Pokazywanie postów oznaczonych etykietą STYLE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą STYLE. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 lutego 2018

spring 2018: mix of inspirations


Wiosenne kolekcje wielu marek są już w sprzedaży, do końca marca zobaczymy pewnie wszystkie, ale już teraz wyraźnie widać dominujące trendy. Wybrałam dla Was kilka moich ulubionych: zieleń w soczystych i ciepłych odcieniach, mnóstwo szarości, cieniowań i plam, niebanalnych faktur i tkanin, ale też całkiem klasycznych zestawień z beżem czy czerwienią. Podobają mi się tegoroczne nawiązania do stylu marinistycznego: rozmyte błękity, czerwone paski i zwiewne, swobodne ubrania o koszulowo-garniturowych krojach oraz pomysł tonowania szalonych printów na spodniach czy bluzach czernią lub bielą w pozostałych elementach stroju.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

blue blue sky

Tegoroczne wakacje miały być spokojne i przewidywalne: tydzień nad morzem u taty, tydzień w domu moich rodziców. Dopóki tuż przed wyjazdem nie wpadł nam w ręce katalog Lego, a w nim darmowe wejściówki do Legolandu dla dzieciaków. Kiedy tylko padło hasło "Legoland", nie było już odwrotu. Chłopcy zapalili się do pomysłu i codzienne zarzucali nas pytaniami, kiedy i czy na pewno, a my knuliśmy, co by tu jeszcze przy okazji po drodze zobaczyć, bo że nie chcemy pokonywać całej trasy od razu, było dla nas dość oczywiste - chłopcy są na takim etapie, że cokolwiek by w samochodzie nie robili, sam fakt, że muszą siedzieć, przypięci pasami, mocno ich deprymuje. Po rzuceniu okiem na mapę szybko padło na wyspy: Poel, Sylt i Romo, po których spodziewaliśmy się malowniczych widoków, ciekawych przepraw i... wiatru (wszystko zobaczycie w kolejnych postach). Zanim wyruszyliśmy w tę podróż, spędziliśmy jednak zgodnie z planem kilka dni na zachodnim wybrzeżu Bałtyku, tak bliskim mojemu sercu, i dziś to właśnie stamtąd pokazuję Wam pierwszą część zdjęć. Przepełnionych błękitem i niewyczerpaną, słoneczną energią chłopaków. Mam nadzieję, że nacieszą Wasze oczy.

wtorek, 26 lipca 2016

inspirations for mom everyday look


Im jestem starsza, tym jakoś łatwiej mi przychodzi konsekwentne trzymanie się swojego stylu, także podczas wyprzedaży. Gdybym miała napisać dla Was przewodnik, jak kupować wtedy z głową... cóż, powiedziałabym tylko jedno zdanie: bądź wierna sobie. W dobrze skomponowanej szafie wszystko do siebie pasuje. Pokazuję Wam dziś w zestawach kilkadziesiąt rzeczy - ubrań i dodatków - wszystkie z trwających przecen i wszystkie w moim guście. Kamizelkę z imitacji zamszu, cudownie miękką, białą bawełnianą koszulę oraz skórzane sandały z frędzlami mam już w swojej szafie i były to strzały w ---> 10. A co Wam wpadło w oko? 

wtorek, 6 października 2015

last days of sun

Jedno z pytań, które zadajecie mi najczęściej, brzmi: jak ty to robisz, że łączysz ze sobą tak różne printy, a jednak całość wygląda dobrze i nie ma w tym przesady? Zazwyczaj odpowiadam, że nie wiem, albo że "jakoś tak samo wychodzi", ale właściwie jest jedna niezawodna recepta, by przynajmniej spróbować wprowadzić do dziecięcych strojów trochę tego wzorowego misz-maszu bez ryzykowania, że zamienią się w cyrkowe przebrania: bazą takiego miksu musi być kolor czarny, biały lub szary. Właściwie wszelkie printy na takim tle wyglądają dobrze ze sobą nawzajem. No, oprócz identycznych wzorów na górze i na dole, bo wtedy dziecko będzie wyglądało jak w piżamie ;) Inne kolory można wprowadzać, dopasowując je np. do koloru printu. Czerwona czapka pasuje do pomarańczowo-czerwonych tygrysów z koszulki, a niebieskość lisków z płaszczyka współgra z niebieskościami totemów na spodniach. Nawet jeśli wydaje się Wam, że to niuanse, których na pierwszy rzut oka nie widać, to właśnie dzięki nim odbieracie dane zestawienie jako spójne. One po prostu działają podkorowo. 

Spróbujcie i wysyłajcie mi śmiało najbardziej nawet szalone zestawienia na: ruizpicasso81@gmail.com. W tytule maila wpiszcie MISZMASZ :) Czekam z niecierpliwością. 



czwartek, 1 października 2015

art nearby

Blogerki czy nie, my-mamy często wariujemy na punkcie ciuchów dla dzieci. To wypadkowa tego, że wariujemy na punkcie dzieci w ogóle. Same sobie śrubujemy standardy i wieszamy poprzeczkę często znacznie wyżej niż pozwala na to stan konta. Fajnie, jeśli robimy to, bo faktycznie troszczymy się o to, z czego i w jaki sposób powstała dana rzecz, jakie niesie za sobą wartości, ale mam wrażenie, że dotyczy to zaledwie garstki osób. Reszta po prostu "szpanuje", i to głównie w internetach, bo na co dzień mało która mama zwróci uwagę na metkę, jeśli nią nie dostanie po oczach. Zresztą - bądźmy szczerzy - dzieciom też jest absolutnie wszystko jedno, jaki znaczek mają tu i ówdzie przyszyty. Ba! Najlepiej jak od razu obetniemy metkę, bo uwiera. Prawda? 
Powiecie zaraz: hej, ale u ciebie też pojawia się logo tej czy innej lansiarskiej marki. Tak. I nie będę tego wcale tłumaczyć próbą zbawiania świata. Jeśli mogę kupić coś, co się chłopakom podoba, coś niemal identycznego jak z Bobo czy Mini, to pewnie, że kupię. Ale nie kupię tego, choćby wyglądało kropka w kropkę tak samo, jeśli się nie podoba. I w końcu kupię to Bobo czy Mini, jeśli mogę je mieć za ułamek ceny wyjściowej i jeśli oczywiście mogę sobie na to w danej chwili pozwolić (bo u freelancerów jak ja nigdy nie wiadomo ;)). To wypadkowa blogowania, więc wypadkowa czasu i energii, jaki wkładam w to miejsce. 
Bywa, że wraz z danymi markami u kogoś po prostu "widać pieniądze". I spoko. Czyjaś kasa, czyjeś dziecko - nic nam do tego. Ale czasami widać też bezrefleksyjny, stadni bieg za jakimś must-havem, który wcale nie zawsze jest ładny. Być może jest tak, że wyrobiona marka sprzeda wszystko, także to, co brzydkie. Być może ktoś nie wie, co mu się podoba, nie ma swojego stylu i w naśladownictwie znajduje bezpieczne wyjście. Być może social-media zrobiły nam takie pranie mózgu, że nawet nam się szukać nie chce innych, własnych rozwiązań. Być może. Ale wiecie co? Nie musimy się na to godzić. Nie musimy kupować dla logo, rozpieszczać zamówieniami tych, którzy się nie starają, a już tylko "jadą na opinii", nie musimy mieć tego, co wydaje się, że mają wszyscy i nie musimy wszystkiego obfocić na ten czy inny portal. Nawet jeśli jesteśmy blogerkami.
Sama lubię podpatrywać wszystko to, co jakoby konieczne. I iść w drugą stronę. I wybrać coś innego. Wtedy wiem, że to NASZE i dla NAS. Że robimy SWOJE. Lubię, jak ubranie jest małym dziełem sztuki, albo pełni jeszcze jakąś dodatkową funkcję, coś wyraża, o czymś opowiada, daje pretekst do zabawy, rozmowy. Lubię, jak żyje, a nie tylko wygląda.
A Wy co najbardziej lubicie?



wtorek, 22 września 2015

autumn inspiration

Tegoroczna jesień zapowiada się niebanalnie, pomimo tego, że jak co roku wracają wszystkie odcienie szarości i motywy indiańskie. W propozycjach marek dziecięcych, i tych zagranicznych, i tych polskich, i tych handmade'owych, i tych sieciowych zdecydowanie czuć powiew świeżości, inwencję twórczą, ciekawość odkrywców. Coraz lepsze projekty, grafiki, kroje, coraz więcej jakości - dobrych tkanin i fantastycznych kolorów. Ciepłe barwy można miksować do woli, podobnie jak wzory i style - już nie tylko dlatego, że dzieciom wolno wszystko, ale dlatego, że moda dla nich stała się tak elektryzująca, że ciężko się zdecydować na jeden motyw przewodni. Mój inspiracyjny przegląd dzisiaj jest oczywiście subiektywny - wybrałam te trendy, które podobają mi się najbardziej: miks grafik, artyzm, dziki-zachód, black&white i szarości oraz bordo jako kolor sezonu. Chociaż jestem fanką printów, szalenie podoba mi się też to, że barwy i faktury tkanin zaczynają odgrywać coraz ważniejszą rolę w dziecięcej modzie, że odchodzi się od przekonania, że ubranie bez obrazków jest nudne lub nie dość dziecinne, a głębokie odcienie nie są już zarezerwowane dla starszaków.

Zdjęcia (kolejno): Bobo Choses, Indikidual, Bobo Choses, Wolf&Rita, Noro

środa, 29 października 2014

hit list for The Bear

Dawno już nie było tu notki, poświęconej wyłącznie dobrom materialnym ;) Najwyższa zatem pora to nadrobić. Właściwie wszystkie rzeczy, które chcę dziś pokazać, już Wam gdzieś u nas na pewno mignęły, czy to na zdjęciach z poprzednich postów, czy to na Insta, czy na fanpejdżu (i - co więcej - z pewnością jeszcze nie raz migną). Ale tym razem poświęcę im odrobinę uwagi. 


środa, 10 września 2014

see you, Sea

Dzisiaj dzielę się z Wami ostatnią porcją zdjęć z naszych nadbałtyckich wakacji. Tym samym żegnam się z morzem z taką samą nostalgią jak co roku. Kamienie, muszle, nawet piasek można zabrać ze sobą, ale tego wiatru, szumu i zapachu już nie. A właśnie za tym zawsze tęsknię najbardziej...


wtorek, 9 września 2014

straw hat full of stones

Pytanie, które standardowo pada z ust znajomych/rodziny, kiedy spotykają nas po raz pierwszy od naszego powrotu z wakacji, brzmi: - I jak? Wypoczęliście? 
Nigdy nie wiem, co odpowiedzieć.
Nie, bo biegałam, wstawałam, obsługiwałam i pilnowałam dzieci tak samo jak w domu, z tym że w mniej sprzyjających okolicznościach i na mniej sprzyjającym terytorium. Tak, bo rytm dnia był inny, bo nie byłam z tym sama, nie musiałam przy tym pracować (no, prawie ;)) i ogarniać domu, nie patrzyłam na zegarek. Nie, bo przeczytałam 2 strony książki, a chciałam całą. Choć jedną. Tak, bo świeże nadmorskie powietrze wypełniło mi płuca po brzegi. Nie, bo nie poleżałam na plaży nawet 5 minut. Tak, bo spacerując o świcie z kijkami, sam na sam z morzem i chłodnym piaskiem, czułam się naprawdę zrelaksowana i spokojna.
Wychodzi na to, że właściwie wiem, co odpowiedzieć.
Tylko nie wiem, czy ktoś chciałby takiego wywodu słuchać ;)

A Wy co odpowiadacie?
A może tylko pokazujecie zdjęcia?





niedziela, 24 sierpnia 2014

here come 50 shades of grey

Zrobiło się troszkę chłodniej i chociaż my dopiero teraz mamy wakacje, po takim ukropie jak w tym roku, to dla mnie jednak wyczekiwana odmiana. Tym bardziej, że i ja, i Pan Mąż należymy raczej do typów wędrownych i zanim J.J. poszedł do przedszkola, wczasowaliśmy się wyłącznie we wrześniu. Ponieważ nasz tegoroczny wyjazd zbiegł się w czasie z pojawieniem się nowych, już jesiennych kolekcji i nie bardzo mogę sobie poszaleć na zakupach, zwłaszcza tych on-line (zasięg!!!), oddałam się przyjemności marzenia o mojej ulubionej porze roku i szukania inspiracji.
Jak zawsze nie prezentuję Wam tutaj rzeczy modnych, a po prostu garść najnowszych subiektywnych pomysłów na ubraniowe kompozycje. Szarość urzeka mnie niezmiennie, niemal w każdym swoim odcieniu. Okazuje się, że nawet szare printy na szarych tkaninach mogą wyglądać świetnie. Poza tym te wszystkie niebanalne odcienie różu, pomarańczu, musztardy i czerwieni - na swój sposób folkowe, cudownie klimatyczne. Do ogrzania się przy nich jak przy ognisku. Oczarowały mnie i myślę, że ulegnę im jeszcze bardziej, kiedy liście już spadną z drzew. 
A Wy? Czekacie już na jesień? Na co najbardziej? Jestem pewna, że macie już upatrzone rzeczy dla Waszych maluchów z najnowszych kolekcji. Co kupicie na pewno, co na pewno ominiecie szerokim łukiem, a do czego sobie tylko powzdychacie?

Children of the Tribe

sobota, 26 lipca 2014

mother's brain

Naukowcy odkryli, że mózg matki rośnie w czasie ciąży i po porodzie. Rozwijają się zwłaszcza sfery, odpowiadające za przywiązanie, motywację, uważność i pamięć. Oczywiście dzieje się tak po to, by zwiększyć szanse noworodka na przeżycie. Natura trochę nas oszukuje i za pomocą hormonów oraz innych substancji chemicznych, których produkcja w naszym organizmie wzrasta, mozolnie buduje więź między nami a dzieckiem. Bez tego strach pomyśleć, co byśmy zrobiły z rozwrzeszczanym, obkupkanym i śmierdzącym ulanym mlekiem stworzeniem. Na szczęście u większości z nas ów mądry biologiczny proces przebiega prawidłowo. W dodatku okazało się, że im większą radość czerpiemy z macierzyństwa i im mniej jesteśmy w związku z tym sfrustrowane, tym rozwój naszego mózgu jest większy. Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie ten fakt stanowi doskonałą motywację do... wyluzowania ;) Im mniej się będę stresować, a im bardziej cieszyć z każdego dnia, spędzonego z moimi chłopakami, tym będę mądrzejsza. W każdym razie pojawi się przynajmniej taka możliwość. Bo oczywiście sam rozrost mózgu nie daje gwarancji, że z tej dodatkowej powierzchni skorzystam :P

Ponieważ ten weekend spędzamy na Mazurach, uznałam, że to doskonała okazja do wykorzystania nowo zdobytej wiedzy. Zamierzam się więc chillout'ować i delektować piękną stroną macierzyństwa, a bieganie za łobuzami po pomoście, wyplątywanie ich z wodorostów, napominanie, podcieranie tyłeczków, zapieranie plam z jagód i prośby o minutę ciszy zostawiam Panu Mężowi. Wygląda na to, że już zmądrzałam ;)



wtorek, 24 czerwca 2014

adventure

Nie czuję się jeszcze staro i mam nadzieję, że jestem nie dalej niż w połowie drogi (a nawet bliżej) do wieczności, ale już teraz mogę z całą pewnością powiedzieć, że macierzyństwo to największa PRZYGODA mojego życia. Ekscytująca (a wygrałam dwa teleturnieje telewizyjne!) i mrożąca krew w żyłach (a wchodziłam zimą podczas Halnego na Giewont w... trampkach!). Moi synowie to dla mnie codzienne wyzwanie, próba cierpliwości i siły charakteru, nieograniczone godzinowo praktyki z samokontroli i organizacji. Dwa aktywne wulkany. Fudżi i Wezuwiusz. 
Chociaż czasami to ja wybucham. A raczej zamieniam się w smoka, jak 'mama, która zapomniała'. Wiem, że mogę. Bo ta miłość i tak jest na zawsze. 


































Dziś kilka ostatnich, mocno kolorowych, pełnych energii ubieranek J.J.'a. Właściwie im jest starszy, tym bardziej lubię go w stonowanych barwach, spokojniejszych, poważniejszych zestawach, szarościach i błękitach, ale muszę przyznać, że to właśnie te zestawy - elektryzujące i kontrastowe - najlepiej obrazują jego charakter. Czy raczej charakterek ;)

wtorek, 17 czerwca 2014

J.J. & The Bear in Bergamo/Milan

Nasza ostatnia wycieczka do Włoch trwała prawie dwa tygodnie, była w pełni zorganizowana, odbywała się dzikim pędem i w ogromnym upale. Przywieźliśmy z niej tonę makaronów (część z nich wciąż robi za ozdoby w naszej kuchni), kilka buteleczek oliwy z oliwek, ostrą neapolitańską przyprawę, której nie byliśmy w stanie używać ;), rzymski ser twardy jak kamień i... J.J.'a :P Teraz - starsi o sześć lat, z dwójką dzieci, nieco zmęczeni codziennością - chcieliśmy po prostu odpocząć, wyluzować, rozkoszować się chwilą. Bergamo zamarzyło nam się już dwa lata temu, ale bałam się latać w ciąży, a potem z malutkim Niedźwiadkiem, a potem... cóż, wciąż boję się latać. Na szczęście Pan Mąż nie boi się wcale, więc w chwili grozy mogę sobie pozwolić na to, by zamknąć oczy i liczyć na niego ;) Decyzję podjęliśmy spontanicznie, dosłownie z dnia na dzień. Rezerwujemy lot, hotel, nic nie planujemy. Będzie dobrze i już. 
I było :D
Najpyszniejsze pizze i sery, lemoniada i wino, hotelik w samym środku Citta Alta, szumiąca pod oknami fontanna, temperatury idealne na niespieszne spacery, zachwycające kościoły, zamki, ludzie. Widoki z tarasów i funikularów. Rośliny. Alpy w oddali. Jednolite dachy. To, co widzieliśmy my, to jedno. Ale podróże z dziećmi - sami to wiecie - dają jeszcze inną perspektywę. Pozwalają dostrzec rzeczy wcześniej niezauważane, nieistotne lub traktowane jako oczywiste. 
J.J. był już z nami w Portugalii, ale miał wtedy 2,5 roku i wcale tej wyprawy nie pamięta. Tym razem doświadczał świadomie i bacznie wszystko obserwował. W centrum jego zainteresowań znajdowały się oczywiście wszelkie środki transportu: od samolotu przez pociąg, którym pojechaliśmy do Mediolanu, po funikular, który chciał prowadzić. Przeżywał też Grand Prix oldschool-owych aut i motocykli, ścigających się wokół murów starego miasta. Zajadał się lodami, zapalał setki świeczek we wszystkich kościołach, wsiadał na wszystkie skutery, zainteresował się po raz pierwszy różnicami w kolorze skóry i z ciekawością przyjął moje wyjaśnienia, co było fajną lekcją tolerancji. Kiedy zaś poczuł przychylny klimat, ściągał na siebie uwagę ludzi wokół. A że czuł ten klimat praktycznie cały czas... :)
Muszę przyznać, że początkowo zwracałam mu uwagę, by zachowywał się przyzwoicie. Nawykowo po prostu. Ale po chwili ustępowałam. To była taka miła odmiana. Że na moje głośne, ruchliwe, rozśpiewane, rozbiegane dziecko nikt nie patrzył z pretensją i zniecierpliwieniem, za to wszyscy się do niego uśmiechali, a nawet zachęcali do dalszych psot. Już drugiego dnia naszego włoskiego weekendu i J.J., i Niedźwiadek biegali po mieście boso, chlapali się w kałużach, tańczyli na ulicy, a potem także przed mediolańską katedrą, krzyczeli radośnie i ogólnie rzecz biorąc 'wariowali'. Ktoś coś mówił, że w Polsce jest dzieciokracja?! Jeśli tak, to co powiedzieć o Włoszech?! ;)
Niedźwiadek wszedł już w fazę naśladownictwa, więc dotrzymywał bratu kroku, w ramach swoich możliwości. Zazwyczaj szaleństwa chłopaków mnie wykańczają i obawiałam się, że wrócę z tych miniwakacji bardziej zmęczona niż wypoczęta. Ale tak się nie stało. Udzielił mi się ten luz, ta pełna akceptacja dziecinności dzieciaków i nagle sama poczułam się swobodniej.
Trochę mi brakowało przewodnika, czasami miałam ochotę wrócić do ścisłego planu dnia, ale za chwilę znów doceniałam to, że nam się nie spieszy i niczego nie musimy. Że możemy bez końca odpalać te świeczki, zrobić sobie piknik na skwerku, obejrzeć wyścigi, pokarmić gołębie na placu katedralnym czy potańczyć w kałużach przed Zamkiem Sforzów.
Chyba nie muszę Wam mówić, że było cudownie! ;)  

P.S. Jak pisałam już wczoraj, przepraszam za kaszę na zdjęciach, ale w większej rozdzielczości nie chciały przejść :/ 



środa, 14 maja 2014

being a child

Wszystkie mamy to mają, wiem - wątpliwości wychowawcze i chwile zawahania, czy metoda, którą obrały na pewno jest słuszna, czy służy dziecku i im samym, czy nie trzeba jej po pewnym czasie zweryfikować. Nasi rodzice mieli pod tym względem nieco łatwiej, bo chciane i niechciane przekazy 'na temat' otrzymywali tylko od rodziny i sąsiadów. My jesteśmy bombardowane 'jedynie słusznymi' opcjami postępowania ze wszystkich stron, także z mediów i od ludzi nie tylko nam bliskich, ale i tych mniej lub bardziej obcych. Czy nadmiar wiedzy to zło, jak sądzicie? Bo ja odczuwam faktyczny przesyt informacji lub inny dysonans poznawczy. I czuję się wtedy bardzo, bardzo staroświecka. Ale w ten nostalgiczny sposób. Moje metody też mi się jawią jako takie. Niemodne. Nie w trendach. Bo na przykład Z WYBORU nie posyłam J.J.'a na trylion zajęć dodatkowych. Ma ich tyle w ramach godzin przedszkolnych, że i tak wraca padnięty. Dalsze męczenie go - MOIM ZDANIEM - mijałoby się celem. Ale jeśli kiedyś wyrazi życzenie nauki tańca czy grania na gitarze, chętnie na to przystanę. W ramach możliwości, oczywiście. Póki co woli spędzać czas na dworze, w błocie, w piachu, w kałużach, w wiadrze z wodą, na rowerze, drzewie, desce czy rysując kredą po ulicy. Woli chodzić codziennie na lody. Znosić do domu niezliczone ilości gałęzi. Grać w planszówki. Czytać do snu. Nie ma pojęcia, jak korzystać z komórki czy laptopa. Nigdy nie grał w żadną grę komputerową. Nawet nie wie co to. Telefonem potrafi zrobić zdjęcie, na tym koniec. Na tablecie od święta ogląda filmiki o pociągach lub o Lego. Mnie to pasuje. Sama spędziłam dzieciństwo bez tych wszystkich elektro-'smyczy', na trzepaku i na klatce schodowej, grając we 'Flirty' (pamiętacie?). Z drugiej strony pojawia się we mnie taki lęk, że J.J. potem nie nadąży. Choć nadąży na pewno, bo dzieci szybko łapią 'takie rzeczy', prawda? Wyprowadźcie mnie z błędu, jeśli się mylę. Powiedzcie, że powinnam go z tym całym sprzętem nowej generacji obyć. Nawet jeśli nie chcę. Powiedzcie, że w obecnych czasach, takich szybkich i wymagających, moje wymarzone dla J.J.'a podwórkowe dzikie dzieciństwo to opóźnianie go w rozwoju. Bo ja bym chciała, żeby to był podarunek: ta beztroska, wolność, radość - bo one mogą już później nie wrócić. Bo zanim się oboje - ja i J.J. - obejrzymy, on będzie chodził do szkoły, miał poważne obowiązki, zadania domowe i milion innych zajęć, a podwórko pozostanie tylko wspomnieniem. Lub przyjemnością wakacyjną. To jak? Mylę się?



wtorek, 6 maja 2014

long weekend

Intensywna majówka, pełna ruchu i przyrodniczych zachwytów - tak było w tym roku. Stary dom z zejściem nad Czarną Hańczę i najzdrowsze jedzenie pod słońcem: ryby złowione przez właściciela, dzik przez niego upolowany, kiełbasa zrobiona przez babcię, jajka od kury sąsiada, dżemy z owoców, które w zeszłym roku wyrosły w ogródku, sałata, rzodkiewka, szczypiorek - z małej szklarenki pod płotem, grzyby z okolicznych lasów, miód od lokalnych bartników. J.J. się rozsmakował w tym, czego do tej pory nie ruszał. Pod wpływem tej wyprawy na dziś zażyczył sobie "zupową grzybę" ;) Więc robię.
I te pagórki piękne, łąki i pola, zaorane, zadbane, przeplatające się odcienie zieleni, jak łagodne fale na jeziorze. Małe wysepki lasów i większe ich połacie, wchodzące do wody - do Wigier, do rzeki. I ta cisza, ten spokój, brak pośpiechu. Stąd i zdjęć garstka tylko, bo odkładałam aparat, nie nosiłam go, nie pstrykałam. Delektowałam się! 
Drogi, dróżki, ścieżki, mosty i mosteczki - zachęcające, żeby wjechać, skręcić, zapomnieć. Zapach wiatru i sosen. Dzikiego mchu. 
Wyobrażacie to sobie?
Czujecie?


środa, 2 kwietnia 2014

strong enough

Lubię zgrywać heroskę. Mam taką przypadłość, wiem o niej - i to jest pierwszy stopień do pracy nad sobą, ale fakt, że darzę ją znaczną akceptacją, pracę tę odsuwa na tak zwane 'wieczne nigdy'. Jak pewnie większość z Was pamięta, długo byłam ofiarą i to chyba właśnie tak działa, że jak się nagle poczuje ten power, tę moc w sobie, to ciężko z tego zrezygnować choćby na moment. Bo tak fajnie mieć kontrolę, takie to przyjemne - wszystko wiedzieć, nad wszystkim czuwać i wszystkim sterować. Ehe. Do czasu. 

Moja najbliższa rodzina (rodzice, rodzeństwo, dziadkowie itd.) mieszka 500 kilometrów ode mnie. Podobnie jak większość przyjaciół. Więc choćby tylko z przyczyn geograficznych pomocą służyć nie mogą. Tu, na miejscu zaś chłopaki moje nie posiadają cioć, nawet przyszywanych, które mogłyby się nimi w razie konieczności zająć (jedna z sióstr Pana Męża pracuje, druga - ma półrocznego synka). Nigdy nawet przez 2 minuty nie byli pod opieką niani, ba! nie byli nawet pod opieką pani w placówkach paraprzedszkolnych czy na salach zabaw. Zdarza się, choć niezmiernie rzadko (po części wynika to z mojej decyzji, a po części z tego, że jestem - logicznie - na szarym końcu za córkami, rodzicami i siostrami), że zostają z babcią (mamą Pana Męża), ale nie jest to sytuacja komfortowa. Pomimo całej mojej miłości fajnej synowej do fajnej teściowej nie potrafię zachować wówczas spokoju. Bo mama Pana Męża zrobi w domu wszystko: pranie, prasowanie, podlewanie i podcinanie kwiatków, obiad itd., a chłopaki w tym czasie - samopas. I to mi nie odpowiada. Ale uwagi też zwrócić nie wypada. Bo przecież teściowa pomaga. I jest de facto JEDYNĄ osobą, którą do tej pomocy mam. 

Gdzie jest Pan Mąż spytacie? Ano tam, gdzie większość mężów. W pracy. I chwała mu za to! Dopóki chorują chłopcy i ogarniam w pojedynkę ich terminy wizyt i badań, rozpiskę dawkowania lekarstw, diety, humory, potrzeby i zachcianki od świtu do późnego wieczora (ogarnianie domu, pracy zawodowej w domu oraz - a jakże - rzeczy Pana Męża pominę tu z grzeczności wobec niego milczeniem), sytuacja nie jest lekka, ale do zniesienia. Kiedy choruję ja - zaczyna się dramat. 

Na szczęście ja nie choruję. No, gdzie?! Po części pewnie dlatego, że lubię być heroską. Może też trochę dlatego, że sama sobą doskonale manipuluję (z tytułem magistra retoryki to nietrudne :P). Ehe. Do czasu. Vol.2.

'Ciało zna odpowiedź', taka prawda. Nawet jeśli się sto razy skutecznie oszukam, to ono mi te wszystkie razy przy sto pierwszej próbie wypomni. Przegrzeją się styki, przebierze miarka. I coś, co powinno być zwykłym przeziębieniem, zamieni się nagle w Najgorszą Grypę Świata. I co wtedy? Ano wtedy okazuje się, że 'being a hero sucks'! I to jak! Bo przecież nadal nie mam NIKOGO do pomocy, teściowa pomaga tak jak zawsze, czyli W DOMU, nie PRZY DZIECIACH, chociaż ja zdychająca właśnie PRZY DZIECIACH pomocy potrzebuję, a Pan Mąż jest nadal w pracy. A że jeszcze akurat teraz intensywnie szykuje się do wykładu i opracowuje temat potencjalnego doktoratu, to mu wybitnie NIE PASUJE zwolnienie mnie z obowiązków matki nawet tymi bardzo późnymi wieczorami. Bo skoro dałam radę do tej pory, przez tyle lat... 

Wiecie co? Ma rację.
Nie mogę mieć do nikogo pretensji.
Sama sobie przyznałam status 'bohaterki w swoim domu'.
Chciałam? Mam.

I może piszę teraz w gorączce ;), ale myślę sobie, że to dobrze, że moje mądre ciało upomniało się w końcu o rozsądek, o równowagę. Pora zacząć pracę nad sobą. Teraz. Dziś. Odsłonić swoje słabości. Pokazać je. Przyznać się. Pozwolić sobie.
Lepiej późno niż za późno!


poniedziałek, 24 marca 2014

my little hero

Dziś będzie o ciuchach :) Tak dla odmiany :P
W końcu obok pisania, mądrzenia się, czytania w wannie, oglądania seriali kryminalnych i smażenia naleśników to moje największe hobby. I wcale, ale to wcale nie stoi to w sprzeczności z wyznaniem, które poczyniłam niedawno, że moda coraz mniej mnie obchodzi. Bo moda owszem, ale ciuchy - bardziej. Ich jakość, materiał, z którego są uszyte, ich trwałość, a wreszcie i ogólnie pojęty design. Jestem macaczką - tak samo swoich ubrań, jak i tych dla chłopaków - więc nasze rzeczy muszą być przede wszystkim miękkie. A zaraz potem - perfekcyjnie wykończone. Kiedyś myślałam, że to brzmi snobistycznie, ale po kilku, jeśli nie kilkunastu doświadczeniach z markami, śpiewającymi sobie niemałe kwoty za ubranka, a nie potrafiącymi ich 'doszyć', zmieniłam zdanie. Teraz oglądam niemal każdy szew, by mieć pewność, że za chwilę nie będę spodenek czy bluzki cerować, albo że nie pójdzie oczko, albo że się Niedźwiadek nie zaplącze w nieprzycięte od środka kłębki nitek (zdarzało się!). Odkąd opanowałam sztukę malowania ubranek, kupuję - może paradoksalnie - coraz mniej. Bazy z sieciówek czy sh zastępują mi w znacznej mierze najnowsze kolekcje drogich marek, które podziwiam. Ale ponieważ nie wszystko potrafię odtworzyć, i ponieważ jednak oszczędzam na niektórych pragnieniach (tak sobie wmawiam :P), to od czasu do czasu pozwalam sobie spełnić inne - jak np. to o legginsach i czapce dla Niedźwiadka, które przyjechały do nas aż z Arizony, a których twórczyni okazała się przemiłą dziewczyną, mamą dwójki słodkich dzieciaczków. Albo o bluzie Beau Loves z turkusową maską. Ponieważ od lat już w okolicach wyprzedaży robię zakupy w moim ulubionym butiku I Dream Elephants, nabrałam wreszcie odwagi i zaproponowałam im współpracę (dziękuję, Kasiu, za mobilizację :*).  I tak tę wymarzoną bluzę - nie będę Wam ściemniać - dostaliśmy w prezencie :D

A przy okazji udało mi się wypertraktować dla Was kod zniżkowy. Do końca maja 2014 możecie zrobić zakupy w I Dream Elephants z 15% zniżką, wpisując przy podliczeniu hasło: MALE4SLONIE. Udanego buszowania!

Dziś duuuuuuużo zdjęć, bo nie potrafiłam dokonać między nimi wyboru. Te ubranka, ale też ta pogoda, okoliczności przyrody i przede wszystkim - model ;) No i fakt, że moja zdolna siostra znów mnie wspomogła przy obróbce, więc zdjęcia wyszły bajecznie. Mam nadzieję, że spodobają się i Wam :)

P.S. Zwróćcie też uwagę na czapulę Niedźwiadka. Uznałam, że jej batmański charakter świetnie współgra z maską na bluzie - taka - wiecie - bohaterska całość ;) Co sądzicie?
P.S.1. Moksów nie muszę Wam chyba przedstawiać ;)

P.S.2. AKTUALIZACJA Po zobaczeniu tych zdjęć odezwała się do mnie Christy - twórczyni Sweet Lucy Jack i zaoferowała dla czytelników boga 20% zniżki na zakupy z kodem MBB2014, ważnym do 31 marca. So: have fun! I pamiętajcie, że w Arizonie czas biegnie o 8 godzin wolniej ;)


środa, 12 marca 2014

feels like summer

Pomimo tego, że czeka nas jeszcze kilka tygodni w izolacji, a może właśnie dlatego zaczęłam tęsknić do lata. Tym bardziej, że za oknem taaaaaaaaaaaaaakie słońce. A propos ostatniej motywującej notki: czasami wystarczy się ucieszyć, że słońce mocno i jasno świeci, żeby cały dzień był lepszy, prawda? ;) 
Dziś mam dla Was garść letnich inspiracji. Unisex, choć bardziej jednak chłopięcych. Te zdjęcia i wiele innych możecie sobie podejrzeć na naszym Pintereście. Nie wszystkie są najnowsze, ale moim zdaniem doskonale oddają tendencje w dziecięcej modzie na właściwie już rozpoczęty sezon, a na pewno oddają to, co subiektywnie podoba się mi (nam).
Ponadczasowość, klasyka: paski, beż+szarość, czerń+biel, prostota - to wyznaczniki dobrego look'u. Brzmi nudno, ale nudno być nie musi. Sami popatrzcie:




poniedziałek, 10 marca 2014

follow your dreams

Daje się nam ta ospa we znaki, oj daje, ale przy okazji ten czas w domu, to zmęczenie, ten strach sprawia, że się zmieniam. I to zupełnie inaczej niż mogłabym się sama po sobie spodziewać. Zresztą nie tylko choroba przewartościowuje nasz mały kosmos, ale to ona przede wszystkim pozwala na nowo docenić to, co dzisiaj. 
Bo jeszcze wczoraj po raz pierwszy od zdjęcia szwów po cesarce sięgnęłam po proszki przeciwbólowe. Byłam na skraju wyczerpania, na szarym końcu własnych możliwości fizycznych i psychicznych. Pewnie wyglądałam jak zombie. A dzisiaj zdjęłam z półki bransoletkę z czterolistną koniczyną, którą tato podarował mi na imieniny i założyłam ją. Poszłam na spacer i kupiłam sobie ukochaną Chai Latte. 
Jeszcze wczoraj płakałam razem z Niedźwiadkiem, nie potrafiąc już ulżyć mu w bólu. Nosiłam go, bujałam i tuliłam dwusetną i szóstą godzinę, kąpałam pięć razy dziennie, odkażałam każdą kropeczkę z osobna, zbijałam gorączkę. Jednocześnie wkładając gigantyczny wysiłek w to, żeby krzyczącego i domagającego się mojej uwagi J.J.'a nie zamknąć w jakimś dźwiękoszczelnym pomieszczeniu. 
A dzisiaj całą trójką gotowaliśmy rybę w piaskownicy i oglądaliśmy Grand Prix ciężarówek Wadera z trybun z odwróconej skrzyni po jabłkach. Wieczorem ja i J.J. poszliśmy na spacer, na stację kolejową. Jak kiedyś, kiedy czas wydawał się płynąć wolniej. I jeszcze ten pędzący piętrowy pociąg, który zrobiliśmy po powrocie: ja z Niedźwiadkiem, a Pan Mąż z J.J.-em na barana. Takiego zmęczenia prawie nie czuć. W ogóle już prawie nie czuć zmęczenia.
Jeszcze wczoraj było mi przykro, że to czy tamto. Gniewałam się na kogoś, choć od dawna nie mam w zwyczaju się gniewać. Dziś pytam siebie: co ja mogę? Jeśli nic, szkoda mi na to nerwów. Ale jeśli mogę...
pora zacząć działać!
Są rzeczy, których nie zmienię: nie będę ważna dla kogoś, kto ma inne priorytety, nie cofnę czasu, nie mam wpływu na godziny pracy Pana Męża, nie przeprowadzę się jutro do innego miasta, nie wymyślę lekarstwa na wszystkie wirusy świata, ba! nawet na jeden wirus nie wymyślę. No, trudno.
Ale mogę policzyć do dziesięciu, do stu, do tysiąca, jeśli trzeba, wyjść na dwór i wziąć kilka naprawdę głębokich oddechów (a pachnie wiosną, że ho ho! otumania :)), uspokoić się, poczuć grunt pod stopami, że jestem - tu i teraz, i mam kogoś, kto jest moim priorytetem. Mogę zadzwonić, kiedy zatęsknię. Mogę włożyć więcej starań we wspólną kolację. Chociaż nie mam siły. Ale mam w zanadrzu jaśminową herbatę z amarantusem i nagietkiem, która w szklance rozwinie się w piękny kwiat. Tyle wystarczy, żeby celebrować małe chwile razem. Mogę sobie przypomnieć, że zanim się obejrzę, chłopcy dorosną i pójdą swoimi drogami. Nie będą biegać i krzyczeć, nie będą mnie potrzebować tak jak teraz, nie będę ich nosić aż do bólu łopatek, ani leczyć kolejnych guzów buziakiem i kolorowymi plastrami. Wtedy to, co teraz mnie wykańcza, stanie się tym, o czym pomyślę z największą nostalgią. Więc niech mnie wykańcza! Niech się uzbiera tych wspomnień!
Dzisiaj jest dobre. 
Tyle mogę!
Wy też możecie :)


środa, 5 marca 2014

bears of March

Brązowy to zdecydowanie topkolor Niedźwiadka, co było zresztą do przewidzenia ;) Wiosną i latem będziemy go pewnie uzupełniać jaśniejszymi barwami, ale pozostanie bazą niedźwiadkowej szafy. Niezależnie od tego, co dyktują trendy. Muszę Wam się zresztą z czegoś zwierzyć. Im dłużej 'siedzę w temacie' dziecięcej mody, tym mniej mnie ona obchodzi. Oczywiście śledzę tendencje co do kolorów i wzorów, przeglądam nowe kolekcje, oferty sieciówek itd. Lubię wiedzieć, co jest na topie, lubię oglądać coraz lepsze kampanie, genialne sesje zdjęciowe, inspirujące blogi, wpadać w zachwyt nad tym, jak bardzo się ta mała moda zmienia i jak coraz więcej w niej luzu i zabawy. Sprawia mi to przyjemność, stanowi swego rodzaju pasję, ale nie zmienia faktu, że za modą nie podążam, a może nawet nie nadążam - a co więcej: wcale się nie staram. Po tylu latach zdążyłam już poznać swoje upodobania, które kiedyś odzwierciedlałam w sposobie ubierania J.J.'a, a teraz - raczej Niedźwiadka. Upodobania J.J.'a stały się w międzyczasie niemal niezależnym bytem i mogę z całą pewnością powiedzieć, że i ja, i mój starszak po prostu dobrze wiemy, co nam się podoba i tego się trzymamy. To nasze serca i poczucie estetyki są drogowskazami w modowych wyborach. Oczywiście czasami się w jakimś punkcie spotkają z tym, co proponują sklepy czy media (tak realnie gdzieś muszą się spotkać, bo wiadomo, że dzieci rosną i w końcu przychodzi pora na ciuchowy płodozmian), ale jeśli się nie spotykają - nie sięgamy po to na siłę. I wy znacie mnie już na tyle, by wiedzieć, że raczej tworzę, wymyślam, kombinuję coś innego, niebanalnego, niepowtarzalnego, a przez to jeszcze bardziej naszego. Tak było właśnie z tym kubraczkiem, którego pomysł zrodził się z marzenia, a marzenie to trafiło na podatny grunt i wenę Mabibi. W efekcie powstało prawdziwe cudeńko, którym się za każdym razem tak samo zachwycam i co do którego mam pewność, że nie tylko 'wyraża' Niedźwiadka, ale i na długo mu posłuży.
Spodenki Miszkomaszko wpadły mi w oko już dawno. Chociaż wiedziałam, że muszą być nasze, cierpliwie poczekałam na wyprzedaż. Przyznaję, że robię tak z większością ubrań, które sobie upodobam. Jeśli mam pewność, że coś jest świetnej jakości i że idealnie pasuje do szafy któregoś z moich chłopaków, nie ma dla mnie znaczenia, z którego pochodzi sezonu. A - jak chyba każdy - wolę kupić taniej. Oczywiście istnieje ryzyko, że podczas wyprzedaży już na daną rzecz w odpowiednim rozmiarze nie trafię, ale zdarza mi się to niezwykle rzadko. Bywa za to, że po sezonie jakiś ciuch nie podoba mi się już tak, jak wcześniej i wtedy wiem, że niekupowanie go za 100% ceny było dobrą decyzją, skoro teraz nawet za 50% go nie chcę. Ot, taka filozofia.

A jak Wy podchodzicie do sezonowości w modzie?