niedziela, 31 sierpnia 2014

anywhere

Chcieliśmy spędzić te wakacje inaczej niż zwykle. Próbowaliśmy znaleźć sobie nad morzem zupełnie nową miejscówkę. W ubiegłym roku jakoś nam to wyszło, ale w tamto miejsce nie planowaliśmy jednak wracać. Przekonywaliśmy się nawzajem do różnych dzikich plaż, by w końcu zdecydować, że serce nie sługa i... wrócić na "stare śmieci" :D Ponieważ tak długo zwlekaliśmy z decyzją, okazało się, że wolny domek możemy wynająć dopiero w ostatnim tygodniu sierpnia. Zaklepaliśmy termin i gdybaliśmy, czy zostać do tego czasu w domu, czy odwiedzić znajomych. W pewnej chwili Pan Mąż rzucił szalony pomysł:
- Pakujmy się i jedźmy, tak po prostu, przed siebie. W stronę morza, oczywiście.
- Ale jak to? Bez planu? Bez noclegu? Nie-wiadomo-dokąd? Z MAŁYMI DZIEĆMI? - ja miałam milion i osiem wątpliwości. 
- Ojtam, damy radę. Weźmiemy, co potrzeba. Jak czegoś nie weźmiemy, kupimy na miejscu. Przecież sklepy są wszędzie. Nocleg się jakiś znajdzie. Będziemy jechać nie dłużej niż trzy godziny dziennie. Chłopaki się nie zmęczą. Poznamy trochę kraju.
Musiałam przyznać, że to brzmiało coraz fajniej...
Zapakowałam więc trylion niezbędników. Ubrania na każdą porę roku, ulubione poduchy i kocyki, ostatniego awaryjnego smoczka dla Niedźwiadka, talerze i sztućce, termosy, butelki, dwa słoiczki na wszelki wypadek, chrupki, biszkopty i inne zagryzacze czasu, bajeczki, gry, dmuchańce, wiaderka i łopatki, kaski, rowerek J.J.'a i fotelik rowerowy Niedźwiadka, a nawet piszcząco-świecąco-skaczącą gumową piłeczkę, która zajęła łobuzów w krytycznym momencie i którą oczywiście zgubili przy pierwszym postoju.
Wsiedliśmy do auta, wzięliśmy mapę (oldschool'ową, papierową!) i wskazaliśmy na chybił trafił bliską okolicę pełną jezior. Tak trafiliśmy do Gostynińsko-Włocławskiego Parku Krajobrazowego, do Miałkówka. W jedynym barze we wsi zapytaliśmy o nocleg. Właściciele użyczyli nam pokoju na parterze w swoim domu; w garażu znaleźli dla nas stare rowery, na których zwiedzaliśmy okolicę przez kolejne półtora dnia. 
Cisza jak makiem zasiał, spokój, babuleńki na gankach, kwiaty po pas, zboże po brodę, radosne piski dzieci, przestrzeń i zapachy z sadów i pól, świeże drewno, czysta woda, setki spacerujących szosą żuków. Zastanawialiśmy się, jakby to było żyć w takim miejscu. Wolniej. Rozmawiać więcej. Być poza zasięgiem. Dosłownie. Bo po zasięg wychodziłam nocą na środek tej żukowej szosy ;)  Pięknie by było. I piekielnie trudno przywyknąć ;)
Kolejny przystanek wybraliśmy podobnie, palcem po mapie. Bory Tucholskie. Jeziora. I ta nazwa: Swornegarcie. Zauroczyła nas absolutnie. Nieduże miasteczko między urokliwym jeziorem a Brdą, w której ja - jako dziecko wakacjująca na Pojezierzu Drawskim - zakochałam się bez pamięci i już się nie mogę doczekać tych wakacji za kilka lat, kiedy popłyniemy nią z chłopakami na spływ kajakowy. Trafił nam się wygodny, bajkowy nocleg w maleńkim drewnianym domku z antresolą, zaanektowaną z miejsca przez J.J.'a; fajni, rozgadani, radośni sąsiedzi i pyszne jedzenie :) No, a przede wszystkim najpiękniejsze ścieżki rowerowe, po jakich mieliśmy frajdę jeździć. Niestety w związku z tym trochę z jeżdżeniem przesadziliśmy i mieliśmy moment grozy, związany z serduszkiem J.J.'a, ale była to dla nas zasłużona nauczka i ważny sygnał, że pomimo wyrośnięcia, nasz synek jest jednak wcześniakiem i nie wolno nam o tym zapominać.

niedziela, 24 sierpnia 2014

here come 50 shades of grey

Zrobiło się troszkę chłodniej i chociaż my dopiero teraz mamy wakacje, po takim ukropie jak w tym roku, to dla mnie jednak wyczekiwana odmiana. Tym bardziej, że i ja, i Pan Mąż należymy raczej do typów wędrownych i zanim J.J. poszedł do przedszkola, wczasowaliśmy się wyłącznie we wrześniu. Ponieważ nasz tegoroczny wyjazd zbiegł się w czasie z pojawieniem się nowych, już jesiennych kolekcji i nie bardzo mogę sobie poszaleć na zakupach, zwłaszcza tych on-line (zasięg!!!), oddałam się przyjemności marzenia o mojej ulubionej porze roku i szukania inspiracji.
Jak zawsze nie prezentuję Wam tutaj rzeczy modnych, a po prostu garść najnowszych subiektywnych pomysłów na ubraniowe kompozycje. Szarość urzeka mnie niezmiennie, niemal w każdym swoim odcieniu. Okazuje się, że nawet szare printy na szarych tkaninach mogą wyglądać świetnie. Poza tym te wszystkie niebanalne odcienie różu, pomarańczu, musztardy i czerwieni - na swój sposób folkowe, cudownie klimatyczne. Do ogrzania się przy nich jak przy ognisku. Oczarowały mnie i myślę, że ulegnę im jeszcze bardziej, kiedy liście już spadną z drzew. 
A Wy? Czekacie już na jesień? Na co najbardziej? Jestem pewna, że macie już upatrzone rzeczy dla Waszych maluchów z najnowszych kolekcji. Co kupicie na pewno, co na pewno ominiecie szerokim łukiem, a do czego sobie tylko powzdychacie?

Children of the Tribe

piątek, 15 sierpnia 2014

with kids

Kiedyś myślałam, że dzieci nie wywrócą mojego świata do góry nogami. Że szybko wrócę do pracy. Nie zejdę sama dla siebie na dalszy plan. Dopóki nie urodził się J.J. Tamtego dnia, kiedy nie mogłam go nawet zobaczyć, kiedy tylko płakałam i modliłam się, by przeżył, wiedział już, że nic nie będzie takie samo. Tak długo na niego czekałam, że gdy wreszcie mogłam go dotknąć, a potem przytulić, a potem zabrać do domu, nie chciałam wypuścić go z rąk. Nawet na sekundę. Słuchałam jak oddycha. Jego serduszko wcześniaka potrafiło nam płatać figle, zwłaszcza w nocy. Nie zauważyłam tego, nie analizowałam faktu, że nie umiem go zostawić pod niczyją opieką. Że już kilka godzin to dla mnie za dużo. Miał niemal rok, kiedy po raz pierwszy wyszłam na babską nockę do przyjaciółki. Wieczorem rozmawialiśmy z Panem Mężem przez telefon, a J.J. w tle powiedział 'mama'. Odpłakałam to, że nie mogę go przytulić przed snem. 
Dziś J.J. ma pięć i pół roku. Po raz pierwszy pojechał na noc do babci. Siłą umysłu próbuję przemóc łzy, które cisną mi się do oczu. Rozumiem, że dorasta. Chcę mu w tym pomóc, nie przeszkadzać. Ale nie zmienia to nijak moich odczuć. Sprawia jedynie, że zwyczajnie je przy nim przemilczam.
Pan Mąż nie jest wcale lepszy ode mnie. To on zdecydował, że odbierzemy go następnego dnia. To również on zrezygnował z podróży do Paryża, którą chciała nam zafundować jego mama, bo nie mogliśmy zabrać ze sobą J.J.'a. Tak, dobrze czytacie! Nie chcieliśmy jechać do Paryża bez syna. Za to byliśmy z nim w Lizbonie, a - już z dwójką - w Berlinie, i niedawno w Bergamo. Zjechaliśmy pół Polski. Razem.
Niektórzy się z nas śmieją, że nie potrafimy bez dzieci. Niektórzy nam zazdroszczą, że potrafimy z. 
Tacy jesteśmy.

P.S. Na blogu, na prośbę czytelników pojawiła się nowa zakładka: MIEJSCA DLA DZIECI. Nie ma tam jeszcze zbyt wielu takich miejsc, ale z pewnością będę pamiętać, żeby Wam o nich pisać. Dziś, ponownie u nas Farma Iluzji.



piątek, 8 sierpnia 2014

don't bother

Może to nie jest dobry dzień na świeże postanowienia - ani to początek roku, ani miesiąca, ani nawet poniedziałek. Ale serio: jakie to ma znaczenie? I tak nic się nie zmieni ot tak. Nie wstaniemy jutro mądrzejsze i silniejsze, bardziej zdystansowane do tego, co zewnętrzne i zupełnie od nas niezależne i bardziej skupione na tym, co nasze, najbliższe, najważniejsze. Jutro na pewno nie, ale za rok już na pewno tak, a może i za miesiąc. Bo przecież może się okazać, że to wcale nie takie trudne, że tylko jeden krok, jedna praca nad własnymi myślami dzieli nas od tej cudownej wolności - niezależności od czyjejś opinii. No, bo tak na logikę: co nas to obchodzi? czemu się w ogóle przejmujemy tym, co inni o nas sądzą? czemu zaprzątamy sobie głowę regułami gry, wymyślonymi przez zupełnie obce nam osoby? Powiem Wam, ale to może zaboleć - bo same chcemy innym nasze zasady narzucać, bo chcemy mieć wszystko pod kontrolą, wszystko, czyli WSZYSTKICH. Tak, tak, drogie mamy. Może kiedyś byłyśmy zupełnie inne, może uważałyśmy się za tolerancyjne, otwarte na możliwości, pełne zrozumienia dla ludzkich błędów - kiedyś, zanim zostałyśmy mamami i wraz z nowym układem hormonów, nową aktywnością naszych mózgów i nowymi emocjami dostałyśmy w pakiecie potrzebę i... przekleństwo (!) nadkontroli. Oczywiście przywara ta ukryła się sprytnie pod opiekuńczością, naturalną przecież i pożądaną, pod troską na zapas, pod koniecznością chronienia dziecka przed niebezpieczeństwami, chamstwem i milionem innych strasznych rzeczy. Tak czy siak dostałyśmy nadkontrolę w pakiecie i to uśpiło naszą czujność. Do tego stopnia, że celująca w nas (choćby wcale nie celowo) nadkontrola innych wywołuje nasze OBURZENIE. Nie zdenerwowanie nawet, nie lekką irytację, ale od razu oburzenie. 
A jakby tak zrobić kilka kroków w tył i przyjrzeć się sytuacji? Słyszeliście o teorii perspektywy? Zgodnie z nią On (osoba trzecia) jest zawsze nadgorliwy, Ty (osoba druga) jesteś pracoholikiem, a Ja (osoba pierwsza) jestem po prostu pracowity. Brzmi dziwnie znajomo? Na naszym, matczynym podwórku wyglądałoby to mniej więcej tak: On się wtrąca, Ty wyrażasz swoje zdanie (choć - w podtekście - nikt cię o to nie prosił), Ja się troszczę. Daje do myślenia, prawda?
Dlatego moje postanowienie brzmi: dosyć przejmowania się zdaniem innych! Jeśli będę chciała je poznać - zapytam. Jeśli będzie dla mnie ważne - poproszę o nie. W pozostałych przypadkach - mam je w... nosie ;) I ze stoickim spokojem przyjmę do wiadomości, że ktoś ma w tej samej lokalizacji moją opinię. 
Podejmujecie ze mną to wyzwanie?


(Zdjęcia z placu zabaw nie znalazły się przy tym temacie zupełnie przypadkiem;))

środa, 6 sierpnia 2014

child's fears

Dzieci dopiero uczą się świata. Nie wszystko rozumieją. Nie widzą wszystkich możliwości. Bywa, że skupiają się na jednej - tej najgorszej. Najpierw mają swoje nocne koszmarki, kiedy podczas snu "przerabiają" w główkach to, czego danego dnia doświadczyły. Część z tego wydaje się straszna, wielka, niepojęta. Potem mają leki. Już na jawie. To duże wyzwanie dla nich, i dla nas. Przytulenie przestaje wystarczać, poczucie bycia kochanym nie gwarantuje poczucia bezpieczeństwa, a na terapię szokową jest sporo za wcześnie. I co wtedy? 
Dzieci boją się różnych rzeczy, dla nas czasami śmiesznych, czy niezrozumiałych. Kiedy słyszę od J.J.'a: "boję się", w pierwszym odruchu mam ochotę natychmiast go oswoić, wytłumaczyć, że nie ma do tego podstaw, że jest bezpieczny, ale nie robię tego. No, nie od razu. Dlaczego? Bo nie chcę, żeby myślał, że strach to coś złego, że lęki trzeba "zbijać" jak nieznośne komary. Strach i lęk to narzędzia samoobrony. Natura wyposażyła nas w nie po to, żebyśmy unikali zagrożeń i mieli w efekcie większe szanse na przeżycie. Oczywiście nie mieszkamy już ani w dżungli, ani w jaskini, ale mechanizm jest przecież dokładnie taki sam: w odczuwaniu lęku chodzi o to, żeby się danej sytuacji jeszcze raz przyjrzeć, jeszcze raz ją przemyśleć. W każdym razie tego chcę nauczyć J.J.'a. Po pierwsze pytam, czego konkretnie się boi, bo na przykład kiedy wchodzi na wysoką drabinę i potem nie chce zejść, to nie dlatego, że przeraża go wysokość, ale myśl, że mógłby spaść. Gryzę się w język, żeby powiedzieć: "Nie spadniesz", bo J.J. nauczył mnie już, że na takie teksty z mojej strony odpowiada buntem. Zamiast tego mówię: "Pomogę ci, spróbujemy?" i wyciągam rękę. Czasami to wystarczy. Czasami trzeba jeszcze pokazać, jak bezpiecznie zejść. Czasami ani pomoc, ani pokaz nic nie dają. Wtedy mówię: "Nie szkodzi, dziś cię zdejmę, a spróbujesz następnym razem, ok?""Ok."
Dopóki nie zaczęłam pisać tego tekstu, nie zauważałam nawet, że mam jakiś schemat postępowania w obliczu dziecięcych lęków. Ale okazało się, że mam: doprecyzowanie (nazwanie lęku niemalże "po imieniu") - prezentacja sytuacji na nowo - propozycja rozwiązania/pomocy - akceptacja lęku (zawsze z nadzieją na przyszłe pokonanie go). Co ważne, na każdym z tych etapów mówię prawdę, trzymam się realiów, ale jednocześnie na żadnym nie deprecjonuję lęku, mówiąc np. że czegoś nie ma. Skoro jest w głowie mojego dziecka, to jest.
Czy to działa?
Tak.
Co nie oznacza, że J.J. radzi sobie ze wszystkimi lękami. 
Wciąż boi się pająków, choć wracamy do książki o ich oswajaniu i choć po jej lekturze przez chwilę jest bohaterem nawet w swoich oczach. Boi się, ale nie sztywnieje na widok pajęczyny, jak kiedyś. Wie, że może wziąć łopatkę lub kij i ją strącić. Czasami tak robi, a czasami woli mnie o to poprosić, bo tego dnia akurat nie czuje się dość przebojowy. 
Z niektórymi lękami będzie się pewnie jeszcze długo oswajał, a potem przyjdą kolejne, nowe, ale z całą pewnością zaszczepiłam mu świadomość, że ma na to czas, że nie ma się czego wstydzić i że wolno mu się bać, dokładnie tak samo, jak wolno mu podejmować kolejne próby odwagi.
Z Niedźwiadkiem od początku było inaczej. On nie bał się niczego. /Swoją drogą: jest wychowawcze wyzwanie! Jak skutecznie wystraszyć kaskaderskie dziecko? ;)/ Aż nagle okazało się, że boi się wody w basenie czy jeziorze, zwłaszcza chłodnej. Nie chciał wejść za nic w świecie. Nie chciał nawet stóp zanurzyć. Jak to się stało, że teraz pluska się bez lęku, także kiedy nie czuje gruntu? Powoli. Najpierw odkryliśmy, że nie chodzi o wodę, a o temperaturę i śliskie dno. Zaczęliśmy więc mierzyć stopnie i stało się jasne, że przy mniej więcej 21 Celcjuszach lęk Niedźwiadka zmniejsza się mniej więcej o jedną trzecią. O dwie trzecie spadł, kiedy pozwoliliśmy mu kąpać się w kaloszach. Najpierw tylko one dodawały mu otuchy, potem wystarczyły już klapki. Ostatecznie lęk został pokonany, kiedy Niedźwiadek poślizgnął się przypadkiem w baseniku i przekonał, że rękawki doskonale utrzymują go na powierzchni. Długo to odkrycie testował, wywracając się potem specjalnie i mając z tego coraz większą frajdę :) Więc teraz znowu nie boi się niczego, a ja pluję sobie w brodę i liczę kolejne guzy ;)




poniedziałek, 4 sierpnia 2014

another world

Więc skończyła 18 lat. Jest oficjalnie, w świetle prawa dorosła. Chociaż akurat jej ta dorosłość do niczego nie jest potrzebna, bo mądra, piękna, wrażliwa i utalentowana była zawsze. Pokazuje mi album, który zrobili dla niej znajomi. Każdy opisał swoje najlepsze wspomnienie z nią związane i to, co w niej lubi najbardziej. Śmiejemy się z określenia "Zuziness" - jest idealne! 
- A to najpiękniejsze zdanie, jakie w życiu czytałam - mówi i wskazuje palcem rząd czarnych liter. Czytam: "Zuzia reminds me of autumn" :) Ma rację, jest najpiękniejsze. Nie wiem, czy jest w naszym świecie ktokolwiek, komu się tak właśnie nie kojarzy. Chociaż urodę ma jak upalne lato, takie jak w tym roku. Uwielbiam jej piegi, bezpretensjonalność, styl vintage i nieodłączny aparat. Gigantyczną kolekcję wyjątkowych bransoletek, która się właśnie wzbogaciła o kilka nowych okazów. Pozorne zdezorientowanie w codzienności. Także to, że wybrała na przyjęcie to miejsce. Oni przyjeżdżają tu co roku, my - drugi raz. Ale zakochaliśmy się znów jak od pierwszego wejrzenia. Tata mówi, że tu, za bramą zaczyna się inny świat. Cała ta wioseczka nim jest. Ślepą uliczką, puszczoną w jezioro. Jeden sklep, jeden przystanek, jeden kasztan, ławeczki pod oknami, zapach owsa i rozgrzane słońcem kamienie. Wzdłuż brzegu kładka przy kładce. Każda w sitowiu. Każda na swój sposób intymna. Do łowienia i do myślenia.
Dobrze, że w końcu przyszła burza, bo byłoby jeszcze bardziej żal odjeżdżać.