Obiecałam sobie, że w tym roku nie przegnę z zabawkami i będę się kurczowo trzymać własnego zdrowego rozsądku. Tak, tak, kurczowo, bo nie spodziewałam się jednak tak wielu propozycji współpracy z różnych sklepów. Na szczęście już nieraz pisałam, że blogerka ze mnie raczej du**wata, więc najpierw grzecznie co poniektórym odmawiałam, a potem przestałam nawet zaglądać do folderów "oferty" i "spam", bojąc się, że a nuż coś mi jednak wpadnie w oko (przepraszam!). Strasznie łatwo jest ulec pokusie - sami to wiecie - bo pięknych rzeczy jest na rynku zatrzęsienie, dlatego postanowiłam wyznaczyć sobie od początku jasne reguły, tj. decydowałam się TYLKO na:
1. Zabawki z listu do Świętego Mikołaja, czyli te, o których chłopcy marzą od dawna.
2. Rzeczy, które służą WSPÓLNEJ ZABAWIE, spędzaniu czasu razem, moim celom wychowawczym lub... zdrowiu.
3. Rzeczy, które zajmują mało miejsca. Serio! Przy naszym metrażu i dwójce łobuzów niezwykle istotne stało się to, by każdy gadżet ergonomicznie się pakował.
Jednym słowem: że postaram się wybierać mądrze.
Będziecie mogli ocenić, jak mi się to udało w ciągu najbliższych tygodni, bo pokażę Wam stopniowo wszystkie nasze nabytki. Oczywiście te, które faktycznie okazały się sensowne (choć póki co liczę na to, że wszystkie takie będą).
Dziś: narzędzia marki Janod, z którą współpracujemy od dawna i do której mam ogromną słabość, ale też pewność, że każda rzecz będzie świetnej jakości, piękna i perfekcyjnie wykonana. Narzędzia to hit, który "idzie w ruch" kilka razy dziennie. Łączy łobuzów w rozwalaniu pod pozorem naprawiania i pobudza ich wyobraźnię. Zestaw był już na wyposażeniu lekarza pierwszego kontaktu i strażaka, który ratował rodzinę z płonącego auta, ale przydaje się głównie w otwartym niemal non-stop warsztacie samochodowym na środku naszego salonu. No, i mieści się w niewielkiej skrzyneczce :)




