wtorek, 28 kwietnia 2015

success

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami zła wróżka pochyliła się nad moją kołyską i powiedziała, że będę żyła tylko 33 lata...
Okej, tak naprawdę działo się to w parku miejskim, a ja nie byłam już oseskiem, tylko wyrośniętą licealistką, wróżka zaś była Cyganką, która rzuciła te słowa w złości za to, że nie chciałam jej zapłacić za przepowiednię. Nigdy w nie nie wierzyłam, a jednak było mi trudno wyrzucić je z pamięci, zwłaszcza po przekroczeniu wspominanej liczby lat. Dziś - przyznaję - odetchnęłam z ulgą, a przez moment miałam nawet ochotę pokazać tej kobiecie gest Kozakiewicza ;P Potem zrobiłam rachunek sumienia i zdałam sobie sprawę, że nie potrzebuję żadnej z tych cyferek - jak słupków, mijanych na drodze do celu, nie chcę żadnych końców i początków, bo jestem w miejscu, w którym lubię być. Na swoim miejscu.
Nie zostałam marynarzem, nie byłam w Rio, nie zjechałam Route 66 (jeszcze!), nie zdobyłam sławy jako autorka skandalizujących powieści, nie mam trzech synów (jeszcze!), nie jestem wyzwoloną singielką, nie mieszkam nad morzem, nawet przez moment nie byłam kochanką Gerarda Butlera (jeszcze?!), wciąż nie kupiłam dwumetrowego kaktusa na ganek, ani wzorzystych pokrowców na wypoczynek (czekam na przypływ odwagi; albo gotówki ;)). Lista niespełnionych marzeń jest długa, może nawet z roku na rok dłuższa, a mimo to dobrze mi bardzo z tym upływającym czasem, bo to właśnie on przyniósł mi sukces. Ten jeden, najważniejszy, którego szuka się niemal jak Świętego Graala. Szczęście. 

To wewnętrzne.
To z drobiazgów.
To z miłości.
Z moich brudnych, bosych dzieci, ciumkających słodycze na dywanie. 
Z męża, którego nie planowałam i nie spodziewałam się kiedykolwiek mieć, a którego pokochałam na tyle, by zgodzić się za niego wyjść. Dwa razy!
Z rodziców, których po wielu latach przestałam chcieć zmieniać i zaakceptowałam takimi, jacy są i nagle okazało się, że jednak umiemy ze sobą gadać i nawet się czasem rozumieć. 
Z rodzeństwa, które wciąż kocham jakby było stadem szkrabów, a które jest już przecież tak zaskakująco dorosłe i odnosi swoje sukcesy, a ja mogę je obserować, trzymać kciuki i pękać z dumy.
Z tylu fajnych, inspirujących, dobrych ludzi wokół i tylu pięknych chwil, doświadczeń, wrażeń, cudów, które zdążyłam już przeżyć i zgromadzić w mojej skrzyni skarbów - pamięci.
Ze wszystkich pożytecznych smutków i pouczających łez. 
Z domu pod lipą, który stał się moim domem, chociaż nie śmiałam nawet przypuszczać, że kiedykolwiek znajdę takie miejsce i tak mocno zapuszczę korzenie. 

Zrobiłam sobie dziś kawę i poszłam z nią do altany. Na boska. Po gęstej trawie.
- Nie koś jej jeszcze - poprosiłam Pana Męża. Więc nie kosi, a to z jego strony ogromne poświęcenie. 
Siedziałam z tą kawą w ogrodzie, pachnącym wiosną, pełnym kwiatów, jakbym włączyła pauzę w samym środku dnia i celebrowałam swoje urodziny. Przez kwadrans. Dziękując za wszystko, co mam. Za wielki, wielki sukces. Nie stan konta, nie stan posiadania, nie tytuły i zaszczyty. To żadna miara. Tylko to, jak się czuję ze sobą i jak ludzie czują się ze mną. 

Może część z Was pomyśli, że powinnam się natychmiast puknąć w ten naiwny łeb, skoro mi się wydaje, że osiągnęłam swój życiowy cel, mając 34 lata. Druga część powie: skoro tak, pora umierać ;) Ale nie zmienię zdania, na pewno nie dziś. Sukces jest spełnieniem pragnień, choćby tych nieuświadomionych i chwilą, w której można powiedzieć: "Nigdzie nie byłoby mi lepiej niż tutaj i teraz". Ale nie jest końcem drogi. Tylko jej etapem. 

Wypijcie dziś moje zdrowie, a jutro znów wszyscy idźmy przed siebie!


wtorek, 21 kwietnia 2015

all good things

Pamiętacie FAQ? Pytania lub sugestie, dotyczące wyimaginowanego konfliktu mody z mądrością, nigdy się nie kończą. Dorośli blogerzy i blogerki niestety często leją sowicie wodę na ten młyn. Na szczęście mam głębokie przekonanie, że nas to w ogóle nie dotyczy. Bo my-mamy nie musimy wybierać: możemy równocześnie dbać o wnętrze i zewnętrze naszych dzieci. To jest nasz obowiązek i przywilej. Tym bardziej, że są takie marki i takie wzory, które na nowo przypominają mi, dlaczego tak bardzo lubię dziecięcą modę. Ubieranie w nie chłopaków to codziennie wielka przyjemność.


środa, 15 kwietnia 2015

social life

Pisałam ostatnio kilka tekstów do poradnika dla rodziców przyszłych przedszkolaków (na prośbę kilku czytelniczek zrobiłam już skany, więc jak jesteście zainteresowani, zostawcie mi swoje maile). Zawarłam w nich rady, które wydawały mi się oczywiste, ale i takie, które sama chciałabym usłyszeć, zanim wybraliśmy przedszkole, a których nikt mi niestety nie udzielił. Przy okazji natknęłam się na z pozoru banalne spostrzeżenie, by nie przymuszać dzieci do wspólnych zabaw z rówieśnikami, nie tylko dlatego, że presja może wywołać odwrotny efekt niż byśmy chcieli, ale także - i tu uwaga! - dlatego, że nie każde dziecko MUSI BYĆ towarzyskie. Niektóre po prostu nie są i możliwe, że nigdy nie będą, bo mają taką, a nie inną osobowość. Dało mi to do myślenia.
Żyjemy w czasach, w których się od nas poniekąd wymaga jak najwyższego poziomu socjalizacji: liczby znajomych na FB są czasami wręcz absurdalnie wysokie, nie istniejemy bez telefonów i wifi, które mają nam zapewnić kontakt z innymi 24h, i chociaż wg zasad savoir-vivre na maila wypada odpowiedzieć w ciągu 72 godzin, oczekujemy, że nastąpi to błyskawicznie, podobnie jak odpisanie na wiadomość na portalu społecznościowym. Bo zakładamy, że bycie online to oczywistość, że bycie non stop społecznie dostępnym takie jest i dla naszych dzieci też będzie lub być powinno. Jako zaletę postrzegamy więc to, że dziecko jest towarzyskie, że zaczepia, garnie się do ludzi, że inicjuje zabawy, że ma grono kolegów i koleżanek, że ma talent do zaskarbiania sobie sympatii wszystkich wokół. O takim dziecku myślimy, że poradzi sobie w życiu. Przebije się. Przeniesie góry. Ale czy nie da się aby tych góry przenosić również w samotności? 
Tak, w pewnym sensie osobom towarzyskim jest łatwiej. Bo nie muszą się zbytnio wysilać, żeby nawiązać relacje. Bo szybciej znajdą w kimś wsparcie, poproszą o pomoc lub nauczą się czegoś poprzez naśladownictwo. Ale to wcale nie znaczy, że samotnicy, introwertycy są gorszym gatunkiem ludzi, prawda? Są tylko inni.
Sama nie jestem zbyt towarzyska. Pisałam o tym nieraz. Nie lubię tłumów, nie lubię zagadywać do obcych, nawet jeśli mam zapytać o drogę - kosztuje mnie to sporo wysiłku, nie zapamiętuję nazwisk, ani twarzy, nie odzywam się pierwsza, nie wykłócam się z obcymi, nawet jeśli wiem, że mam rację (wystarczy mi właśnie to, że WIEM). Do czasów liceum nie czułam się wśród rówieśników, tj. w przedszkolu, a potem szkole zbytnio na miejscu, a mimo to uczyłam się świetnie i miałam swoje kółko bliskich przyjaciół, ba! nawet kółko teatralne. Wśród osób, które dobrze znam, w małym gronie potrafię być wręcz duszą towarzystwa. Jakby ktoś poobserwował to z boku, powiedziałby, że zmieniam się nie do poznania, ale to nie byłaby prawda. Pozostaję wciąż tą samą osobą, zmienia się tylko moje poczucie komfortu. Dziś dostałabym pewnie łatkę dziecka z pewnym stopniem autyzmu. I chociaż piszę to, uśmiechając się, pół żartem, w sumie nie uważam tego za śmieszne. Bo widzę, jak łatwo się teraz takie diagnozy stawia i jak mało zostawia się dzieciom miejsca na bycie, jakimi chcą, czują, potrzebują być. Na bycie sobą po prostu. Bez tej całej prospołecznościowej presji. 
I może będę teraz głosić herezje, a Wy spróbujecie mnie nawrócić, ale uważam, że introwertyczne dzieci nie wymagają stwierdzania wydumanej choroby i pomocy psychologicznej (a dobry psycholog czy raczej psychiatra powinien doskonale odróżniać, co jest "tylko" osobowością samotnika, a co czymś więcej), ale wsparcia i akceptacji rodziców oraz - i w tym też nasza głowa - pedagogów w placówkach. Powinny czuć, że mają pełne przyzwolenie na zabawę w pojedynkę, że nie muszą udawać na siłę, że kogoś lubią, że nie muszą spędzać czasu z kimś, z kim nie chcą i że nie ma w tym absolutnie nic złego. To nie jest nieosiągalne, uwierzcie mi. Także w państwowych przedszkolach (jak jest w szkołach, jeszcze nie wiem) macie prawo tego wymagać. Możecie porozmawiać z dyrekcją i z wychowawcą, rzeczowo zobrazować sytuację i wyjaśnić swoje poglądy. Jasne, że możecie trafić na beton, ale nie zakładajcie z góry, że tak będzie. Panie mogą Was zaskoczyć swoim podejściem, otwartością i chęcią współpracy. Poza tym bądźmy szczerzy: pozwolenie dziecku na chwilę izolacji nie będzie szczególnym wysiłkiem z ich strony. Równocześnie inne dzieci w grupie dostają sygnał, że wolno im wyrażać swoje potrzeby, choćby wydawały się nietypowe. Tym, na czym - moim zdaniem! - warto się skupić, będąc rodzicem outsidera, nie jest przymusowe uspołecznianie go, ale nauka norm i zasad zachowania wobec innych, kindersztuby, bycia zwyczajnie, ale nie ponad jego siły uprzejmym dla innych. Oraz zaszczepienia w nim świadomości, że ludzie są po prostu fajni. Jak to zrobić? Udowadniając to własnymi czynami, dotrzymując słowa, mówiąc dobrze (czy może raczej z szacunkiem), ale szczerze o innych, o członkach rodziny, o przyjaciołach, o sąsiadach, o pani w warzywniaku i o fryzjerce, a ponadto - co wydaje mi się niezwykle istotne i skuteczne (z autopsji) - zwracać uwagę i nazywać motywy działań oraz emocji innych osób - to naprawdę pomaga w tym, by ich rozumieć i polubić. Szczególnie dzieciom. Jeśli mamy możliwość, fajnie jest też prowadzić tzw. otwarty dom, w którym goście nocują, gotują i bawią się z naszymi dziećmi, a nie tylko z nami. 
Być może okaże się, że aktualna "aspołeczność" naszego dziecka to tylko taka faza.
Być może będzie to dominująca sfera jego osobowości.
Niezależnie od tego, naszym zadaniem jest zapewnić mu komfort i wiarę w to, że sobie poradzi i że może się doskonale rozwijać. Nie, żeby pocieszyć. Ale dlatego, że może i że sobie poradzi. Bo ma swój wyjątkowy zasób tzw. kompetencji miękkich, na które warto zwrócić i jego uwagę (dostrzegając je i chwaląc!): umie się skupić, jest samodzielne, często bystre i spostrzegawcze, potrafi doskonale panować nad chaosem, organizować czas, nigdy się nie nudzi, a nierzadko nadaje się rewelacyjnie na lidera. Ma więc dokładnie takie same szanse na sukces jak inni. Zawsze. Pozostając sobą.



piątek, 10 kwietnia 2015

off

Słyszę ogromny huk. Czuję wstrząs. W pierwszej chwili nie wiem, co się dzieje. Ale natychmiast, pół odruchowo, pół świadomie odwracam się do tyłu, żeby zobaczyć, czy chłopcom nic się nie stało. Patrzą na mnie szeroko otwartymi oczami. A potem ten gość z tyłu uderza w nas znowu. Z jeszcze większą siłą. Jestem przerażona. Krzyczę do Pana Męża: "zjedź!" Próbuję złapać oddech, ale nie jest to łatwe. Boli mnie cała klatka i plecy, którymi mocno uderzyłam w fotel. Pan Mąż wysiada, by wyjaśnić sprawę, a ja przesłuchuję chłopaków: nic wam nie jest? nic was nie boli? nie uderzyliście się? nic na was nie spadło? przestraszyliście się? Sprawdzam ich pasy. Uff. Wszystko z nimi w porządku. Uff. Uff. Uff.

Starszemu panu w samochodzie za nami pomyliły się pedały. Ot, taki banał. Wygląda na typowego niedzielnego kierowcę. Pewnie się zdenerwował, może czymś rozproszył, może świąteczne jedzenie podniosło mu poziom cukru. Nie wiem. Nie próbuje się tłumaczyć, nie zamierza przepraszać, chociaż widzi, że jedziemy z dziećmi. Dopiero, kiedy wzywamy policję, obrażony przyjmuje mandat. Cóż, bywa. Spisujemy dane. Odjeżdżamy. Samochód jest oczywiście do naprawy, ale żyjemy, nie jesteśmy ranni, chłopakom nic się nie stało. Mogło być gorzej.

Mogłoby jednak być lepiej. Bo przecież ostatnie tygodnie już dały nam się we znaki. Astma, anemia, ząbkowanie, gorączka za gorączką. Po trzy-cztery godziny snu na dobę. I jeszcze Święta. Właściwie nie wiem, czy ten ból to z nerwów i zmęczenia, czy od uderzenia. Może jedno i drugie. Chwytam się dobrych myśli - tych, że wszystko się ułoży, że za chwilę się zresetujemy na miniwakacjach w Holandii, kupimy pyszny chleb orzechowy i wiąchę białych tulipanów (pozwolą mi je zabrać do samolotu?), będziemy mieli czas i spokój, złapiemy ten oddech. Pełny. Bezbolesny. Tak potrzebny.

Właściwie już jest lepiej. 
Znów możemy spacerować godzinami, znów dźwigam rowerki i zakupy. Wracamy do naszej rutyny. 
Regenerujemy się w słońcu.   

Dałam się namówić na zumbę, dzięki której przez godzinę nie myślę wcale. O niczym. O dzieciach też nie. Dla odmiany. Bo przecież zwykle całą dobę działam na trybie "on". A tu nagle okazuje się, że to równie pożyteczne i zdrowe jak optymizm. Tak nie myśleć. Tak się wyłączyć. 
Do tej pory taki efekt dawał mi tylko miks prasowania z oglądaniem CSI ;)