat kosz piknikowy i niezawodne pejperbagsy od That Way. Przepiękna naklejka w indiańskich klimatach od Janod skradła serce nam wszystkim i nadała temu poważniejącemu z roku na rok pokoikowi jeszcze sporo magii. 
Myślę, że ostateczny efekt jest niezły. Fajnie się w tym pokoju funkcjonuje, a po wymianie wykładziny i lampy osiągnął nagle jakby większe rozmiary ;) A jak Wam się podoba?


wtorek, 1 września 2015

fresh start

J.J. rozpoczął dziś szkołę, co stanowi dla nas wszystkich ogromną zmianę i jest nie lada wyzwaniem. Jak dla każdego zresztą. Zmieni się sposób nauczania, godziny zajęć, rozwiązania logistyczne, związane z odprowadzaniem i przyprowadzeniem. Zmienią się też J.J.-owe posiłki. Do tej pory przedszkole robiło za nas przynajmniej połowę roboty. J.J. jako typowy niejadek odmawiał bowiem w domu spróbowania większości rzeczy, w przedszkolu za to karnie jadł wszystko bez marudzenia, czy mu smakowało, czy nie. Nic by się pewnie w tej kwestii nie wydarzyło, gdyby nie nawrót skrajnej anemii i poważne problemy z przyswajaniem żelaza. Dla nadaktywnego J.J.'a prawdziwą tragedią była konieczność zrezygnowania z ulubionych zajęć: z tańca i judo, i chociaż przeżywaliśmy to ciężko, dziś skupiam się na pozytywnym skutku ubocznym tych doświadczeń: teraz bowiem J.J. je wszelkiego rodzaju mięso, polubił niektóre warzywa i owoce, a czekoladę bez mrugnięcia okiem zastępuje orzechami i ciasteczkami zbożowymi.  Mimo wszystko obawiałam się, że kiedy otworzy pudełko z przygotowywanym przeze mnie śniadaniem lub lunchem i zobaczy coś, czego wcześniej nie widział, po prostu tego nie zje. Dlatego poświęciliśmy kilka dni na testy: codziennie szykowałam mu jakiś zestaw, zapakowany tak, jak do szkoły, a on mówił, co mu smakuje, a co nie, czego chciałby jeszcze spróbować, co zmienić i czego za żadne skarby, nigdy nie tknie. 
Dziś, kiedy znam już plan lekcji, wiem dodatkowo, że trzy razy w tygodniu będę mu szykowała lżejszy posiłek typowo śniadaniowy, a dwa razy - kiedy będzie chodził na popołudnie - coś bardziej obiadowego: jak domowy hamburger czy tortilla z indykiem. W te dni będzie też dostawał większą porcję warzyw, bo może odmówić ich zjedzenia na kolację.  
Co do komponowania posiłków. Kiedy pokazałam niedawno to zdjęcie na fp i instagramie - zawrzało. Być może zestawy, które pokazuję Wam dzisiaj, również niektórym nie przypadną go gustu, ale chcę wyjaśnić jedno od razu: to, co trafi do J.J.-owej śniadaniówki nie jest jedynym posiłkiem, jaki zje w ciągu dnia (to odpowiednik 1 lub 2 na 5 posiłków). Jestem przeciętną mamą, wiele rzeczy robię w pędzie, raz gorzej, raz lepiej, więc zależy mi na tym, żeby zestawy były w miarę szybkie i łatwe do przygotowania. No, i nie jestem dietetykiem, chociaż od dekady piszę o zdrowym odżywianiu. To pisanie dało mi pewien dystans do nowinek, wyników badań naukowych i tego, co i na co szkodzi lub na co pomaga. Pomijam tu kwestie indywidualnych alergii czy innych chorób, ale generalnie jestem wierna zasadzie: z umiarem. Ilość to dla mnie podstawowe kryterium. Nie widzę powodu, by odmawiać dziecku coli, kiedy pije ją raz w miesiącu lub rzadziej, tak jak zgadzam się na actimelka raz na tydzień lub raz na dwa tygodnie (w tych zestawieniach nie ma go nie dlatego, że przestraszyłam się krytyki, ale właśnie dlatego, że chłopcy pili go w poprzednim tygodniu, a zdjęcia są nowsze). 

Co zatem przeszło próbę? Zobaczcie!

Najulubieńszy zestaw J.J.'a to kanapki z serem żółtym i rzodkiewką. Do tego kilka kabanosów i baton orzechowy. Myślę, że tego będzie się domagał najczęściej :)

środa, 26 sierpnia 2015

feels like heaven

Czekam zawsze na ten nasz nadmorski czas z niecierpliwym utęsknieniem. Mieszkałam kiedyś tak blisko. Bywałam tak często. Czerpię więc pełnymi garściami ten piach i chwytam jak najgłębsze oddechy. Nawet to, że w tym roku w naszym zwykle pustym miejscu, ludzi było od groma, jakoś mniej mi przeszkadza, niż mogłabym przypuszczać :) Może się socjalizuję na starość, hehe ;)
 
chustki-na-głowach - La Millou, t-shirt Niedźwiadka - Troizenfants, szorty Niedźwiadka - Zara, t-shirt J.J.'a - Nosweet, szorty - Children of the Tribe

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

school time, part 1

Na myśl o szkole włącza mi się prokrastynacja, serio! A przecież to nie ja idę do szkoły, a J.J. Cieszę się na zmiany i boję się ich jednocześnie, też tak macie? Myślałam, że kompletowanie zerówkowej wyprawki i rearanżowanie pokoju trochę mi osłodzi ten przełom, ale wyskoczyły upały i... No, dobra, przyznaję, nie potrafiłam się zebrać nawet do tego, by kupić blok rysunkowy. Mam wrażenie, że dopiero co kupowali go dla mnie rodzice. Pamiętam tradycyjną sierpniową wyprawę do hurtowni artykułów papierniczych, ten zapach i buszowanie w poszukiwaniu najfajniejszych okładek. Kiedy to zleciało?! Kiedy z uczennicy stałam się mamą szkolniaka?! Stara d*** ze mnie, ot co!
Ale do rzeczy: po pierwsze pokój. Musiał stać się 2 w 1, więc samo wstawienie biurka i zwolnienie półki na przybory to za mało. Potrzebny jest jeszcze wygodny kącik do zabawy dla Niedźwiadka i miejsce na jego bibeloty. Poza tym i J.J. nie przestaje przecież być małym chłopcem i przestrzeń rozrywkowa przyda się też jemu. Więc to, co na załączonych obrazkach, to tylko zajaweczka zmian. Na początku września (mam nadzieję) pokażę Wam całokształt.
Po drugie wyprawka. Chciałam, żeby J.J. uczestniczył w jej wyborze i miał możliwie jak najwięcej do powiedzenia. Wierzę, że dzięki temu łatwiej mu oswoić się z myślą o szkole i że to jego zaangażowanie przyniesie na starcie pozytywne emocje. Dlatego bez niego wybraliśmy właściwie tylko lampę - to ja się w niej zakochałam, bo jest niemal identyczna jak dawne lampy kreślarskie moich rodziców i obudziła we mnie sentymenty. I biurko, i krzesło, i ołówki, i piórnik, i gumki, i okładki zeszytów, i teczki itd. - wszystko zostało zatwierdzone przez szefa Projektu Wyprawka ;) Zresztą po ilości obecnych Minionków łatwo się chyba tego domyślić ;)
Żółty kubek na długopisy J.J. ulepił sam z gliny, ja tylko opryskałam go lakierem w spray'u. Wygląda fajnie, prawda?


wtorek, 4 sierpnia 2015

#offline

Im J.J. jest starszy i im szersze jest grono jego kolegów, tym więcej wysiłku kosztuje nas tłumienie jego fascynacji technologiami: komórką, laptopem, tabletem, a przede wszystkim grami. Gdziekolwiek nie pojedziemy, zawsze znajdzie się jakieś dziecko, uzbrojone w stosowny sprzęt i chętne do dzielenia się swoimi wirtualnymi sukcesami. Zawsze też - prędzej czy później - otacza je wianuszek ekranowych gapiów. Walczymy jednak dzielnie, by J.J. nie był jednym z nich. Na szczęście obserwujemy podobne zmagania i u innych rodziców, więc wspólnie udaje dość szybko - póki co, zapewne :/ - skierować uwagę dzieci na to, co się dzieje w realu. Bardzo bym chciała, by ten stan utrzymał się jak najdłużej: by rysowanie kredą, bitwy na statkach-materacach, wyławianie pereł, szukanie skarbów w tajemniczym domu czy przeprawa przez bagna na oswojonym krokodylu za każdym wygrywały w starciu z polowaniem na telefoniczne zombie.     


wtorek, 21 lipca 2015

#online

Zazwyczaj lubię media. Trochę dlatego, że głupio nie lubić, jak się jest z zawodu dziennikarką ;) Ale lubię też siłę ich rażenia w kwestiach ważnych, obowiązek brania strony tego słabszego, choćby absurdalnie i bez zdania racji. Lubię to, jak za ich pomocą ludzie się jednoczą i w błyskawicznym tempie zbierają grosz do grosza, by uratować komuś zdrowie, czy nawet życie. Lubię społeczności i wirtualne kumpelstwo, bezinteresowne okazywanie sobie sympatii przez zupełnie obcych ludzi. Lubię blogowanie, nie tylko swoje ;) Uwielbiam mieć szybki dostęp do wiedzy, móc wszystko sprawdzić, zarówno największą rybę świata, jak i wakacyjny rozkład jazdy kolejki podmiejskiej. Lubię też to, jak media się zmieniają: że stały się prawdziwym narzędziem wolności i demokracji - bo są dla każdego i wypowiedzieć się w nich może każdy. Niestety wolność i demokracja zrównuje w prawach ludzi mądrych i głupich, a tych drugich bywa więcej, a z pewnością tym drugim się znacznie częściej wydaje, że mają coś ważnego do powiedzenia. Więc gadają. I wylewa się hejt na zmarłą młodo i z nieznanych przyczyn blogerkę, na nastolatka, który się nie dopasował do kolegów, w końcu na dziennikarza, którego dziecko zginęło w tragicznym wypadku. Wszystko to w ciągu zaledwie miesiąca. Są wakacje, dużo wolnego czasu, młodzi robią to z nudów, dla beki, ale przecież niczego to nie tłumaczy. Bo nawet żart czy prowokacja ma swoje granice i z pewnością jest nią realna krzywda drugiego człowieka. Jak zapewne wielu z Was, myślę o tym i wciąż zadaję sobie pytania: dlaczego tak się dzieje? kto i gdzie popełnił błąd? gdzie się podziała empatia, wrażliwość, zwykła kindersztuba? jakieś podstawy człowieczeństwa? jak mogę uchronić przed tym moje dzieci? 
Opisywałam Wam kiedyś nasze sposoby na trenowanie empatii. Wciąż je praktykuję, w różnych formach, i wciąż jestem zdania, że przynoszą świetne efekty. Im J.J. jest starszy, tym bardziej obawiam się jednak, że bycie dobrym człowiekiem postawi go automatycznie na słabszej pozycji w grupie. Z drugiej strony liczę na to, że równie automatycznie znajdzie podobnych znajomych. Ale ochrona przed bezczelnością i agresją w realu wydaje się i tak łatwizną, w porównaniu z tym, co dzieje się w sieci. Jak się bronić na tym polu? J.J. póki co z Internetu nie korzysta, trzymam go jak najdalej od komputera w ogóle, ale w końcu się z tym zetknie i powoli próbuję mu tłumaczyć, że online obowiązują takie same zasady jak offline: że trzeba przede wszystkim szanować drugiego człowieka. To, że go nie widzimy, że nie może spojrzeć nam w oczy, że dzielą nas często wielokilometrowe odległości, że bywa osobą publiczną (a mimo to wciąż ma prawo do prywatności!), że się od nas znacząco różni - NIC nie daje nam prawa zachowywać się wobec niego inaczej niż gdyby stał przed nami twarzą w twarz. 
Myślę, że z czasem powiem mu też, że przed hejtem da się obronić tylko w jeden sposób: brakiem reakcji. Jako matka chciałabym, żeby to wystarczyło. Jako dziennikarka, wiem, że ktoś i tak zareaguje, bo nic tak nie nakręca newsa jak emocje, a nic tak nie nakręca emocji jak soczysty hejt. Niestety. 

Więc tak. Są dni, kiedy nie lubię mediów i smutno mi z tym.
Na szczęście jako blogerka offowa, mogę być raczej offline. I moje dzieci też :)
     

wtorek, 14 lipca 2015

priceless fun

Większą część wakacji spędzamy w domu, staramy się jednak zawsze, by chłopcy czuli, że to wyjątkowy czas. Już sam fakt, że mam obu łobuzów razem 24h sprawia, że rytm dnia (i pracy) stanął na głowie, ale powoli go sobie układamy. Lubimy slow life i celebrowanie wspólnych chwil, więc weekendy spędzamy zwykle na grillowaniu z przyjaciółmi i rodziną lub na rowerach. Zabieramy chłopaków do kina, na lody (każdego dnia w inne miejsce), na różne place zabaw (lubimy szczególnie odkrywać te mniejsze), w tym roku popłynęliśmy z nimi po raz pierwszy na spływ kajakowy, co jednak nie było najlepszym pomysłem ;) Tego typu "większe" atrakcje zostawiamy jednak na weekend, aby móc brać w nich udział całą czwórką. Chłopcy naturalnie potrzebują aktywności codziennie, a ich niespożyta energia wymaga przynajmniej częściowego ukierunkowania. Pisałam Wam już, że upodobałam sobie zwłaszcza te zabawy, które oparte są na wyobraźni - takie, które "ocalają magię", wymagają wcielenia się w jakąś niezwykłą rolę i gwarantują przeżycie przygody. Wymyślamy więc kolejne historie i gry, tworzymy coś z użyciem rekwizytów, które mamy pod ręką lub które kosztują grosze, a dają mnóstwo możliwości i frajdy. Pokazywałam Wam na przykład malowanie koszulek, bitwę morską, kosmiczną kąpiel i badania przyrodnicze. Koc, przywiązany do kija, może się stać atrybutem zdobywcy nowego lądu, a szyszki - zamienić w śliwki, które doda do piaskowego tortu najlepszy cukiernik w mieście. 
Jeśli macie ochotę podzielić się z nami pomysłami na proste, kreatywne, a przy tym tanie zabawy, zapraszam do dodawania na facebooku oraz instagramie postów, komentarzy i wiadomości z hashtagiem #bezcennazabawa. Na zachętę zdradzę Wam, że pod koniec wakacji planuję rozlosowanie świetnych niespodzianek między uczestnikami akcji :)
Bawcie się z nami!



czwartek, 25 czerwca 2015

school dilemma

Bardzo długo się zastanawialiśmy, czy posyłać J.J.'a do szkoły. Przez ostatnie kilka miesięcy dosłownie zasypywaliście mnie pytaniami w tej sprawie, a ja powtarzałam: słuchajcie swojej rodzicielskiej intuicji, obserwujcie dziecko i jego potrzeby. Taka byłam (ekhm) mądra, a jednocześnie sama biłam się z myślami i szukałam wskazówek. Przyznaję, fiksowałam się na tym, co umie i jaki jest kreatywny, tworzy historie czy całe małe światy, że mnie ogrywa w memo itd. Jak każda mama, widziałam mocne strony swojego dziecka i na nich się skupiałam, a nie na tym, czego mu brakuje, by się rozwijać. Kiedy przyjrzałam się raczej "problemom", stało się jasne, że J.J. zdecydowanie potrzebuje zmiany środowiska, nowej grupy rówieśników, z którą mógłby budować relacje, nowych motywacji i innych metod pracy. Jednocześnie nie mogłabym być o niego spokojna w dużej grupie i pod zbyt dużą (jak na niego) presją. Początkowo rozważaliśmy więc edukację prywatną, ale po spotkaniach w tego typu placówkach w naszej okolicy okazało się, że ani proponowane formy zajęć, ani liczba uczniów w klasach (5-6 to zdecydowanie za mało!) nie do końca nam odpowiada. J.J. jest teraz na takim etapie rozwoju, że jasne zasady i autorytet, oparty nie na władzy, a na stabilności i spokoju to najlepsze, co mogłoby mu się przytrafić. Pokazały nam to także lekcje judo, na których taki wzorzec dostał i dzięki czemu nie tylko robił postępy, ale też otworzył się i bardzo chętnie brał udział w zajęciach, co nie jest dla niego typowe. Przed wyborem placówki publicznej porozmawialiśmy jeszcze raz z wychowawczyniami w przedszkolu oraz panią dyrektor (która jak się okazało zna J.J'a o niebo lepiej niż wspomniane panie), a w końcu także z psychologiem. Na naszą ostateczną decyzję wpłynął też w znacznej mierze fakt, że problemy zdrowotne J.J.'a, związane z jego wcześniactwem, wróciły z ogromną siłą właśnie przy okazji nadchodzących zmian i ogromu nauki, który zaserwowano mu w ostatnim czasie w przedszkolu. Szybkie dorastanie plus wielki stres zrobiły swoje. Na szczęście teraz możemy już śmiało powiedzieć, że jest lepiej. Wybraliśmy więc niezbyt przerośniętą szkołę publiczną, dość blisko domu i z klasą... 0 (nie wiem, jak u Was, ale u nas w regionie tylko dwie szkoły oferują sześciolatkom taką możliwość, ma ją więc zaledwie garstka, tj. ok. 50 dzieci na gminę!). Dodatkowo planujemy wspierać jego rozwój zajęciami, o których napiszę przy innej okazji (jesteśmy w trakcie wybierania). Czas pokaże, czy to właściwe rozwiązanie, ale właśnie się dowiedzieliśmy, że w J.J.-owej klasie jest jego ulubiony kolega z przedszkola, co z pewnością pomoże w aklimatyzacji. Póki co to przecież jest dla J.J.'a najważniejsze: że będzie miał pod ręką fajnego kumpla, ale i że będzie mógł do szkoły bezpiecznie pojechać na rowerze, i że będzie miał do dyspozycji piękne, duże boisko. Cieszy się również na myśl o szykowaniu wyprawki i kupowaniu biurka oraz dorosłego krzesła do pokoju. Ale o te kwestie pytajcie mnie dopiero pod koniec lipca!


wtorek, 16 czerwca 2015

fairytale

Wszyscy lubimy bajki. I wszyscy z czasem przestajemy w nie wierzyć. Stawiamy nasze życie w opozycji do nich, bo wtedy wydaje nam się bardziej prawdziwe, a my bardziej przygotowani na każdą trudność, którą przyniesie nam kolejny dzień. Nie wiem, czy to dobrze. Czy jest coś złego w odrobinie magii?
J.J. jest już w takim wieku, że potrzebuje logicznych wyjaśnień, niejednokrotnie namacalnych dowodów, by coś zaakceptować. Nieustannie pyta, czy coś jest "naprawdę" i docieka "skąd to wiemy", aż chwilami zaczynam tęsknić za historiami, pełnymi niestworzonych wydarzeń i postaci, które łagodziły nerwy i niepokoje, związane z dorastaniem. Bo przecież po to właśnie są i zawsze były bajki - żeby nas uspokoić, pozwolić zrozumieć, zmienić perspektywę, wychować i pocieszyć. Plemiona miały swoje własne, indywidualne opowieści, snuło się legendy, tworzyło mity, budujące wspólnoty - powtarzane wielokrotnie od kołyski stawały się częścią człowieka, a on stawał się częścią społeczności. Dziś nawet biblijne przypowieści nie łączą katolików (mało kto je w ogóle zna). Szukamy konkretów i tracimy wiarę. Trudno jednak budować tożsamość bez opowieści.
Moje babcie często po wielokroć przywoływały rodzinne historie, także te tragiczne, ale nie przerażały mnie, tylko właśnie oswajały ze światem, z jego nieprzewidywalnością, nawet ze śmiercią. Uwielbiałam także wspomnienia dziadka o polowaniach na niedźwiedzie, nawet jeśli nie było w nich krzty prawdy. Dziś media i książki niejako robią za nas robotę. Wybór mamy ogromny. Odpowiedzi na wszystko. W końcu i bajek terapeutycznych jest od groma. Mimo to...
uwielbiam opowiadać. Zaczynać od "wyobraź sobie, że..." i wymyślam sytuacje mniej lub bardziej realne, które odzwierciedlają aktualny problem, trudne kwestie czy emocje. Wplatam w nie zawsze coś, co zdarzyło się niedawno lub było na tyle wyjątkowe, że J.J. doskonale to pamięta. W ten sposób moja opowieść łatwiej się zakorzenia.
Uwielbiam też zamieniać życie w bajkę, chociaż J.J. coraz częściej bawi się z rówieśnikami w "zwyczajny dom": jeżdżą do pracy, gotują obiady - ot, rutyna. Ale nawet w tej rutynie jest furtka do innego świata - ich wyobraźni. Ogrodowy basen zamienia się w ocean pełen rekinów, a koc w tratwę, rozbitą na bezludnej wyspie. Zmyślałam te światy dla małego J.J.'a, a teraz on zmyśla je dla Niedźwiadka i mam nadzieję, że ogromna potrzeba realizmu i rzeczowości, nie odbierze mu nigdy talentu do tworzenia własnych historii.

A jak Wy ratujecie magię w Waszej codzienności?




wtorek, 9 czerwca 2015

side by side

Napisałam kilka dni temu taki post:

***
Mają czworo dzieci, oboje pracują, ona dwa razy dłużej niż zamierzała, ale przecież nie będzie narzekać, bo to dobra i dobrze płatna praca, w dodatku w zawodzie.
 
Chciał mieć rodzinę i cieszy się z każdej chwili spędzonej z dziećmi, ale nie jest ich wiele. Tak się złożyło, że musiał przejąć oddział rodzinnej firmy w innym mieście i większość czasu spędza naprawdę daleko od domu. Żona pracuje na miejscu, ale do 21, od poniedziałku do piątku. Kiedy wraca, maluchy już śpią. 

Kiedy zaczęła działać charytatywnie, nie spodziewała się, że uda się zrobić aż tyle, pomóc tylu ludziom. Teraz nie sposób już się wycofać, coraz trudniej odmawiać, ale przecież zdaje sobie sprawę z tego, że nie na to się pisała: nie chciała odbierać telefonów po 22 i nie mieć czasu na odrobienie lekcji z młodszą córką, chciała sama wozić syna na basen i obserwować z widowni jego postępy, a robi to dziadek.
 
Był taki moment, że naprawdę się bał rozwodu. Kocha żonę i córeczkę, ale pół soboty i pół pospiesznej niedzieli to za mało, by wciąż czuć się częścią rodziny. Na co dzień muszą sobie radzić ze wszystkim same. To i tak cud, że znoszą tę sytuację już drugi rok.

- Rodzice wszędzie mnie ze sobą zabierają i chodzimy na długie spacery - powiedział ostatnio J.J. w przedszkolu, zapytany skąd wie, że go kochamy. Popłakałam się.
Codziennie dziękuję za to, że mogę jemu i Niedźwiadkowi dawać to, czego najbardziej potrzebują: moją miłość, akceptację i obecność. Mamy ogromne szczęście.

P.S. Ostatnio tak nam się miło celebrowało wspólne chwile, że zapomniałam pójść na pierwsze zebranie w nowej szkole J.J.'a. Pozostawcie to bez komentarza ;)

***
Wczoraj inny P.S. dopisała ta kampania.
Padło już wiele słów na temat tego, jak bardzo jest nieprzemyślana, obraźliwa, oburzająca, żerująca na ogromnych tragediach, a w końcu godząca nie tylko w kobiety, ale i w dzieci, które w tym świetle stają się modnym dodatkiem do Paryża i kariery.
Co jeśli jakaś kobieta faktycznie tak to postrzega: że żeby mieć wartościowe życie, MUSI - obok/oprócz/zamiast tego, co robi - jeszcze urodzić dziecko? Gdzie jest w tym miejsce na bezinteresowną miłość, na brak przymusu i zew natury? Co jeśli ludzie, którzy żyją tak, jak moi opisani wyżej znajomi, tak właśnie myśleli? Że MUSZĄ dodać dzieci do swojego dobytku. I dodali. I stają na głowie, żeby to wszystko w kupie utrzymać. Pędząc, gnając, w pocie czoła wyrywając dobie choć odrobinę czasu dla rodziny. Moim zdaniem trzeba kochać i prawdziwie chcieć, żeby temu podołać. TYLKO w ten sposób da się podołać. Tam, gdzie decyduje przymus, presja społeczna, czyjeś oczekiwania (serio? jakim prawem w ogóle?), to się po prostu nie uda. Sorry, Winnetou!



wtorek, 2 czerwca 2015

their world

Dziś gadania nie będzie. Za to mam Wam do pokazania mnóstwo zdjęć moich i mojej siostry, która była u nas z wizytą. Obie podglądałyśmy fascynujący chłopięcy świat, trzymając się właściwie trochę z boku. Bo J.J. i Niedźwiadek tworzą teraz swoją więź intensywniej niż kiedykolwiek, jednoczą się (także przez konflikty i rozwiązywanie ich), budują wspólny dom i coraz silniejszą relację. Nie chcemy im w tym przeszkadzać. To dla nas łaskawy czas, szczęśliwy i pełen uśmiechów, energetyczny i napawający optymizmem. Wraz z tymi pozytywnymi emocjami Zuzia przywiozła nam także mnóstwo słońca, które - mam nadzieję, że - zostanie z nami na dłużej.



sobota, 23 maja 2015

Amsterdam: still walking with kids


Amsterdam. Pojechaliśmy tam pociągiem. Było ciasno i tłoczno. Urok miasta wynagrodził nam jednak wszystkie niedogodności podróży. Im dłużej spacerowaliśmy, tym bardziej zazdrościłam mojemu bratu tego, że miał okazję pomieszkać sobie na barce. Dla tego doświadczenia mogłabym cofnąć się w czasie i znów studiować. Niektóre barkowe domostwa z brzegu wyglądały wprost imponująco, kute ogrodzenia, ogrody, kryształowe żyrandole, malownicze tarasy, ba! nawet pływające place zabaw - zadziwiały mnie i oczarowywały. Z poziomu kanałów zaglądałam w okna i... planowałam najbliższe zakupy w Ikei ;)
Wyobrażałam sobie Amsterdam jako tętniące życiem, kolorowe miasto, ale choć tłumy ludzi faktycznie przewijały się przez centrum, ulicę dalej było już cicho i spokojnie. Do tego monochromatyczne barwy, piękna architektura, proste formy i spójna wizja. Bardzo mi się to spodobało. Ale wiecie: nawdychałam się sporo dymu, więc możliwe, że miałam złudzenia ;)

czwartek, 21 maja 2015

Eindhoven: walking with kids

Początkowo to był tylko "taki pomysł". Polecieć gdzieś raz w roku. Gdziekolwiek, gdzie jest lotnisko. Żeby mieć blisko do hotelu, nie pędzić, nie denerwować się, że nie zdążymy, bo przecież wiadomo, jak to wygląda z dziećmi. To znaczy: że nigdy nic nie wiadomo. Niepostrzeżenie zrobił się z tego zwyczaj, nasza rzecz: wybieramy dłuższy wiosenny weekend, poza jakimkolwiek sezonem, za lot i hotel płacimy mniej więcej pół roku wcześniej, bo taniej, i uzbrajamy się w cierpliwość. Pierwsza była Lizbona, potem Bergamo, teraz - Eindhoven. To jest zupełnie inne podróżowanie niż przedtem, kiedy chłopaków nie było z nami. Nie oklejamy mapy punktami do zwiedzenia, po prostu spacerujemy, obserwujemy, przystajemy, snujemy się i zachwycamy drobiazgami. 
W Eindhoven podziwialiśmy przede wszystkim architekturę. Domki i domy, ba! całe osiedla z cegieł, dopieszczone w każdym szczególe ogródki i miejską zieleń. Wszystko zadbane i tworzące spójną całość. Zaskoczyły nas wielkie okna od ulicy. To dla nas niemal ekshibicjonizm, że można jeść rodzinny obiad albo wylegiwać się z gazetą na kanapie tak "na widoku". J.J. zaglądał przede wszystkim tam, gdzie bawiły się dzieci. I do wszystkich skrzynek pocztowych, zwłaszcza tych w drzwiach. Myślę, że praca listonosza w Holandii wydaje mu się teraz jednym z najciekawszych zajęć na świecie. Niedźwiadek zwracał uwagę przede wszystkim na skutery i rozsmakował się w moich ulubionych waflach z syropem (będę za nimi tęsknić!). Największą frajdą dla obu chłopaków był jednak zdecydowanie aquapark i spora retro-karuzela na jednym z miejskich deptaków. 

niedziela, 10 maja 2015

taking it slow

Jakiś czas temu Kredka wspomniała, że po fali pędu i międzyblogowego wyścigu przyszła pora na ustalenie własnego tempa i - jak to pięknie nazwała - "slow blogging". O takim podejściu - wolnym od presji, za to skupionym na tym, od czego to wszystko się zaczęło - na miłości, uwielbianiu, podziwie, zachwycie nad naszymi dziećmi - pisała też mama Leny i Kuby. Bo one dorastają, absorbują nas, potrzebują bardziej, nie mniej, a w macierzyństwie jedną z najważniejszych rzeczy jest CZAS. Po liczbie postów nietrudno zauważyć, że i moje blogowe pisanie zmierza w tym właśnie kierunku. Wciąż mam Wam do pokazania mnóstwo piękna, które stanowi ozdobę dzieciństwa moich chłopaków, wciąż są nowe historie do opowiedzenia i doświadczenia do dzielenia się, bo przecież razem łatwiej i lżej. Nadal szukam inspiracji - i tych wychowawczych, i tych modowych, ale częściej widujemy się na FB i Instagramie niż tutaj, bo tamte strony zwyczajnie nie kradną moim dzieciom mojego czasu, a tak się składa, że i J.J., i Niedźwiadek przechodzą obecnie wielkie zmiany, przetwarzają mnóstwo informacji, odkrywają milion i osiem nowych zjawisk i emocji dziennie, i bardzo, bardzo potrzebują mojej uwagi i wsparcia. Pracuję nad tym, żeby jak najrzadziej słuchali słów "zaraz", "za chwilę" i "mama jest teraz zajęta", ale bywa, że w nawale obowiązków zawodowych rzucam je niepostrzeżenie, a potem żałuję. Wiem, że to komfort być w domu i pracować w domu, a jednocześnie myślę sobie, czy nie miałabym mniej wyrzutów, gdybym po prostu zamykała za sobą drzwi i wracała, dopiero kiedy skończę...
Siłą rzeczy na blog zostaje bardzo, bardzo mało miejsca w krótkiej dobie. Ale też nigdy nie było to chyba miejsce przymusu. Wy również z jakiegoś powodu komentujecie tu coraz rzadziej, za to chętnie piszecie do mnie wiadomości prywatne. Być może właśnie ze względu na ten brak ciśnienia, nasze kontakty są takie ciepłe, intymniejsze. Też to tak czujecie?

To prawda, że oprócz ogromu miłości do dzieci i potrzeby budowania wspólnoty, blog napędzają także - bardzo konkretnie - wszelkiego rodzaju współprace. Lubię je i mam zawsze ogromną przyjemność z bycia częścią czegoś twórczego. Doceniam to, że mam możliwość ofiarowania moim chłopakom rzeczy niebanalnych i nierzadko powstających z pasją, realizujących marzenia. Jednak nigdy nie mogłabym przedłożyć nawet najbardziej lukratywnej oferty ponad nasze spacery, mniejsze i większe wyprawy, leśne eskapady, szukanie kolejnych placów zabaw w okolicy, błoto, lody i łażenie po drzewach. 

Media trąbią ostatnio o tym, że dzieci już nie chodzą po drzewach, nie wiszą na trzepakach, nie bywają w lesie, na podwórku też rzadko, za rzadko. Otwieram szeroko oczy i nie mogę w to uwierzyć. Naprawdę tak się dzieje? Gdzie? W jakich środowiskach? Bo moje chłopaki są wciąż brudni i pachną wiatrem, są mokrzy od deszczu, rozczochrani, rozbiegani, głośni i najbardziej na świecie uwielbiają kalosze. Tylko dziś J.J. tarzał się po trawie i wydłubywał nożem pestki z jabłek, żeby je potem zasadzić w ogrodzie. Tylko dziś Niedźwiadek wykąpał się w wiadrze z deszczówką i wyjadał Cini Minis z kory wokół jałowca. Dla mnie to normalne, oczywiste, zwyczajne dzieciństwo.
Czy to możliwe, że jest wyjątkowe? 


wtorek, 5 maja 2015

sweet, sweet May

Majówka rozpoczęła fantastyczny miesiąc. Wiosna to idealna pora roku, by celebrować niespiesznie czas, spędzany z rodziną. My postanowiliśmy po raz kolejny nie mieć planów (bo zazwyczaj nasze kalendarze zapełnione są deadline'ami) i dać się ponieść fantazji. I tak paliliśmy ognisko, grillowaliśmy, puszczaliśmy kolorowe lampiony szczęścia, łaziliśmy po lasach i placach zabaw, graliśmy w mini-golfa, sadziliśmy kwiaty w ogrodzie. Po prostu byliśmy razem.
A jak Wam minął ten długi weekend?

wtorek, 28 kwietnia 2015

success

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami zła wróżka pochyliła się nad moją kołyską i powiedziała, że będę żyła tylko 33 lata...
Okej, tak naprawdę działo się to w parku miejskim, a ja nie byłam już oseskiem, tylko wyrośniętą licealistką, wróżka zaś była Cyganką, która rzuciła te słowa w złości za to, że nie chciałam jej zapłacić za przepowiednię. Nigdy w nie nie wierzyłam, a jednak było mi trudno wyrzucić je z pamięci, zwłaszcza po przekroczeniu wspominanej liczby lat. Dziś - przyznaję - odetchnęłam z ulgą, a przez moment miałam nawet ochotę pokazać tej kobiecie gest Kozakiewicza ;P Potem zrobiłam rachunek sumienia i zdałam sobie sprawę, że nie potrzebuję żadnej z tych cyferek - jak słupków, mijanych na drodze do celu, nie chcę żadnych końców i początków, bo jestem w miejscu, w którym lubię być. Na swoim miejscu.
Nie zostałam marynarzem, nie byłam w Rio, nie zjechałam Route 66 (jeszcze!), nie zdobyłam sławy jako autorka skandalizujących powieści, nie mam trzech synów (jeszcze!), nie jestem wyzwoloną singielką, nie mieszkam nad morzem, nawet przez moment nie byłam kochanką Gerarda Butlera (jeszcze?!), wciąż nie kupiłam dwumetrowego kaktusa na ganek, ani wzorzystych pokrowców na wypoczynek (czekam na przypływ odwagi; albo gotówki ;)). Lista niespełnionych marzeń jest długa, może nawet z roku na rok dłuższa, a mimo to dobrze mi bardzo z tym upływającym czasem, bo to właśnie on przyniósł mi sukces. Ten jeden, najważniejszy, którego szuka się niemal jak Świętego Graala. Szczęście. 

To wewnętrzne.
To z drobiazgów.
To z miłości.
Z moich brudnych, bosych dzieci, ciumkających słodycze na dywanie. 
Z męża, którego nie planowałam i nie spodziewałam się kiedykolwiek mieć, a którego pokochałam na tyle, by zgodzić się za niego wyjść. Dwa razy!
Z rodziców, których po wielu latach przestałam chcieć zmieniać i zaakceptowałam takimi, jacy są i nagle okazało się, że jednak umiemy ze sobą gadać i nawet się czasem rozumieć. 
Z rodzeństwa, które wciąż kocham jakby było stadem szkrabów, a które jest już przecież tak zaskakująco dorosłe i odnosi swoje sukcesy, a ja mogę je obserować, trzymać kciuki i pękać z dumy.
Z tylu fajnych, inspirujących, dobrych ludzi wokół i tylu pięknych chwil, doświadczeń, wrażeń, cudów, które zdążyłam już przeżyć i zgromadzić w mojej skrzyni skarbów - pamięci.
Ze wszystkich pożytecznych smutków i pouczających łez. 
Z domu pod lipą, który stał się moim domem, chociaż nie śmiałam nawet przypuszczać, że kiedykolwiek znajdę takie miejsce i tak mocno zapuszczę korzenie. 

Zrobiłam sobie dziś kawę i poszłam z nią do altany. Na boska. Po gęstej trawie.
- Nie koś jej jeszcze - poprosiłam Pana Męża. Więc nie kosi, a to z jego strony ogromne poświęcenie. 
Siedziałam z tą kawą w ogrodzie, pachnącym wiosną, pełnym kwiatów, jakbym włączyła pauzę w samym środku dnia i celebrowałam swoje urodziny. Przez kwadrans. Dziękując za wszystko, co mam. Za wielki, wielki sukces. Nie stan konta, nie stan posiadania, nie tytuły i zaszczyty. To żadna miara. Tylko to, jak się czuję ze sobą i jak ludzie czują się ze mną. 

Może część z Was pomyśli, że powinnam się natychmiast puknąć w ten naiwny łeb, skoro mi się wydaje, że osiągnęłam swój życiowy cel, mając 34 lata. Druga część powie: skoro tak, pora umierać ;) Ale nie zmienię zdania, na pewno nie dziś. Sukces jest spełnieniem pragnień, choćby tych nieuświadomionych i chwilą, w której można powiedzieć: "Nigdzie nie byłoby mi lepiej niż tutaj i teraz". Ale nie jest końcem drogi. Tylko jej etapem. 

Wypijcie dziś moje zdrowie, a jutro znów wszyscy idźmy przed siebie!


wtorek, 21 kwietnia 2015

all good things

Pamiętacie FAQ? Pytania lub sugestie, dotyczące wyimaginowanego konfliktu mody z mądrością, nigdy się nie kończą. Dorośli blogerzy i blogerki niestety często leją sowicie wodę na ten młyn. Na szczęście mam głębokie przekonanie, że nas to w ogóle nie dotyczy. Bo my-mamy nie musimy wybierać: możemy równocześnie dbać o wnętrze i zewnętrze naszych dzieci. To jest nasz obowiązek i przywilej. Tym bardziej, że są takie marki i takie wzory, które na nowo przypominają mi, dlaczego tak bardzo lubię dziecięcą modę. Ubieranie w nie chłopaków to codziennie wielka przyjemność.


środa, 15 kwietnia 2015

social life

Pisałam ostatnio kilka tekstów do poradnika dla rodziców przyszłych przedszkolaków (na prośbę kilku czytelniczek zrobiłam już skany, więc jak jesteście zainteresowani, zostawcie mi swoje maile). Zawarłam w nich rady, które wydawały mi się oczywiste, ale i takie, które sama chciałabym usłyszeć, zanim wybraliśmy przedszkole, a których nikt mi niestety nie udzielił. Przy okazji natknęłam się na z pozoru banalne spostrzeżenie, by nie przymuszać dzieci do wspólnych zabaw z rówieśnikami, nie tylko dlatego, że presja może wywołać odwrotny efekt niż byśmy chcieli, ale także - i tu uwaga! - dlatego, że nie każde dziecko MUSI BYĆ towarzyskie. Niektóre po prostu nie są i możliwe, że nigdy nie będą, bo mają taką, a nie inną osobowość. Dało mi to do myślenia.

piątek, 10 kwietnia 2015

off

Słyszę ogromny huk. Czuję wstrząs. W pierwszej chwili nie wiem, co się dzieje. Ale natychmiast, pół odruchowo, pół świadomie odwracam się do tyłu, żeby zobaczyć, czy chłopcom nic się nie stało. Patrzą na mnie szeroko otwartymi oczami. A potem ten gość z tyłu uderza w nas znowu. Z jeszcze większą siłą. Jestem przerażona. Krzyczę do Pana Męża: "zjedź!" Próbuję złapać oddech, ale nie jest to łatwe. Boli mnie cała klatka i plecy, którymi mocno uderzyłam w fotel. Pan Mąż wysiada, by wyjaśnić sprawę, a ja przesłuchuję chłopaków: nic wam nie jest? nic was nie boli? nie uderzyliście się? nic na was nie spadło? przestraszyliście się? Sprawdzam ich pasy. Uff. Wszystko z nimi w porządku. Uff. Uff. Uff.

Starszemu panu w samochodzie za nami pomyliły się pedały. Ot, taki banał. Wygląda na typowego niedzielnego kierowcę. Pewnie się zdenerwował, może czymś rozproszył, może świąteczne jedzenie podniosło mu poziom cukru. Nie wiem. Nie próbuje się tłumaczyć, nie zamierza przepraszać, chociaż widzi, że jedziemy z dziećmi. Dopiero, kiedy wzywamy policję, obrażony przyjmuje mandat. Cóż, bywa. Spisujemy dane. Odjeżdżamy. Samochód jest oczywiście do naprawy, ale żyjemy, nie jesteśmy ranni, chłopakom nic się nie stało. Mogło być gorzej.

Mogłoby jednak być lepiej. Bo przecież ostatnie tygodnie już dały nam się we znaki. Astma, anemia, ząbkowanie, gorączka za gorączką. Po trzy-cztery godziny snu na dobę. I jeszcze Święta. Właściwie nie wiem, czy ten ból to z nerwów i zmęczenia, czy od uderzenia. Może jedno i drugie. Chwytam się dobrych myśli - tych, że wszystko się ułoży, że za chwilę się zresetujemy na miniwakacjach w Holandii, kupimy pyszny chleb orzechowy i wiąchę białych tulipanów (pozwolą mi je zabrać do samolotu?), będziemy mieli czas i spokój, złapiemy ten oddech. Pełny. Bezbolesny. Tak potrzebny.

Właściwie już jest lepiej. 
Znów możemy spacerować godzinami, znów dźwigam rowerki i zakupy. Wracamy do naszej rutyny. 
Regenerujemy się w słońcu.   

Dałam się namówić na zumbę, dzięki której przez godzinę nie myślę wcale. O niczym. O dzieciach też nie. Dla odmiany. Bo przecież zwykle całą dobę działam na trybie "on". A tu nagle okazuje się, że to równie pożyteczne i zdrowe jak optymizm. Tak nie myśleć. Tak się wyłączyć. 
Do tej pory taki efekt dawał mi tylko miks prasowania z oglądaniem CSI ;)

czwartek, 26 marca 2015

fearless

Usłyszałam kiedyś, że dzieci są nieustraszone, dopóki się ich nie przestraszy. Sporo w tym racji. To my-dorośli jesteśmy świadomi zagrożeń, więc to my odczuwamy lęk i mniej lub bardziej celowo przekazujemy go dzieciom, może wręcz go wgrywamy na ich twardy dysk. Robimy to w dobrej wierze: chcemy zapewnić im bezpieczeństwo, chcemy być z nimi szczerzy. To dlatego długo biłam się z myślami: powiedzieć J.J.-owi, że coś mu dolega, czy nie. Przecież nie zamierzam go oszukiwać, czy czegoś przed nim ukrywać, ale też wcale nie muszę. J.J. wie, że przyjmuje lekarstwa, wie też po co i na jakie aspekty swojego samopoczucia powinien zwracać uwagę. Zdecydowaliśmy się jednak nie robić z tego SPRAWY. Nie przeprowadzać poważnej rozmowy, nie nazywać choroby, która być może minie, nie stygmatyzować J.J.'a i nie odbierać mu radości z tego, co kocha - jak każdy chłopak - z aktywności fizycznej. To do nas należy obserwowanie go, pilnowanie (ale też bez przesady), żeby odpoczął - czasami wystarczy zająć go czymś innym, czasami on sam czuje, że już wystarczy i wtedy także nie robimy z tego żadnego "halo". Traktujemy to jako normalną rzecz: jeśli musi się zdrzemnąć w ciągu dnia, niech drzemie. Mówimy mu, że ma do tego prawo, że to nic nadzwyczajnego. Więc kiedy pytam: "jak się dziś czujesz, kochanie? nic cię nie boli?", J.J. wie, że to wynika z mojej NORMALNEJ matczynej troski i nie zawiera żadnych podtekstów w stylu "jestem taki chorowity, że mama MUSI się o mnie NADZWYCZAJNIE troszczyć". Nie chcemy przyklejać mu łatki, której potem będzie się trudno pozbyć z naszych myśli, a która może go tylko wystraszyć. Niepotrzebnie zresztą. Poza tym właśnie teraz staje się bohaterem Niedźwiadka, jego wzorem do naśladowania, zupełnie świadomie dla obu stron. Właśnie teraz bycie starszym bratem znów stało się fajne, znów przynosi satysfakcję i inne budujące, bardzo pozytywne emocje. Nie chcemy stawiać im granic. 
Jeśli postawi je siła wyższa, trudno, choć przecież i tak nigdy nie poddamy się bez walki. Ale dopóki tak nie jest i dopóki jest szansa, że tak nie będzie: droga wolna.  



poniedziałek, 23 marca 2015

he's 6

Być mamą 6-latka to niełatwe zadanie. Nie wiem, jak sobie z tym poradzę. Z tym ogromem pytań i zmian, a przede wszystkim ogromem jego - J.J.'a - emocji, związanych z dorastaniem, koniecznością uczenia się i rozumienia także tych rzeczy, których potrzeby poznania na razie nie dostrzega. On przeżywa tę 6-stkę równie mocno. Jest niespokojny, nerwowy, gorączkuje bez wyraźnego powodu. Cieszył się z tych urodzin jak z żadnych wcześniej, ale chyba za dużo na niego spadło: wymarzony prezent (samochód EKLEKTYCZNY ;)), przedstawienie w przedszkolu, witanie wiosny i zaćmienie Słońca, którymi to zjawiskami bardzo się przejął, przyjęcie u kuzynki, a potem jego własne przyjęcie, i to wszystko w jeden krótki weekend. Dziś odpoczywa w domu, niby spokojniejszy, a jednak mocno osłabiony. Patrzę, jak drzemie, i myślę: co tam bycie mamą, bycie 6-latkiem to dopiero wyzwanie! 


czwartek, 19 marca 2015

intuition

Matkom wmawia się wiele rzeczy. Między innymi to, że przesadzają, panikują i wariują - ogólnie więc w kwestiach, dotyczących dzieci, tracą jakoby cały swój zdrowy rozsądek. Co poradzić. Ciężko złapać dystans, kiedy się kogoś bezgranicznie i bezwarunkowo kocha. Dla mnie to oczywiste, że hiperbolizujemy: mój syn jest NAJmądrzejszy, NAJpiękniejszy i NAJsprytniejszy na świecie, na pewno w MOICH oczach. Ponadto NAJładniej rysuje i NAJszybciej biega. Ma też NAJgorsze koszmary senne, więc trzeba mu NAJbardziej współczuć i NAJmocniej go przytulać. Naturalnie MOIM zdaniem - tym wyrażanym głośno i w jego obecności. Bo tym zdaniem niewyrażanym, ale myślanym, sprawy mają się przecież nieco inaczej. Zostając matką, nie oślepłam, nie ogłuchłam i nie zidiociałam do reszty: widzę, że ten ludzik na rysunku ma jedno oko, a perspektywa przypomina raczej scenę z "Incepcji" niż zza okna, wiem, że Maciuś już płynnie czyta, a Tomek chodzi po drzewach jak wiewiórka, ale to, co widzę i wiem, nie zmienia tego, co CZUJĘ: że powinnam dawać mojemu dziecku wsparcie i podstawy do wiary w siebie. Przede wszystkim jednak uważam, że nasz wyolbrzymiony zachwyt nad naszymi dziećmi i wszelkie związane z tym werbalne przegięcia nie stanowią podstawy do oceniania nas-matek jako osób niepoważnych. Ba! Nawet bez tego zachwytu zakłada się niejednokrotnie z góry, że z nami nie ma co dyskutować lub że nie mamy racji. Na pewno to znacie. Zetknęłyście się z panią doktor, która zignorowała Wasze obawy co do stanu zdrowia lub jednego z objawów dziecka, pedagogiem, który uznał, że się roztkliwiacie, a nawet inną matką, która pokiwała głową z ironicznym politowaniem, kiedy powiedziałyście, że coś Was niepokoi. 
Dlaczego tak się dzieje? To nie jest pytanie retoryczne. Pytam, bo nie mam pojęcia. A chciałabym poznać odpowiedź. Dlaczego kiedy mówię, że dziecku świszczy oddech, słyszę, że "dzieci czasami tak mają", a kiedy mówi to ojciec, pani doktor zagląda w końcu wziernikiem do nosa? Dlaczego kiedy decyduję o odstawieniu mleka na czas przeziębienia, lekarka patrzy na mnie jak na sekciarę, ale ojca już podziwia za tę samą inicjatywę? Dlaczego kiedy mówię w przedszkolu, że moje dziecko wcale nie jest ciche i potulne, panie uznają, że zmyślam lub przesadzam, ale wierzą od razu, kiedy powtarza to tata? 
Mogłabym tak pytać i pytać. 
Choć sprowadza się to do jednego: dlaczego jako matka nie jestem traktowana serio? Niezależnie od tego, czy mam argumenty, czy nie. Ale nawet jeśli nie mam... 
Tyle się przecież mówi o słynnej kobiecej intuicji i o intuicji matki. Jej istnienie jako ewolucyjnie wykształconego narzędzia ochrony przed niebezpieczeństwami wydaje się niepodważalne. W teorii budzi szacunek i podziw. W praktyce jednak zwyczajnie się ją ignoruje. Tymczasem - choć jestem naczelnym sceptykiem - to właśnie dzięki intuicji nie załamałam się, kiedy walczyliśmy o życie J.J.'a, a potem Niedźwiadka. Intuicja nie pozwoliła mi przyjąć do wiadomości informacji, że moje dziecko jakoby nie ma woli życia. Bo WIEDZIAŁAM, że ma i to całe mnóstwo. To dzięki mojej intuicji mały J.J. nie udusił się podczas snu, bo nie odpuściłam, choć pani laryngolog próbowała mi wmówić, że słyszę świst, którego nie ma. Po dokładniejszym badaniu okazało się, że ma megaopuchniętą błonę w nosie i jak niewiele brakowało do tragedii. To dzięki mojej intuicji Niedźwiadek słyszy, jego uszy od wielu miesięcy są zdrowe, a operacja okazała się niepotrzebna. To także moja intuicja zaprowadziła nas teraz do świetnej pulmonolog, dzięki której J.J. z pewnością odzyska zdrowie.
Była tylko jednym z czynników, to jasne, ale pomogła wytrwać i nie odpuścić. Dlatego mówię Wam dziś, drogie mamy, słuchajcie Waszych przeczuć i nie dajcie się ignorować. Pyskujcie i walczcie, jeśli trzeba. Nie odpuszczajcie. Nikt nie zna Waszych dzieci tak dobrze jak Wy, nikt ich tak bacznie nie obserwuje. Nawet jeśli w danej chwili wydaje Wam się, że nie macie dość wiedzy i argumentów, Wasz umysł zdążył już zebrać te wszystkie dane do kupy i dać Wam odpowiedź.
To właśnie jest intuicja.



poniedziałek, 16 marca 2015

fashion for emotions

Lubię takie wyzwania: pokazać coś na kilka sposobów, zobaczyć więcej. Tym razem bazą była bluza Munster Kids, którą zestawiałam w ramach współpracy portalu Ładnebebe z Bananaz. Bluza, która wydała mi się kwintesencją australijskiej mody: wolnej od reguł, niby zdefiniowanej na surferów, sportowców duszą i ciałem, a jednak z etnicznym wnętrzem kaptura, jakby z innej opowieści, z romantycznymi cieniowaniami barw i dziurami na kciuki w rękawach - idealnym rozwiązaniem dla tych nieśmiałych, trochę nieobecnych typów. Odkrywanie możliwości tego ubranka dało mi kolejną okazję, by przyjrzeć się swojemu synowi. Każda z tych stylizacji odpowiada jakiemuś elementowi jego osobowości. Dziś ten chłopak ze zdjęć ma różne twarze, ale to cały J.J.: skate, buntownik i marzyciel. Uwielbiam jego emocjonalność, uwielbiam to, w jaki sposób rozwija się wewnętrznie, widzę w nim przebłyski człowieka, którym kiedyś będzie: odważnie idącego za głosem swojego serca, choćby pod prąd. Wiem, że będzie silny i wrażliwy jednocześnie, i czuję dumę: bo właśnie takich mężczyzn podziwiam, takich mam wokół siebie, i takich pragnę wychować. 

Prowadzenie bloga, w którym moda odgrywa istotną rolę, jest związane z pewnym ryzykiem. Łatwo popaść w przesadę, w przestylizowanie lub rozdmuchanie znaczenia tej sfery w życiu. Staram się tego unikać, czasami aż za bardzo. Bo w drugą stronę też nietrudno przegiąć: powiedzieć, że to nieważne, błahe, że to przerost formy nad treścią. To nieprawda. Dla nas wszystkich rzeczy mają znaczenie. Są dodatkiem do życia, do spraw istotnych, ale nie możemy powiedzieć, że się zupełnie nie liczą. Wyrażają nas, nasz charakter, przekonania, poglądy, stany emocjonalne, te ponadczasowe, i te ulotne - te teraz. J.J.'a dotyczy to już niemal w takim samym stopniu jak mnie. Im będzie starszy i bardziej świadomy siebie, tym rozważniej będzie korzystał z tego narzędzia wyrazu. Już teraz widzę, jakich konsekwentnych dokonuje wyborów. Pisałam Wam o tym. Obserwuję go. Odsuwam się kilka kroków w tył i patrzę, jak staje się sobą. Także poprzez modę. To niezwykłe przeżycie.


czwartek, 12 marca 2015

no!

Zaczął się. Co ja mówię! Rozpętał się na całego: Niedźwiadkowy bunt dwulatka. Na szczęście już się z tym gościem trochę znamy i tym razem nie był dla mnie takim zaskoczeniem, jak przy J.J.'u. Wtedy naprawdę nie miałam pojęcia, co robić i jak sobie radzić z atakami furii (podczas jednego z nich J.J. tak długo tarzał się pod choinką, aż zrzucił z niej wszystkie igły, ale serio: wszystkie! został z niej łysy badyl!). Oczywiście nie stałam się w międzyczasie dobrze zaprogramowanym robotem, moja cierpliwość wciąż ma swoje granice, a nerwy bywają jak lasery z muzeum - najmniejszy ruch i od razu alarm, a jednak mam poczucie, że ogarniam sytuację znacznie lepiej niż za pierwszym razem. Z całą pewnością ma to wpływ fakt, że trzymam się wciąż mocno tego, by tylko (i aż) "kochać i łapać nad przepaścią". Właściwie to nie takie trudne, o ile pamiętam, że Niedźwiadek nie robi mi na złość, tylko uczy się swoich emocji. Tych mniej fajnych. Bo nagle się dowiaduje, czy raczej uświadamia sobie, że jego oczekiwania nie zawsze są spełniane, że istnieją ograniczenia, zakazy, więc czuje gniew, próbuje walczyć, chce wszystko SAM, ale nie potrafi jeszcze kontrolować swoich uczuć. Ba! wielu dorosłych tego nie potrafi! I wielu wścieka się, kiedy nie może zrobić czegoś, na co ma ochotę, nawet jeśli doskonale rozumie DLACZEGO. 
Mimo wszystko to DLACZEGO ma znaczenie. Więc kiedy zabraniam, to od razu tłumaczę powody. Staram się robić to jak najprościej, żeby Niedźwiadek zrozumiał: bo spadniesz i będzie ała, bo zniszczysz i będziesz płakał itp. Z drugiej strony pozwalam mu na fascynację słowem nie! i nadużywanie chcę-chcę (w jego wykonaniu brzmi to jak "szczęście", więc tym trudniej odmówić ;)). Prowokuję go, a potem się z tego razem śmiejemy. W ten sposób powoli zauważa, że to przekomarzanki, taka zabawa, że ma do niej prawo, ale zasady, reguły postępowania są obok - to te, z którymi nie ma żartów. Więc kiedy nie ma śmiechu, on od razu wie, że trafił na granicę swojej wolności. Jak wiecie, jestem wielką zwolenniczką reguł (pamiętacie nasze wierszyki?) - uważam, że zapewniają bezpieczeństwo, ale przede wszystkim dają dziecku poczucie tego bezpieczeństwa. Są ostoją. Zwłaszcza w okresach burzy i naporu.
Specjaliści psychologii rozwojowej powtarzają do znudzenia, że wszelkie bunty, nie tylko dwulatka, są normalnymi i potrzebnymi okresami rozwoju, drogą do samodzielności, do zrozumienia innych, nauki funkcjonowania w społeczeństwie. Teoretycznie więc powinniśmy się z nich jako rodzice cieszyć, a nie panikować. Ale łatwo nie jest. 
Kiedy Niedźwiadek rzuca wszystkim, co ma pod ręką, próbuje termosem zetrzeć kurze z telewizora, zmienia płyty w DVD co 7 minut (aaa!), głośno domaga się spełnienia swoich żądań, natychmiast!, kiedy woła, że teraz Bubu będzie dźwigał miskę z praniem, gotował jajka albo odnosił talerze do zlewu (i oczywiście wrzucał je tam na ślepo, stojąc na palcach), ciężko zachować spokój i... twarz. Wkładam wtedy naprawdę dużo wysiłku w to, żeby się trzymać własnych, sprawdzonych metod. 
Psychologowie mówią też, że dziecku trzeba dać i miłość, i wolność - obie w granicach rozsądku. Pytanie, gdzie się ten rozsądek zaczyna. Bo myślę, że dla każdego trochę gdzie indziej. Dla mnie na przykład tam, gdzie pojawia się ryzyko uszczerbku na ciele lub uszczerbku w domowym dorobku. Więc zabraniam. Wyjaśniam dlaczego. Czekam na furię. Nie ma? Uff. Jest? Przytulam i uspokajam. Ale nie ustępuję. Może zabrzmi to dziwnie, ale myślę, że właśnie w takich chwilach tworzy się więź między rodzicem a dzieckiem, ta najsilniejsza i ta na zawsze - bo jednak w jakiś tam sposób współpracujemy, oddziałujemy na siebie wzajemnie, wypracowujemy coś, stajemy się - bo ja wiem - partnerami (?).
Poza gadaniem do znudzenia i łapaniem nad przepaścią stosuję też tzw. metodę wyboru.
Kiedy tylko mam okazję, pytam: który serek zjesz? ten czy ten? które buty założysz? te czy te? Niedawno przeczytałam, że dzięki tej metodzie de facto nie dajemy dziecku szansy powiedzenia nie. Coś w tym jest, bo na tak postawione pytania, nie można w ten sposób odpowiedzieć. Poniekąd więc trzeba się na coś zgodzić. Z drugiej strony dziecko ma jednak poczucie, że zadziałało samodzielnie, zdecydowało, a jego zdanie jest dla nas ważne. Sprytne, prawda? 
A Wy jak przetrwaliście Sturm und Drang?