czwartek, 12 marca 2015

no!

Zaczął się. Co ja mówię! Rozpętał się na całego: Niedźwiadkowy bunt dwulatka. Na szczęście już się z tym gościem trochę znamy i tym razem nie był dla mnie takim zaskoczeniem, jak przy J.J.'u. Wtedy naprawdę nie miałam pojęcia, co robić i jak sobie radzić z atakami furii (podczas jednego z nich J.J. tak długo tarzał się pod choinką, aż zrzucił z niej wszystkie igły, ale serio: wszystkie! został z niej łysy badyl!). Oczywiście nie stałam się w międzyczasie dobrze zaprogramowanym robotem, moja cierpliwość wciąż ma swoje granice, a nerwy bywają jak lasery z muzeum - najmniejszy ruch i od razu alarm, a jednak mam poczucie, że ogarniam sytuację znacznie lepiej niż za pierwszym razem. Z całą pewnością ma to wpływ fakt, że trzymam się wciąż mocno tego, by tylko (i aż) "kochać i łapać nad przepaścią". Właściwie to nie takie trudne, o ile pamiętam, że Niedźwiadek nie robi mi na złość, tylko uczy się swoich emocji. Tych mniej fajnych. Bo nagle się dowiaduje, czy raczej uświadamia sobie, że jego oczekiwania nie zawsze są spełniane, że istnieją ograniczenia, zakazy, więc czuje gniew, próbuje walczyć, chce wszystko SAM, ale nie potrafi jeszcze kontrolować swoich uczuć. Ba! wielu dorosłych tego nie potrafi! I wielu wścieka się, kiedy nie może zrobić czegoś, na co ma ochotę, nawet jeśli doskonale rozumie DLACZEGO. 
Mimo wszystko to DLACZEGO ma znaczenie. Więc kiedy zabraniam, to od razu tłumaczę powody. Staram się robić to jak najprościej, żeby Niedźwiadek zrozumiał: bo spadniesz i będzie ała, bo zniszczysz i będziesz płakał itp. Z drugiej strony pozwalam mu na fascynację słowem nie! i nadużywanie chcę-chcę (w jego wykonaniu brzmi to jak "szczęście", więc tym trudniej odmówić ;)). Prowokuję go, a potem się z tego razem śmiejemy. W ten sposób powoli zauważa, że to przekomarzanki, taka zabawa, że ma do niej prawo, ale zasady, reguły postępowania są obok - to te, z którymi nie ma żartów. Więc kiedy nie ma śmiechu, on od razu wie, że trafił na granicę swojej wolności. Jak wiecie, jestem wielką zwolenniczką reguł (pamiętacie nasze wierszyki?) - uważam, że zapewniają bezpieczeństwo, ale przede wszystkim dają dziecku poczucie tego bezpieczeństwa. Są ostoją. Zwłaszcza w okresach burzy i naporu.
Specjaliści psychologii rozwojowej powtarzają do znudzenia, że wszelkie bunty, nie tylko dwulatka, są normalnymi i potrzebnymi okresami rozwoju, drogą do samodzielności, do zrozumienia innych, nauki funkcjonowania w społeczeństwie. Teoretycznie więc powinniśmy się z nich jako rodzice cieszyć, a nie panikować. Ale łatwo nie jest. 
Kiedy Niedźwiadek rzuca wszystkim, co ma pod ręką, próbuje termosem zetrzeć kurze z telewizora, zmienia płyty w DVD co 7 minut (aaa!), głośno domaga się spełnienia swoich żądań, natychmiast!, kiedy woła, że teraz Bubu będzie dźwigał miskę z praniem, gotował jajka albo odnosił talerze do zlewu (i oczywiście wrzucał je tam na ślepo, stojąc na palcach), ciężko zachować spokój i... twarz. Wkładam wtedy naprawdę dużo wysiłku w to, żeby się trzymać własnych, sprawdzonych metod. 
Psychologowie mówią też, że dziecku trzeba dać i miłość, i wolność - obie w granicach rozsądku. Pytanie, gdzie się ten rozsądek zaczyna. Bo myślę, że dla każdego trochę gdzie indziej. Dla mnie na przykład tam, gdzie pojawia się ryzyko uszczerbku na ciele lub uszczerbku w domowym dorobku. Więc zabraniam. Wyjaśniam dlaczego. Czekam na furię. Nie ma? Uff. Jest? Przytulam i uspokajam. Ale nie ustępuję. Może zabrzmi to dziwnie, ale myślę, że właśnie w takich chwilach tworzy się więź między rodzicem a dzieckiem, ta najsilniejsza i ta na zawsze - bo jednak w jakiś tam sposób współpracujemy, oddziałujemy na siebie wzajemnie, wypracowujemy coś, stajemy się - bo ja wiem - partnerami (?).
Poza gadaniem do znudzenia i łapaniem nad przepaścią stosuję też tzw. metodę wyboru.
Kiedy tylko mam okazję, pytam: który serek zjesz? ten czy ten? które buty założysz? te czy te? Niedawno przeczytałam, że dzięki tej metodzie de facto nie dajemy dziecku szansy powiedzenia nie. Coś w tym jest, bo na tak postawione pytania, nie można w ten sposób odpowiedzieć. Poniekąd więc trzeba się na coś zgodzić. Z drugiej strony dziecko ma jednak poczucie, że zadziałało samodzielnie, zdecydowało, a jego zdanie jest dla nas ważne. Sprytne, prawda? 
A Wy jak przetrwaliście Sturm und Drang?


poniedziałek, 9 marca 2015

J.J.'s room

Pokój J.J.'a powoli przestaje być przestrzenią małego chłopca, zabawki są wypierane przez inne narzędzia poznawania świata, a kolorystyka dorośleje. Mimo wszystko to wciąż jedno z najbardziej przytulnych i pełnych magii miejsc w naszym domu. Zapraszam Was dziś do J.J.-owego świata. Dajcie się za- lub chociaż oczarować ;)


poniedziałek, 2 marca 2015

FAQ

Odpowiadanie na pytania jest integralną częścią blogowania, to oczywiste. W dużej mierze polega ono przecież na tworzeniu społeczności, czegoś w rodzaju takiego właśnie koła gospodyń wiejskich, gdzie można porozmawiać na interesujące nas tematy, wymienić doświadczeniami, poobierać cebule, zakisić kapustę ;) Czasami jednak zadajecie pytania niełatwe, na które w pierwszej chwili nie wiem, co odpowiedzieć. Bywa, że mnie wręcz zatyka, albo że Wasze pytanie uruchamia serię zamyśleń na dany temat. Bywa, że jedyne, co przychodzi mi do głowy, to tzw. cięta riposta, nie chcę jednak, by ktoś poczuł się zbywany. 
Większości z Was nie znam osobiście, ale chcę zakładać, że nawet te pytania/stwierdzenia podszyte uszczypliwością, wynikają przynajmniej po części z rzeczywistej troski lub dobrze-mi-życzenia. 
Zdecydowałam się zebrać w jednym poście te kwestie, które pojawiają się najczęściej w Waszych mailach, prywatnych wiadomościach oraz w komentarzach i w miarę możliwości zaspokoić Waszą ciekawość.


>> Dlaczego zajmujesz się tylko parentingiem vel. modą dziecięcą? Masz świetne pióro, mogłabyś zrobić karierę, marnujesz się. Inne wersje: powinnaś znowu wydawać własne pismo, było świetne; powinnaś pracować jako stylistka przy sesjach do magazynów; powinnaś być dziecięcym personal shopperem i pomagać rodzicom, którzy nie mają pojęcia, jak ubrać dziecko itp. Na pewno byś się zrealizowała. 

Mogłabym odpowiedzieć po prostu: bo to lubię! Ale to pewnie za mało ;) 
Też uważam, że pismo było świetne i wspominam je z przyjemną nostalgią, ale to już zamknięty rozdział. Porwałam się z motyką na słońce, co było wspaniałą przygodą, ale musiałam ją zakończyć. Skończył mi się czas, możliwości i pieniądze. Nie mam jednak poczucia, że zmarnowałam okazję. Wręcz przeciwnie: wykorzystałam ją, kiedy była. Potem się już nie powtórzyła. I tyle.
Nie zarzekam się, że już nigdy nie będę prowadzić podobnego magazynu, nie mówię "nie" sesjom do tego typu pism, nie odrzucę oferty rodzica w potrzebie, ale póki co ich nie było. Może się pojawią, może nie. Nie jest to coś, o czym myślę na co dzień. Nie jest to coś, o czym w ogóle myślę, dopóki ktoś mnie o to nie zapyta. Dlaczego? Bo mam co robić. Bo jestem często zajęta tak, że nie nadążam. Bo właśnie się realizuję :)
Wiem, że mam świetne pióro. Zarabiam pisaniem. 
Blog to tylko jedno z wielu miejsc, w których się wyżywam językowo.
Cieszę się, że to pióro doceniacie.

>> Podobno pracujesz w zawodzie (jako dziennikarka, tak?), więc kiedy znajdujesz jeszcze czas na blogowanie/dzieci/dom/męża? 

Tak, pracuję jako dziennikarka. Ponieważ jestem freelancerem, raz mam mniej, a raz więcej zleceń. Jak każdy, staram się znaleźć złoty środek, ale nie każdego dnia jest to możliwe. Czasami więcej piszę, a mniej sprzątam i gotuję. Czasami dzieci bawią się same, kiedy ja pracuję. Kiedy jednak nie dają rady beze mnie, nawet bardziej doceniam tę formę pracy, bo mogę być z nimi w 100%, a narobić zlecenie w nocy. Nie mam problemu z tym, żeby posprzątać raz w tygodniu lub zrobić na obiad tylko szybką zupę z przecieru od teściowej. Jeśli nie mam czasu lub padam na pysk, mogę też zamówić pizzę. Nie odczuwam z tego powodu szczególnych wyrzutów sumienia. Szanuję uczucia i potrzeby członków mojej rodziny, i tak samo traktuję też siebie. Jak nie mam czasu na blogowanie, to jest mnie tu mniej. Nie zawsze da się to wszystko idealnie pogodzić czy rozplanować, ale zawsze trzeba wiedzieć, co jest priorytetem.

>> Twój mąż musi być strasznie bogaty, skoro tyle wydajecie na ciuchy. Nie ma do ciebie pretensji, że przepuszczasz jego pieniądze? Nie wolicie oszczędzić na dom albo edukację?

Na tak postawione pytania zwykle nie mam ochoty odpowiadać, bo uważam, że są niegrzeczne. Nie widzę żadnej słusznej motywacji w zaglądaniu komuś do portfela, ale wiem, że ludzie strasznie to lubią. To, na co oszczędzamy, a na co nie, to nasza prywatna sprawa. Podobnie jak wszelkie decyzje, dotyczące edukacji chłopaków. Z całą pewnością więc nie będę się tym dzielić publicznie. Mogę jednak powiedzieć, że Pan Mąż nie ma pretensji, bo jeszcze nigdy - a jesteśmy razem kilkanaście lat - nie zdarzyło mi się przepuścić jego pieniędzy. Jeśli przepuszczam, to tylko swoje. Ergo: nie musi być bogaty, bo to nie on kupuje te ciuchy ;)
   
>> Czy firmy same się do ciebie zgłaszają, czy prosisz o ciuchy? Jak często dostajecie rzeczy? Jak to osiągnąć?

To tak a propos poprzedniego pytania i tych niebotycznych kwot, jakie wydaję na ciuchy chłopaków ;) Tak, firmy się do mnie zgłaszają. Tak, bywa, że sama się zgłaszam z ofertą do jakiejś marki, której produkty bardzo mi się podobają. Kiedyś miałam z tym problem i nie potrafiłam się przełamać. Ale serio? Nie dostaję niczego za darmo. Dostaję rzeczy dla chłopaków w zamian za mój i ich czas, za zdjęcia, za wizerunek, za reklamę. Nie mam pojęcia, jak to osiągnąć i chyba nie jestem właściwą adresatką tego pytania. Myślę, że trzeba o to spytać lepszych. Chociaż jestem niemal pewna, że powiedzą to samo: być sobą, robić swoje, przykładać się do tego i być cierpliwym. No, chyba że ktoś miał inny sposób. Jakąś drogę na skróty ;) 

>> Co jeśli produkt, który testujecie, okazuje się beznadziejny?

Bardzo rzadko testujemy produkty. Na palcach jednej ręki mogę takie sytuacje policzyć. Zazwyczaj w ramach współpracy produkty wybieramy, więc ryzyko beznadziejności spada właściwie do zera. Myślę, że gdybyśmy kiedyś dostali coś, co by mnie rozczarowało, po prostu bym to odesłała i podziękowała za współpracę. No, chyba że byłoby to coś do jedzenia ;)
 
>> Jak dużo czasu poświęcasz modzie dziecięcej, nowinkom? Skąd wiesz, co w trawie piszczy?

Hmm, pewnie dużo, obiektywnie rzecz biorąc. Ale dzieje się to w dużej mierze "przy okazji" innych zajęć. Prawie niezauważalnie, przynajmniej dla mnie, bo nie wiem, jak dla otoczenia. Po prostu widzę, zwracam uwagę, inspiruję się, czasami sprawdzam ulubione strony i sklepy. Wydaje mi się, że średnio wiem, co piszczy. Znam tylko swój ogródek.
 
>> Czy J.J. się nie buntuje, czy lubi pozowanie, czy lubi się przebierać?

J.J. nie pozuje i się nie przebiera. Niedźwiadek zresztą też nie ;) Kiedy bierze udział w sesji, jako model, wtedy tak, ale nie kiedy ja robię zdjęcia. Czy lubi? Różnie. Raz tak, raz nie. Jak nie, to trudno. Czy się buntuje? Nie wiem. Buntuje się w wielu sytuacjach, bo nie jest szczególnie kompromisowy, a i ja mocno obstaję przy swoim, ale akurat w kwestii zdjęć jakoś się dogadujemy. Kiedy nie ma ochoty - cóż, wtedy nie ma zdjęć. Można próbować go przekupić, ale nie radzę. Przekupiony fatalnie wychodzi na zdjęciach.

>> Czy nie boisz się upubliczniać wizerunku dzieci? Nie boisz się, że będą miały kiedyś pretensje?
 
Boję się. Mniej więcej tak samo, jak jeżdżenia z nimi na rowerze albo pływania w jeziorze. Albo spacerów bez wózka. Jestem świadoma ryzyka i staram się je minimalizować. Ale nie zamykam ich z tego powodu w domu. Poza tym skala tego upubliczniania jest nikła. Nie są dziecięcymi gwiazdami, ani celebrytami. Nie znacie nawet ich nazwiska ;) 
Nie boję się o pretensje. Uważam na to, co piszę i co pokazuję. Nigdy nie są to rzeczy ośmieszające czy brzydkie. Raczej takie, z których można być dumnym.

>> Dlaczego tak rzadko polecasz książki/zabawki/miejsca... ?

Zdarza się, że polecam, ale nie robię tego często, bo... ten blog ma z założenia inną specjalizację. Wyjątki od reguły są fajne i urozmaicają, a książki/zabawki/miejsca także nabierają wtedy pewnego rodzaju szczególności. Nie wzbraniam się przed prezentowaniem ich, po prostu robię to z umiarem i tak, by nie zgubić tego, co jest w centrum moich zainteresowań.  

>> Jak ty to robisz, że jesteś taka spokojna? vel. Podziwiam twój spokój.

To chyba moje ulubione z Waszych pytań. Jest takie... abstrakcyjne :) Nie jestem spokojna. Jestem szczęśliwa, silna i pewna swoich przekonań, stąd pewnie tworzę wokół siebie jakieś złudzenie spokoju, ale uwierzcie mi na słowo: nie jestem spokojna. Bywam furiatką. Potrafię zamienić się w smoka, jak "mama, która zapomniała". Krzyczę, wyrzucam za drzwi zabawki i każę dzieciom kategorycznie, by były cicho (działa ok. 27 sekund, maks). Nie ma czego podziwiać ;)

P.S. Pytania? :D



czwartek, 19 lutego 2015

retouching

Pokażcie mi ten idealny świat, ten blog, który pieje nad wszystkim z zachwytu i lśni czystością nawet pod łóżkami. Pokażcie mi, bo ja tego cholera nie widzę. Nie dostrzegam tych wypindrzonych matek, wypoczętych i wyperfumowanych, o których się tyle mówi, że jakoby wpędzają pozostałe grono we frustrację. Gdzie one są?! Serio pytam. Wy je znacie? Widziałyście na własne oczy taki wymuskany, błyszczący jak wybielone zęby blog albo taki czyjś real life? Zamieście link, adres, nazwisko - niech i ja zobaczę.
Ale jak blog, to taki z słodkopierdzącą treścią mi pokażcie. Bo ładne zdjęcia to chyba nie wszystko...
W każdym razie, kiedy WIDZĘ rzeczy równo ułożone na półce, WIEM, że na tym zdjęciu jest tylko jakiś wycinek rzeczywistości albo uchwycona chwila pomiędzy jednym pierdzielnikiem a drugim, bo na przykład dzieci akurat zasnęły. Albo ta półka jest naprawdę wysoko, a grzdyle dopiero raczkują. Żeby tego nie rozumieć, trzeba nie być matką lub... wierzyć w bajki, co jest - no, sorry - głupotą. Czy naprawdę, by być wiarygodna, muszę fotografować bałagan, plamy i kurz, sklejone śpiochami rzęsy i pomalowaną ścianę? A może mam wyciągać dyktafon lub nagrywać i publikować filmiki z ataków histerii i prób wymuszeń? Dzielić się każdym "kurwa" J.J.'a, żebyście mieli pewność, że nie piszę postów z wyimaginowanego świata i żeby nie być posądzana o tworzenie nierealnej wizji, która się dobrze sprzedaje? 
Tylko po chu* mi takie zdjęcia? 
Przecież nie na pamiątkę.

***
Mam świetnych synów i jestem z nich dumna. Wyrzucam ich w myślach drzwiami i oknami po kilka razy dziennie, ale w niczym to nie umniejsza mojej macierzyńskiej miłości. Poza tym przez wiele lat ciężko pracowałam nad sobą, żeby dziś czuć się szczęśliwa i silna, niezależnie od sytuacji. Potrafię to i uważam to za swój sukces. Mam się tego wstydzić? Mam za to przepraszać? Bo jak próbuję się z Wami dzielić sposobami na osiągnięcie takiego stanu, to cześć odbiorców (mam nadzieję, że raczej przypadkowych) zamiast spróbować, wziąć się w garść i wziąć się za swoje myśli, woli mówić, że bzdury opowiadam, udaję i opisuję utopię. Gdzie? W którym miejscu opisałam utopię (pomijam, że po co ona komu - wiemy, jak się ta historia skończyła)? TU? TU? A może TU? Czy TU

***
Prawdziwość i szczerość w internecie to temat trudny, bo nawet jak się chce, to nigdy nie będzie ich 100%. Nie ma takiej opcji. Możemy się tylko starać pisać to, co czujemy, jak najwiarygodniej opisać, ale już na etapie doboru słów zaczyna się przecież kreacja. W mniejszym lub większym stopniu.
I wiecie co? Mamy do tego prawo. Do prezentowania swojego kawałka podłogi w takim świetle, w jakim chcemy, jaki jest nam najbliższy. Oczywiście, jeśli potrzebujemy porządnie go wyretuszować, to problem pewnie jest głębszy i wymagałby refleksji lub interwencji specjalisty, ale w większości przypadków ta autoprezentacja nie wykracza poza takie porządki "z grubsza", jakie robimy także w naszym domu przed przyjazdem gości. Podstawy kurtuazji sprawią, że rozsypane po podłodze puzzle zgarniemy pod dywan, a okruchy ze stołu wrzucimy do zlewu. I co? Czy to oznacza, że oszukujemy swoich gości? Bo nie pokazujemy im prawdziwego stanu naszego domu, nie przewijamy im dziecka pod nosem, nie dłubiemy przy nich w nosie. Może powinniśmy, prawda? Po co nam te ugrzecznione maski? Kultura jest narzędziem marketingu, a marketing to manipulacja! A fe!

***
Paranoja polega na tym, że dajemy się zwariować temu odidealnianiu, tej jakoby szczerości, a jest to przecież zjawisko równie mityczne jak znienawidzony perfekcjonizm. Te kiepskie (niby we własnym mniemaniu) matki, zmęczone, wnerwione, rzucające bluzgami, leniwe, płaczące po kątach - one także nie są prawdziwe, choć się takimi mianują. Dlaczego? Bo one także są takie na chwilę, nie non stop. Uwierzcie mi: gdyby były takie non stop, żadna by słowem o tym nie wspomniała. Bo taki stan permanentny to albo depresja i wtedy nie ma także sił na pisanie, albo... patologia. Po prostu.  
  
***
Apeluję więc: czytajcie, nie tylko patrzcie, a jak patrzycie, to z szeroko otwartymi oczami, także tymi wewnętrznymi. Z empatią. Z matczyną perspektywą. I pamiętajcie, że nie tylko ludzie się dzielą na tych, którzy widzą szklankę do połowy pustą lub do połowy pełną. Tak samo dzielą się nasze dni. A czasami nawet nasze godziny. 

 
Dziś pokazuję Wam moich roześmianych chłopaków. Bo tacy właśnie są. I to chciałam uchwycić. Robiłam te zdjęcia zaraz po ich chorobie. Po. Nie w trakcie. W trakcie pisałam do kilku firm: "dzień dobry, dziękuję za propozycję, ale nie damy rady, przepraszam". Miałam ręce i głowę zajęte zupełnie czymś innym. Na zdjęciach nie zobaczycie tego, co przeżywaliśmy od kilku tygodni w związku z dziwnymi objawami u J.J.'a i naszego smutku, gdy zapadła decyzja o konieczności włączenia mu leku na astmę. Bo nie noszę po przychodniach aparatu. Bo nie ten trudny czas, ten lęk jest dla mnie wspomnieniem, wartym uwiecznienia - on się i tak wryje w pamięć, i tak zrobi swoje, może czegoś nauczy - ale właśnie te momenty, kiedy się chichrają, udając duchy, kiedy biegają jak wariaci lub urządzają na naszej ulicy posterunek straży miejskiej (tak, tak, ze skrzyni i poduszki). 
Mam w dupie, czy to idealizowanie. Zwyczajnie lubię te zdjęcia. 



wtorek, 17 lutego 2015

eyes on boys

Po wczorajszym poście Julii nie mogę przestać myśleć o różnicach w przebywaniu, wychowywaniu, rozumieniu chłopca i dziewczynki. Co ja tam wiem. Miałam szczęście. Marzyłam o synach i mam synów. Każda z nas ma jakieś preferencje, choć często się oszukujemy, że tak nie jest, wstydzimy się tego, mamy wyrzuty sumienia, sądzimy, że może trochę nie wypada, bo to przecież dar. I po pierwsze zdrowe. Ale to się wcale nie wyklucza, ani też - co chyba najważniejsze - wcale nie umniejsza miłości, którą obdarzamy nasze dziecko. Bo kochać będziemy równie mocno, niezależnie od wcześniejszych oczekiwań. Matki po prostu tak mają.
Kochają i już.
Ale też marzą i już.
Jeśli mnie zapytacie, dlaczego nie wolałam dziewczynki, nie będę znała odpowiedzi. Może dlatego, że długo miałam samych braci i kuzynów, a na podwórku, w przedszkolu, w szkole - trzymałam z chłopakami, bo wydawali mi się ciekawszym towarzystwem. To oni łazili po drzewach, łobuzowali i łamali zasady. Też tak chciałam, więc też tak robiłam. Może się obawiałam, że nie potrafiłabym wychować grzecznej dziewczynki, a przecież wpaja się nam kulturowo, że dziewczynki właśnie takie być powinny. Może bałam się tych wszystkich wróżek, kucyków i różowych króliczków, których "nie czułam". Hehehe, przerobiłam to wszystko i z chłopcem, myśląc że mam za swoje, i że mi się należało. 
Teraz byłabym psychicznie gotowa na dziewczynkę. Moje marzenia już się spełniły, więc z chęcią dałabym się życiu zaskoczyć. A mimo to, kiedy słyszę, jak babcia męża mówi: "No, MUSICIE się teraz postarać o córkę, bo tylko z dziewczyny jest pożytek i pociecha", to krew się we mnie burzy! To nieprawda, że chłopcy - późniejsi mężczyźni - mniej kochają, są mniej wrażliwi czy wyprowadzają się z domu na drugi koniec świata. Mają trudniej w kwestiach emocjonalnych, ale już nasza-kobiet w tym głowa, by im pomóc, wesprzeć, poprowadzić. Może bardziej ich nosi, lubią ryzyko, przygody i odkrywanie świata, choćby tego za górami, lasami i morzami, ale lubią też mieć port, do którego się wraca, ciepły dom, ciepły posiłek i wyrozumiałą miłość, która nie zniewala. 
Czy to ich różni, czy jednak łączy z kobietami? 
Moja prababcia miała dwóch synów. Po śmierci męża zrezygnowała z własnego życia, poddała się, ale oni - jej synowie - nigdy. Mój dziadek i jego brat nosi swoją mamę na rękach do łazienki, kąpali ją, gotowali jej, opowiadali historie, pokazywali zdjęcia. Czasami klęli pod nosem, że wydziwia, ale nawet na chwilę, przez wiele lat, nie przestali się nią opiekować. Jednocześnie przecież pracując i troszcząc się o swoje żony, dzieci i wnuki. 
Mój drugi dziadek nigdy nie zapominał o czyimś święcie. Zawsze dzwonił z życzeniami. Do mnie dzwonił przynajmniej raz w tygodniu. Pytał, co słychać. Często mówił, że kocha. Nie miał z tym żadnego problemu. Mówił to także mojej babci. Do końca ich wspólnych dni. A kiedy odeszła, mówił to do jej zdjęcia i pocieszał ją, że wkrótce znów się zobaczą, że będzie się nią opiekował, jak zawsze. Ten dziadek wychodził po mnie na pociąg, nawet jak już studiowałam, kruszył pieczywo, żeby łatwiej karmiło mi się łabędzie i stał w kolejce po moje ulubione mięsko. 
Chcę wychować moich synów na takich właśnie mężczyzn jak moi dziadkowie. Taki mam plan. Czy mi się uda, czas pokaże. Ale już teraz wiem, że to możliwe.