piątek, 30 maja 2014

presents

My w tym roku konkretnego prezentu nie mamy. Oczywiście będziemy obchodzić Dzień Dziecka - tak, by chłopcy poczuli, że to wyjątkowa data, ale niczego nie kupiliśmy. Między innymi dlatego, że było za dużo pomysłów i za mało czasu, żeby przysiąść do nich razem i podjąć decyzję. A przy takich okazjach niemal zawsze podejmujemy ją wspólnie, tj. ja i Pan Mąż. Mówią, że od przybytku głowa nie boli. Chyba skromna jestem, bo mnie boli. Ale za to mam Wam co pokazać :D

Dla Niedźwiadka wybór wydawał się oczywisty - rowerek biegowy, drewniany. Ale kiedy tylko zaczęłam takiego szukać, oczywistość decyzji natychmiast stała się mrzonką. Po kilku dniach ograniczyłam się do dwóch modeli: Lite Early Rider (1) i Prince Lionheart (2). Nadal nie wiem, który kupię i czy któryś w ogóle, bo szalenie podoba mi się też skuter (3) tej ostatniej marki, również nadający się dla dzieci o wzroście od 80 cm. Poza tym...
 

czwartek, 29 maja 2014

perfect mother

Magazyn 'Newsweek' - zapewne z okazji Dnia Matki - postanowił obalić pewien mit: że jakoby my-matki jesteśmy idealne, poświęcamy się dzieciom z uśmiechem na ustach, mamy lśniące od czystości domy i jeszcze pracujemy zawodowo, żeby się zrealizować. I co stwierdził: że tak nie jest! Że bywamy sfrustrowane, że kończy nam się cierpliwość, ochota, energia, że płaczemy, mamy dosyć swoich własnych dzieci, nie lubimy mężów i to z wzajemnością, uciekamy w pracę lub marzymy o zrezygnowaniu z pracy i byciu docenionymi tylko za 'siedzenie w domu' etc. Serio? Też mi odkrycie! Chyba trzeba być facetem albo nie być matką, by uważać, że to jakiś news. Albo zmiana ostatnich lat. O upadku jakiego mitu tu mowa? Tego wykreowanego przez media? Bo przecież nie uwierzę, że którakolwiek z nas pozuje w domu na Matkę Polkę. Może czasem pozujemy przed innymi. Może w tym jest ziarno prawdy, że media społecznościowe obudziły w nas potrzebę idealizowania swojego życia, w każdym aspekcie, nie tylko macierzyńskim, ale trzeba by chyba być - za przeproszeniem - idiotą, żeby się na to 'łapać'. Przecież każda z nas wie, że obok zdjęć z tych zajęć artystycznych, wieczornych lektur, pięknych wycieczek, ślicznych fryzurek i szerokich uśmiechów, jest klejąca się podłoga, brak prywatności w łazience, wrzask w miejscu publicznym, błoto od stóp do głów, zapalenie ucha, ząbkowanie, smród z pieluchy i nasze nieustanne stanie na baczność. Ale nie można mówić, że macierzyństwo to tylko ta ciemna strona mocy. Nie zgadzam się. I nie zgadzam się, że pokazywanie tej jasnej strony to Wielkie Oszustwo. Pokazujemy ładne i chcemy patrzeć na ładne - to normalna, ludzka potrzeba. Poczucie estetyki nie odbiera nam od razu świadomości brzydoty. 
Jeśli któraś matka, oglądając takie zdjęcia, czuje się gorsza, to chyba jednak problem tkwi nie w tych zdjęciach, tylko w niej, w jej głowie, w jej samoocenie. To jest coś nad czym trzeba pracować. Ale też bez przesady! Bo o ile nie powinno nas deprymować niczyje pozornie (!) lepsze (wtf? to jest jakiś konkurs?) życie, o tyle MAMY PRAWO mieć gorsze dni. Jesteśmy ludźmi, nie cyborgami!
A ten fragment, że dzieci TRZEBA zabierać ze sobą wszędzie, bo jest taki trend i on też jest taki strasznie uciążliwy dla matek, rozbawił mnie szczególnie. Po pierwsze dlatego, że sugeruje, że my-matki jesteśmy stadem owiec, które nie mają żadnej własnej myśli w głowie i idą ślepo za każdym trendem, nawet tym niewygodnym. Po drugie dlatego, że z zabierania ze sobą dziecka gdziekolwiek zrobiono zjawisko co najmniej dziwne, coś  jakby na kształt przynoszenia piesków w torebkach na imprezy. Ja rozumiem, że skrajności świetnie się sprzedają i super się o nich pisze, bo można tak malowniczo je zaprezentować, ale to po prostu NIEPRAWDA. Bo nic tu nie zależy od trendu, a wszystko zależy od sytuacji i naszych chwilowych decyzji. Czy wychodzimy do kina na dorosły film czy idziemy na kawę, czy mamy tego dnia pod ręką babcię czy nie mamy, czy mąż jest współpracujący czy akurat nie etc. 
Naprawdę mam ochotę zaapelować o to, by nie robić z nas-matek sensacji. Nie oceniać grupowo, nie odzierać ze zdrowego rozsądku, samoświadomości i wolności decyzji. Niech każdy żyje, jak potrafi najlepiej, a mity zostawmy w książkach.


niedziela, 25 maja 2014

mother/flower power

Od wielu lat noszę duże rozmiary, tj. 40-46, w zależności od sklepu, fasonu, materiału itd. Czasami mam z tego powodu "doła", zwłaszcza kiedy wpadnie mi w oko jakiś szałowy ciuch, a wiem, że nawet w bieliźnie wyszczuplającej się w niego nie wcisnę ;) Zazwyczaj jednak skutecznie wmawiam sobie podobieństwo do Sary Ramirez lub Caro Emerald, a obie uwielbiam :D W akceptacji własnego ciała i dobrym samopoczuciu pomaga oczywiście świadomość pewnego stylu, który do mnie pasuje. Wiem, w czym dobrze wyglądam i co leży na mnie tak, jak chcę - bez uwydatniania niedostatków, a jednocześnie też bez maskowania się, chowania pod ubraniem. Nie boję się krótkich szortów, bo uważam swoje nogi za zgrabne i odwracające uwagę od pociążowej pamiątki w okolicach pasa. Lubię dekolty - wiadomo dlaczego i spodnie o kroju, który nawet uwydatnia biodra - bo krągłości w tych miejscach nie ma się co wstydzić, po latynosku ;) Kiedyś śmigałam na obcasach, ale nigdy nie wychodziło mi to szczególnie dobrze. Od pierwszej ciąży pokochałam trampki i to tak, że mogłabym je teraz kupować w ilościach, idących w setki. Gdyby setek na koncie była też odpowiednia ilość ;)

Od razu mówię, że nie znam się na 'dorosłej' modzie, to w ogóle nie moja działka. Ale tak często prosicie mnie w mailach, komentarzach i na facebook'u, żebym pokazała inspiracje ubraniowe dla mam (zwłaszcza tych większych jak ja), że aż nie wypada tak się wciąż wymigiwać. Choć właściwie słowo 'inspiracje' jest tu mocno na wyrost, bo pokazuję jedynie to, co JA bym kupiła i co MI się spodobało. Więc to selekcja bardzo subiektywna. Mimo wszystko mam nadzieję, że coś przypadnie Wam do gustu.

Enjoy!

  Czas na buty, F&F, by Insomnia, H&M

piątek, 23 maja 2014

punishment

Ci, którzy są tu z nami dłużej, wiedzą, że jestem 'typowym' dzieckiem PRL-u, wychowywanym tzw. twardą ręką. Także dosłownie. Dlatego w sposób dość oczywisty wyznaję zasadę zero przemocy, również tej psychicznej. Inna sprawa, że moje naturalne - jak się zdaje - reakcje na pewne sytuacje, chłopcy często odbierają jako niesprawiedliwość. Pytanie więc, gdzie się właściwie zaczyna karanie i czy każda kara to już przemoc.
Sama tego nie wiem, więc nie podejmuję się definiowania. Opowiem Wam po prostu, jak to wygląda na naszym podwórku i liczę, że Wy opowiecie mi o Waszych metodach. Bo choćby tylko po ostatnim poście wiem, jak wiele możemy się od siebie nawzajem nauczyć :)

Kiedy zostałam mamą, miałam w głowie kilka myśli, które - o, naiwności! - wydawały mi się planem wychowawczym. Jedną z nich było zdanie zasłyszane na terapii edukacyjnej: "kochaj i łap nad przepaścią", drugą - wyczytane w moim ulubionym "Sensie": "dziecko zdobywa nowe umiejętności, uczy się np. wspinać na krzesło albo skakać z trzech schodów na raz, a rodzic natychmiast odbiera mu przyjemność z tych nowo odkrytych możliwości, mówiąc, że nie wolno lub niebezpiecznie; nic dziwnego, że maluch się buntuje" (to nie jest dokładny cytat, bo nie nauczyłam się przecież tekstu z magazynu na pamięć, ale oddaje to, o co chodziło). Więc chciałam być wyrozumiała, nie blokować tych możliwości i łapać tylko nad przepaścią. W tej kwestii niewiele się zresztą zmieniło, bo chłopcy nadal chodzą poobijani i poobdrapywani, z guzami od tego swobodnego poznawania świata i swojej motoryki. Ale kiedy po siódmym w ciągu kwadransa upadku Niedźwiadka kładę bokiem krzesło, żeby się już więcej nie wspinał, on odbiera to jak karę i płacze, patrząc na mnie z wyrzutem. Albo kiedy J.J. pędzi rowerem przez ulice, nie rozgląda się i ignoruje moje prośby (39 próśb) o ostrożność, oznajmiam, że wracamy do domu, bo po prostu się boję, że w końcu wjedzie komuś pod koła i stanie się nieodwracalne. Konsekwencja to czy kara? Dla niego na pewno to drugie. 
Jeszcze do niedawna J.J. nie miał pojęcia, co słowo "kara" w ogóle oznacza. Kiedy powiedziałam, by przestał coś robić, bo dam mu karę, zapytał podekscytowany, co mu DAM :D Nie zamierzałam kar jako takich wprowadzać, bo konflikt kończył się na słowie "przepraszam". Najczęściej z obu stron. Ale bycie konsekwentną zwyczajnie przestało wystarczać. Bo mogę pouczać w nieskończoność w kwestii wchodzenia w butach (!) do zimnej wody, wspinania się na telewizor (płaski!), rzucania widelcami, ba! nawet rzucania szklanymi świecznikami, jedzenia piasku, mydła, psiej karmy, wchodzenia w mokrych/brudnych butach na łóżko itd., itp. Ale nie mogę (i jest w tym zawarte "nie potrafię"), kiedy w grę wchodzi agresja. Więc kary w naszym domu pojawiły się z pójściem J.J.'a do przedszkola i przyniesienia przez niego stamtąd metod siłowych rozwiązywania konfliktów, a raczej wymuszania swoich rozwiązań. 
Kiedy mnie uderzył, był odsyłany do swojego pokoju, by sprawę przemyśleć. Potem szłam do niego, przytulałam go i pytałam, czy chce przeprosić. Przepraszał i było po sprawie. Z czasem jednak znów to nie wystarczało, bo izolacja sprawiała, że agresja J.J.'a rosła. Rzucał przedmiotami, kopał w drzwi i wcale nie chciał przepraszać. To są sporadyczne przypadki, ale wciąż zdarza mu się wpadać w taką właśnie histerię i wtedy (właściwie tylko wtedy) dostaje karę, np. pięć dni bez bajek. Zazwyczaj ta kara jest wynikiem wspólnych negocjacji. Kiedy się już uspokoi, siadamy przytuleni i rozmawiamy: 
- Zachowałeś się nieładnie i chciałabym, żebyś zapamiętał, żeby tego więcej nie robić. Zapamiętasz?
- Nie wiem.
- Zrobimy coś, żebyś spróbował zapamiętać. Co byłoby twoim zdaniem odpowiednie: tydzień bez słodyczy czy cztery dni bez bajek?
- Nooo, może bez słodyczy. Chociaż nie. Mam ochotę na lody czekoladowe. To wolę bez bajek. 
- W porządku. Więc bez bajek.
- Okej.

Ostatnio zdarzyła się też dwa razy taka sytuacja, że J.J. dostawał histerii pod wpływem kontaktu z innym dzieckiem. Karą miał więc być zakaz pójścia na kolejne przyjęcie, na którym ten chłopiec był. Po rozmowie i pertraktacjach zamieniliśmy karę na trzy dni bez bajek. Na trzecim spotkaniu J.J. zachowywał się już bardzo w porządku, czyli nie brał złego przykładu. I został za to pochwalony.

Innym razem nie mogłam opanować jego agresji. Pomimo próśb i prób oddalenia się, w ataku szału uderzył mnie kilkakrotnie. Złapałam go więc mocno za rękę, ścisnęłam ją i krzyknęłam "przestań!" Wtedy J.J. zaczął płakać, że sprawiłam mu ból. Najpierw zaczęłam mu tłumaczyć, że on również sprawił mi ból, ale potem pomyślałam, że w ten sposób nauczę go, że wolno odpowiadać agresją na agresję, a nie taki był mój cel. Więc znów poczekałam, aż się uspokoi, usiedliśmy i zaczęłam:
- Bardzo przepraszam, że cię tak mocno ścisnęłam. Nie chciałam sprawić ci bólu. Chciałam tylko, żebyś przestał mnie bić. Pamiętasz, że prosiłam cię wiele razy, żebyś przestał?
- Pamiętam.
- I przestałeś?
- Nie.
- Dlaczego?
- Nie wiem.
- A ja nie wiedziałam, co robić. Nie miałam innego pomysłu i tak cię złapałam. Co ty byś zrobił?
- Nie wiem.
- Ja też nie wiem, co zrobię następnym razem. Może już nie będzie następnego razu, hm?
- Może nie. Nie mogę ci obiecać. Ale spróbuję.
- A ja spróbuję wymyślić jakiś inny sposób, okej?
- Okej. 

W sumie te kary zdarzają się u nas rzadko i mogę podobne sytuacje policzyć na palcach dwóch rąk. Znacznie częściej, kiedy tracę cierpliwość, krzyczę lub się wyłączam. Kiedy krzyknę, natychmiast przepraszam i wykorzystuję moment oszołomienia, żeby przekazać to, co chcę. Kiedy się wyłączam, to dlatego, że widzę brak efektu swoich działań, czuję swoje zdenerwowanie i wiem, że to siebie muszę w pierwszej kolejności uspokoić. Jeśli mogę wyjść, wychodzę. Jeśli nie - ślepnę, głuchnę, milczę i głęboko oddycham. Zen ;)


poniedziałek, 19 maja 2014

authoritative parenting

Miałam pisać zupełnie o czym innym, ale dzisiejszy tekst u Matki Draniowej :P sprawił, że krew mi się nieco wzburzyła i muszę nieco jadu upuścić. Tu dygresja: i dobrze, bo zabieram się od niemal tygodnia do pisania i ciągle dochodzę do fazy "nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiona jestem", aż wreszcie-nareszcie "coś we mnie pękło". Ale teraz serio, bo sprawa jest poważna. 
Od razu mówię, że nie mam nic do żadnej z idei, do żadnego z modeli rodzicielstwa. Przeciwna jestem jednak kilku zjawiskom: przemocy w sensie fizycznym i psychicznym (dręczenie, wyzwiska itd.) i porzuceniu dziecka, także w obu tych sensach. W dzisiejszych czasach, kiedy społeczeństwa dopieszcza się emocjonalnie nawet nieco na wyrost i kiedy jest pewne przyzwolenie na to, żeby nie radzić sobie ze swoimi problemami, a każde niepowodzenie można w wygodny sposób zwalić na to, co nam niby zrobili rodzice, jak nas skrzywili, wychować dziecko w sposób właściwy wydaje się praktycznie niemożliwe. Bo przecież coś na pewno zrobimy nie tak i - choćbyśmy się nie wiem jak starali - ono i tak wyląduje na kozetce ;)
Ale kurde no! Nie można dać się zwariować!
Wiem, że wiele z Was za podstawowy drogowskaz w wychowaniu uważa własne serce. I super! Bo właśnie to powinno nami-mamami kierować: nasza miłość do własnych dzieci, pragnienie ich dobra. To ona powinna nas napędzać, mobilizować do starań, do ciągłej pracy nad dzieckiem i nad sobą. Popychać, nie zwalniać. I dlatego, kiedy słyszę o braku kar, braku zasad i totalnej wolności, to mi się nóż w kieszeni otwiera. Bo to nie jest metoda wychowawcza. To jest LENISTWO, ubrane w ładnie brzmiące hasła i przyjemne teorie. 
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, jakie to kuszące. Tak sobie sięgać po tłumaczenia idealne. Sama się śmieję czasami, że kiedy mówię J.J.-owi "sam sobie zrób", "sam sobie podaj", to rozwijam jego kreatywność, choć tak naprawdę doskonale wiem, że po prostu mi się w danej chwili nie chce. Tak można przez moment, ale nie zawsze przecież! 
Tymczasem chyba popadamy trochę ze skrajności w skrajność i próbując zastąpić system totalitarny, który kiedyś rządził w wielu domach, wprowadzamy pacyfistyczną utopię. Mówię tu 'my' jako społeczeństwo i rozprzestrzeniające się w nim zjawiska. Moim - tym razem wcale nie skromnym - zdaniem zupełnie nie tędy droga. 
Rodzicielstwo to ogromne wyzwanie. Wychowanie tego małego człowieka na dorosłego, mądrego, dobrego człowieka to wyzwanie. Uczenie, pokazywanie, wyjaśnianie, powtarzanie po 459 razy tego samego to wyzwanie. Określenie jasno zasad, panujących w naszym domu i egzekwowanie ich mniej lub bardziej konsekwentnie to wyzwanie. Ale to wszystko właśnie do nas należy. Bo będąc rodzicem musimy być autorytetem. Luzakiem i kumplem własnego dziecka możemy tylko bywać lub zostać nim na pełen etat, kiedy ono same będzie już autorytetem dla naszego wnuka. Musimy być znakiem we właściwym kierunku, a nie we wszystkich możliwych kierunkach. Bo to trochę tak, jakby GPS po wpisaniu adresu odpowiadał nam: "jedź, gdzie chcesz". Fajnie, zabawnie i... zupełnie bezcelowo, prawda? No, i ciekawe, jak długo byśmy z niego korzystali. 
Więc drogie mądre mamy, dziś kieliszeczek wina, nieprzyzwoity film, dobra książka, długa kąpiel, a jutro od rana - znowu gwiazda na pierś i zabawa w szeryfa, który daje szlaban na bajki, szlaban na czekoladę, szlaban na wychodzenie z pokoju, dopóki się czegoś nie przemyśli itd., itp., ale też chętnie wręcza medale i kupony rabatowe na zakupy w kowbojskim sklepiku. 
:*


środa, 14 maja 2014

being a child

Wszystkie mamy to mają, wiem - wątpliwości wychowawcze i chwile zawahania, czy metoda, którą obrały na pewno jest słuszna, czy służy dziecku i im samym, czy nie trzeba jej po pewnym czasie zweryfikować. Nasi rodzice mieli pod tym względem nieco łatwiej, bo chciane i niechciane przekazy 'na temat' otrzymywali tylko od rodziny i sąsiadów. My jesteśmy bombardowane 'jedynie słusznymi' opcjami postępowania ze wszystkich stron, także z mediów i od ludzi nie tylko nam bliskich, ale i tych mniej lub bardziej obcych. Czy nadmiar wiedzy to zło, jak sądzicie? Bo ja odczuwam faktyczny przesyt informacji lub inny dysonans poznawczy. I czuję się wtedy bardzo, bardzo staroświecka. Ale w ten nostalgiczny sposób. Moje metody też mi się jawią jako takie. Niemodne. Nie w trendach. Bo na przykład Z WYBORU nie posyłam J.J.'a na trylion zajęć dodatkowych. Ma ich tyle w ramach godzin przedszkolnych, że i tak wraca padnięty. Dalsze męczenie go - MOIM ZDANIEM - mijałoby się celem. Ale jeśli kiedyś wyrazi życzenie nauki tańca czy grania na gitarze, chętnie na to przystanę. W ramach możliwości, oczywiście. Póki co woli spędzać czas na dworze, w błocie, w piachu, w kałużach, w wiadrze z wodą, na rowerze, drzewie, desce czy rysując kredą po ulicy. Woli chodzić codziennie na lody. Znosić do domu niezliczone ilości gałęzi. Grać w planszówki. Czytać do snu. Nie ma pojęcia, jak korzystać z komórki czy laptopa. Nigdy nie grał w żadną grę komputerową. Nawet nie wie co to. Telefonem potrafi zrobić zdjęcie, na tym koniec. Na tablecie od święta ogląda filmiki o pociągach lub o Lego. Mnie to pasuje. Sama spędziłam dzieciństwo bez tych wszystkich elektro-'smyczy', na trzepaku i na klatce schodowej, grając we 'Flirty' (pamiętacie?). Z drugiej strony pojawia się we mnie taki lęk, że J.J. potem nie nadąży. Choć nadąży na pewno, bo dzieci szybko łapią 'takie rzeczy', prawda? Wyprowadźcie mnie z błędu, jeśli się mylę. Powiedzcie, że powinnam go z tym całym sprzętem nowej generacji obyć. Nawet jeśli nie chcę. Powiedzcie, że w obecnych czasach, takich szybkich i wymagających, moje wymarzone dla J.J.'a podwórkowe dzikie dzieciństwo to opóźnianie go w rozwoju. Bo ja bym chciała, żeby to był podarunek: ta beztroska, wolność, radość - bo one mogą już później nie wrócić. Bo zanim się oboje - ja i J.J. - obejrzymy, on będzie chodził do szkoły, miał poważne obowiązki, zadania domowe i milion innych zajęć, a podwórko pozostanie tylko wspomnieniem. Lub przyjemnością wakacyjną. To jak? Mylę się?



poniedziałek, 12 maja 2014

this boy!

Jeszcze nie zdecydowałam, czy Niedźwiadek jest odważny, czy raczej brawurowy, co nie zmienia faktu, że nie boi się niczego (no, prócz hałasu) i nigdy nie poddaje. Potrafi nie tylko wspiąć się bardzo wysoko, ale i doskonale ustawić sobie sprzęty, by ten cel osiągnąć. Jest sprytny, kojarzy fakty, szybko 'łapie' żarty. Niemal wcale nie interesuje się pojazdami, które na tym etapie przysłaniały małemu J.J.-owi cały świat (mówił już: 'auto' i 'ti(r)'). Ignoruje bajki, chyba, że usłyszy znajomą piosenkę - wtedy tańczy. Uwielbia podwórko, przeszkody do pokonywania, błoto, próby odrywania rejestracji, furtki i klamki, wkładanie drobnych elementów do pudełek, butów i kosza z prasowaniem. Lubi kaptury, nie przepada za czapkami. Lubi kiwi, znudziły mu się chrupki kukurydziane. Niemal we wszystkim stanowi przeciwieństwo swojego brata, a jednocześnie są tacy podobni! Idealnie kompatybilni. 

Tę stylówkę uwielbiam. Bluzę Beau Loves już widzieliście u nas w TYM poście. Jest cudownie miękka i urocza. Mimo że wiele już z Niedźwiadkiem przeszła. Szorty Eh! Parents for babies to nasza 'nówka sztuka'. Są z melanżowego materiału, w dotyku jak cieniuteńki sweterek. No, bajka, mówię Wam! Chcę mieć wszystko, co tej tkaniny uszyją! Jest genialna na taką australijską pogodę, jaką funduje nam ta wiosna i będzie pewnie fundować lato. Pracuję nad zniżką dla Was na tę właśnie NOWĄ KOLEKCJĘ, mam nadzieję, że już wkrótce będziecie mogli z niej skorzystać :)
Tymczasem do końca maja działa jeszcze 15% upust na nasze hasło MALE4SLONIE w I Dream Elephants.

EDIT: Udało się! :D
10% zniżki na kolekcję Lato 2014 od Eh! Parents for babies specjalnie dla Was. Link do kolekcji TU.
Hasło: SZARAK
Pięknych zakupów!




piątek, 9 maja 2014

boys' chic

Mamy dziewczynek mają łatwiej ;) Eleganckich, a przy tym wygodnych sukieneczek jest teraz od groma. Z chłopcami sprawa jest o tyle trudniejsza, że teoretycznie przy wszelkich okazjach obowiązuje ich koszula i garnitur, a przynajmniej marynarka, no - w ostateczności kamizelka. Niestety żaden z tych elementów garderoby szczególnie wygodny nie jest. Oczywiście mamy teraz na rynku do wyboru cały szereg dresowych garniturków, ale nie zawsze jeszcze czujemy, że tak chłopca ubrać 'wypada', zwłaszcza jeśli chwila jest dość podniosła. 
W szafach moich chłopaków - niejako z założenia - krępujących, sztywnych ubrań nie ma, więc kiedy przychodzi co do czego, mam też swoje momenty niepewności, czy zbyt swobodnym strojem nie popełnimy jednak gafy na eleganckim przyjęciu. Wtedy najczęściej sięgam po klasyczne kroje, wykonane po prostu z 'nieklasycznych', tj. przede wszystkim miękkich, przyjemnych w dotyku (choć raczej nie dresowych) materiałów. No, i nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała nadać pozornie eleganckiemu strojowi odrobinę łobuzerskiego charakteru. Zresztą mam wrażenie, że i J.J. nie byłby wtedy sobą. Co do Niedźwiadka - dopiero się przekonam ;) 



wtorek, 6 maja 2014

long weekend

Intensywna majówka, pełna ruchu i przyrodniczych zachwytów - tak było w tym roku. Stary dom z zejściem nad Czarną Hańczę i najzdrowsze jedzenie pod słońcem: ryby złowione przez właściciela, dzik przez niego upolowany, kiełbasa zrobiona przez babcię, jajka od kury sąsiada, dżemy z owoców, które w zeszłym roku wyrosły w ogródku, sałata, rzodkiewka, szczypiorek - z małej szklarenki pod płotem, grzyby z okolicznych lasów, miód od lokalnych bartników. J.J. się rozsmakował w tym, czego do tej pory nie ruszał. Pod wpływem tej wyprawy na dziś zażyczył sobie "zupową grzybę" ;) Więc robię.
I te pagórki piękne, łąki i pola, zaorane, zadbane, przeplatające się odcienie zieleni, jak łagodne fale na jeziorze. Małe wysepki lasów i większe ich połacie, wchodzące do wody - do Wigier, do rzeki. I ta cisza, ten spokój, brak pośpiechu. Stąd i zdjęć garstka tylko, bo odkładałam aparat, nie nosiłam go, nie pstrykałam. Delektowałam się! 
Drogi, dróżki, ścieżki, mosty i mosteczki - zachęcające, żeby wjechać, skręcić, zapomnieć. Zapach wiatru i sosen. Dzikiego mchu. 
Wyobrażacie to sobie?
Czujecie?