wtorek, 29 marca 2016

naughty or not?


Rozmawiając z chłopakami, używam słowa "niegrzeczny" głównie w odniesieniu do osób dorosłych, np. "niegrzeczni ludzie wyrzucają śmieci do lasu", "niegrzeczni ludzie nie mówią 'dzień dobry'" itd. Właściwie odnosi się to zatem do niedostatków w kulturze, czy to osobistej, czy tej, związanej z zachowaniami społecznymi. Kiedy chłopcy mnie nie słuchają, mówię raczej, że są nieposłuszni. Kiedy kłócą się między sobą lub pyskują - że niemili, itd. Staram się być w tych określeniach precyzyjna. Dlaczego? Ano dlatego, że nadużywana "niegrzeczność" bardzo szybko staje się łatką, którą łatwo przykleić, a trudno się pozbyć, tymczasem zachowania, które nam w ten czy inny sposób nie odpowiadają, na które się nie godzimy, zdarzają się wszystkim, niezależnie od wieku i relacji, jaką z daną osobą mamy. 
To po pierwsze.
Po drugie każde takie stwierdzenie pada z moich ust nie po to, żeby chłopaków zdeprymować, ale żeby nazwać to, nad czym musimy popracować. 
- Hej, nie słuchasz mnie. Czy możesz mnie chwilę posłuchać?
- Jesteś niemiły dla brata. Masz zły humor? Dlaczego? Czy możesz spróbować być miły? Jakbyś chciał, żeby on się do ciebie odnosił?
I tak za każdym razem. 
Nie wiem, jak u Was, ale u nas powiedzenie "spróbuj być grzeczny", nie podziałoby wcale, bo dla moich chłopców to określenie zbyt ogólne. W większości sytuacji nie wiedzieliby, o co KONKRETNIE mi chodzi. 
Im są jednak starsi, tym częściej spotykają się z tym słowem ze strony innych ludzi. To znaczy, spotykają się tak samo często, jak kiedy byli młodsi, ale teraz zaczynają zwracać na to uwagę. I bywa, że czują się zagubieni. Przede wszystkim J.J. Także kiedy ktoś próbuje go pochwalić, mówiąc że jest "grzeczny". Bo ja w ten sposób nie chwalę. Mówię raczej: "Podobało mi się, że się podzieliłeś" albo "Jestem dumna, że tak sobie ładnie poradziłeś". O ile wytłumaczenie, co chwalący miał na myśli, jest w miarę wykonalne, o tyle w przypadku zwracania uwagi - niekoniecznie. Bo definicji "grzeczności" okazuje się być niemal tyle, co ludzi. Każdy ma swoją. Dla jednego "grzeczne" są tylko te dzieci, którą spokojnie siedzą i milczą, dla drugiego nawet to, które będzie pluć lub wyrywać wujkowi siłą włosy z nosa, będzie aniołkiem.
Do pewnego stopnia można to zaakceptować, o ile jesteśmy wszyscy na neutralnym gruncie lub swoje wersje pożądanych zachowań próbują nam narzucać obcy ludzie. DO PEWNEGO STOPNIA, tzn. że jeśli jesteśmy na placu zabaw czy w parku o wiele łatwiej przyjdzie nam tolerować czy zignorować innych niż np. w kawiarni, gdzie ludzie przychodzą niejednokrotnie BEZ dzieci i w celach wypoczynkowych, i gdzie szkody mogą być znacznie większe. O wiele łatwiej będzie nam też park niż kawiarnię opuścić. Pewnie teraz wiele mam się obruszy - ale tak właśnie powinno to wyglądać! Powinno się wychodzić z dziećmi, u których nauka zasad kultury i zachowań społecznych (miejmy nadzieję, że chwilowo) nie przynosi efektu. To jasny sygnał dla nich, że aby funkcjonować w grupie, trzeba grupę szanować. 
A co jeśli jesteśmy z dziećmi na czyimś gruncie, i jest to w dodatku grunt rodzinny? Na pewno znacie tę łatwość bycia ekspertem w kwestii wychowania cudzych dzieci, zwłaszcza nad sałatką jarzynową ;) Na początku macierzyństwa nie bardzo umiałam się tym odnaleźć. Wiedziałam naturalnie, że najważniejsze jest moje zdanie i zasady, które ja ustalam, bo tylko one są zgodne z moim światopoglądem, priorytetami, czyli wszystkim tym, co chcę przekazać dzieciom i do czego chcę być dla nich kierunkowskazem. Ale nie potrafiłam i chyba nie miałam odwagi za każdym razem podejmować na ten temat dyskusji w towarzystwie. A może nie chciałam tracić na to czasu, uznając że i tak niczego nie zmienię. Dziś, po latach, widzę to inaczej.
Podejmuję dyskusję, bo tylko w ten sposób mogę postawić jasne granice i poniekąd "przymusić" innych do szanowania mojej i moich dzieci "inności". Staram się robić to spokojnie, grzecznie i w maksymalnie dwóch zdaniach. Może brzmi to śmiesznie, ale wiem z zawodowej praktyki, że ludzie szybko przestają cię słuchać, zwłaszcza kiedy mówisz coś, z czym się nie zgadzają. Więc kiedy ja właśnie zabroniłam dziecku zjeść trzecią czekoladkę i on się w związku z tym rozbeczał, a prababcia mówi: "On nie może tak tobą rządzić i wymuszać płaczem! Jest rozpuszczony!", to moja odpowiedź brzmi: "On może płakać, kiedy mu czegoś zabraniam. Niczego nie wymusza, nikim nie rządzi. Jest mu smutno, to płacze. I tyle." Albo kiedy chłopcy nudzą się przy stole z dorosłymi, więc wstają i zaczynają się ganiać po schodach oraz rzucać pluszakami i słyszę, że "zachowują się niegrzecznie i powinnaś ich zdyscyplinować, narzucić im zasady", odpowiadam: "Mamy ustalone zasady. Po prostu nie uważam, żeby bieganie i rzucanie pluszakiem było czymś, czego należałoby zabronić. Nie robią niczego złego, bawią się". Oczywiście rozumiem, że ktoś może chcieć mieć we własnym domu ciszę, spokój i porządek, ale zapraszając gości poniekąd zgadza się na wyjście na chwilę z tej sfery komfortu. Na stronie i tak mówię chłopakom: "Słuchajcie, ciocia nie lubi hałasu, a my jesteśmy u niej w domu. Wy też nie chcecie, żeby w naszym domu ktoś robił coś, czego nie lubicie, prawda?" albo "Babcia boi się, że bawiąc się w ten sposób, strącicie ten wazon, który ona bardzo lubi, bo go dostała w prezencie. Nie chcielibyście, żeby ktoś nawet niechcący zburzył Waszą budowlę z Lego, prawda?" Oni to doskonale rozumieją, więc takie postawienie sprawy działa w 95% przypadków. Powiedzenie "jesteście niegrzeczni! bądźcie grzeczni!" nie działa wcale.
Wzajemny szacunek nie musi oznaczać, że będąc u kogoś odstępujemy od własnych reguł. Szczególnie przy dzieciach nie powinniśmy tego robić. To mógłby być dla nich sygnał, że mają się dostosowywać do innych, bo ważniejsze jest być uznanym za "grzeczną" osobę niż mieć swój własny moralny kręgosłup. Otóż nie jest. Zamiast się dostosowywać, mogą jednak okazać zrozumienie dla czyichś potrzeb - działa podobnie, ale robi ogromną różnicę. Jeśli pozwolimy dziecku na jego własną decyzję co do okazania komuś sympatii czy antypatii (to te 5%, bo przecież zdarza się, że dzieci kogoś nie lubią i wtedy tłumaczenie oparte na wzajemności wywoła reakcję odwrotną od pożądanej i pewnie trzeba będzie... tak, wyjść!), wychowamy człowieka, który zaufa własnym uczuciom i w przyszłości nie da sobą manipulować, nie pozwoli się skrzywdzić czy wykorzystać.
A przynajmniej należy mieć nadzieję, że tak to właśnie zaprocentuje ;)  
P.S. Uważam jednak za niegrzecznych rodziców - tych, którzy nie reagują wcale, kiedy ich dziecko kogoś krzywdzi (bije, pluje) lub specjalnie niszczy czyjeś rzeczy (zresztą serio - jak zniszczy choćby niechcący, to kultura i tak wymaga, by rodzic naprawił lub za szkodę zapłacił - a mimo wszystko prawie się to nie zdarza!). Poszanowanie własności i nietykalność cielesna to są dla mnie nieprzekraczalne granice dziecięcej swobody i zasady społecznego współżycia, których nikomu łamać nie wolno. End of story.







Chłopcy mają na sobie:

J.J. (od góry):
bluza - Lala Kids
portki - Pocopato
trampki - Gap
t-shirt w gęsi - Bandit Kids via I dream Elephants
bluza - You'n'me
portki - Nosweet
kapelusz - Reserved
top - H&M
portki - Emile et Ida via Groshki

Niedźwiadek (od góry):
płaszcz - Zara
longsleeve - Bobo Choses
portki - Booso via Happy go lucky
butki - Mrugała
t-shirt - Lala Kids
bluza - Kukukid
portki - Nosweet
t-shirt w kaktusy - Nadadelazos
portki - Efvva

8 komentarzy:

  1. Od zawsze wiesz, że kocham twe zdjęcia!! Są idealne.. beztroskie.. cudowne!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Od zawsze wiesz, że kocham twe zdjęcia!! Są idealne.. beztroskie.. cudowne!!

    OdpowiedzUsuń
  3. :) nawet nie wiesz jak lubię Twoje wpisy... dlaczego? bo mam dwoje dzieci i są to chłopcy:) uważam że dziecko musi rozumieć co próbujemy mu powiedzieć w danym momencie
    dlatego za każdym zakazem idzie właśnie konkretna informacja dlaczego tak a tak
    dziecko lepiej reagują na informacje za którymi idzie konkretny przykład np.zepsucie budowli z lego;)
    nie lubię gdy dziecko określamy jako "niegrzeczny" bo co to tak naprawdę znaczy? dziecko by zrozumiało czy robi coś źle i dlaczego tak nie powinno postępować musi mieć to wytłumaczone przez rodziców
    niestety często jest to właśnie nasza wina:/
    daleko mi do ideału ale np. w naszym domu nie kłamiemy bo tłumaczę że z prawdą żyje się lepiej:) i to się sprawdza bo dzieci nam ufają nie boją się przyznać gdy coś przeskrobią i wiedzą że jak my im coś obiecamy słowa dotrzymujemy:)
    gdy wg.nas zachowują się nieodpowiednio w jakimś miejscu a nie ma poprawy po rozmowie wychodzimy-trudno im za to zostaje w pamięci że takie zachowanie po prostu się nie opłaca bo jak sami to nazywają dużo tracą
    wiem że gdzieś popełniamy błędy ale staramy się przekazać im wszelkie wartości bo czym skorupka...
    wiem że do nich dużo dociera i doceniają nasze starania gdy wieczorem nawet po ciężkim dniu słyszę "Pan Bóg nie mógł dać mi lepszej mamy i taty" ;))
    kiedy jestem sfrustrowana gdy na placu zabaw tylko my zwracamy uwagę naszym dzieciom a reszta na zachowanie swoich nie reaguje:P
    kiedy się dodatkowo wściekam gdy jakaś "super" cioci daje klapsa mojemu dziecku tylko dlat.że swoje ma już odchowane a przeszkadza jej zachowanie dzieci ręce opadają
    czy ta "super" ciocia nie pamięta że dzieciom ciężko wytrzymać z dorosłymi kilka godz.na ich zasadach;)
    popłynęłam ale chyba musiałam:))
    pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te przykłady z ich życia faktycznie najlepiej działają. Łapię się, że dorosłym tak samo różne rzeczy tłumaczę, hehehehe, chyba mi weszło w nawyk. Wychodzenie nie jest łatwe, ale uważam, że konieczne. Ja jeszcze często ostrzegam, że wyjdziemy jeśli się np. nie uspokoją, żeby właśnie mieli świadomość, że oni także coś stracą, i że dałam im wybór.
      Z tymi rodzicami na placu zabaw masz sporo racji. Nam się to jednak zdarza przede wszystkim w rodzinie. Często efekt był taki, że przy wszelkich spotkaniach ja pilnowałam grona dzieciaków, a inni się bawili. Nauczyłam się po latach mieć grubą skórę i mówić rodzicom, żeby się zajęli własnymi dziećmi, i mówić też grzecznie, że ja tego robić nie będę. A jakby któraś ciocia dała klapsa mojemu dziecku, to by nas więcej na oczy nie zobaczyła. Nawet mojej mamie tak powiedziałam: że jeśli kiedyś podniesie rękę na moje dziecko, to może od razu uznać, że nie ma wnuka. Nie ma taryfy ulgowej. Ciotki niektóre potrafią być dziwne i np. zwracać uwagę moim dzieciom, a innym pozwalać jednocześnie na wszystko. Dzieciaki od razu widzą ten brak konsekwencji i czują, że są nielubiane, ale wtedy ja mówię im jasno, że reguły są równe dla wszystkich i jeśli jednym wolno, im także wolno. Mówię to głośno, przy danej cioci, która zwykle w tym momencie od razu jakoś łagodnieje ;)

      Usuń
    2. myślę że poruszyłaś temat rzeka;)
      ucierania nosa ciotką popieram bo tak jak piszesz dzieci niekonsekwencję wyłapują w mig:) BRAWO IM ZA TO:)) WSTYDŹMY SIĘ DOROŚLI:/
      bo dlaczego jedne mają czuć się gorzej a inne lepiej s danej sytuacji
      a w rodzinie to już nie wspomnę:/ matki na kłamstwie przyłapujesz gdy ich dziecko przywaliło naszemu x2 łuk brwiowy samo się przyznaje do popełnionego czynu a matka rzecze na to "co głowami się zderzyliście?"
      ręce spodnie i wszystko inne w takiej sytuacji opada;)

      Usuń
    3. Hahaha, teraz mi przypomniałaś, jaki raz kuzynka walnęła J.J.'a w brzuch, a ciocia na pytanie, co się stało, powiedziała, że pies go ugryzł :O Nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać, to był taki absurd! Wszyscy obecni zdębieli.

      Usuń
  4. teraz to mnie rozbawiłaś:) pies powiadasz;) widać i dorosłym pomysłów nie brakuje;) hmm to po co my uczymy te dzieci prawdy mówić skoro sami mamy z tym kłopot:P

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Wasze opinie :)