Badania kontrolne i testy - od tego się pewnie jako matka wcześniaka nigdy nie uwolnię. Tak samo jak od strachu o to, że jakieś zaburzenie wróci jak bumerang, że coś się nagle ujawni z niespodziewaną siłą, bo przecież to, że J.J. jest właściwie zdrowy, to cud, a cuda pryskają jak bańki mydlane. Z drugiej strony ten strach to normalna cecha każdej matki, także tej, której dziecko urodziło się w terminie i nigdy poważnie nie chorowało. Oznacza po prostu, że kochamy i - przynajmniej potencjalnie - jesteśmy gotowe chronić nasze dziecko przed ewentualnym niebezpieczeństwem. Dawno temu zdecydowałam, że nie chcę, by mój strach był większy od strachu innych matek, by odbierał mi radość z bycia mamą, a J.J.-owi utrudniał beztroskę i żywiołowe dzieciństwo.
wtorek, 20 października 2015
wtorek, 6 października 2015
last days of sun
Jedno z pytań, które zadajecie mi najczęściej, brzmi: jak ty to robisz, że łączysz ze sobą tak różne printy, a jednak całość wygląda dobrze i nie ma w tym przesady? Zazwyczaj odpowiadam, że nie wiem, albo że "jakoś tak samo wychodzi", ale właściwie jest jedna niezawodna recepta, by przynajmniej spróbować wprowadzić do dziecięcych strojów trochę tego wzorowego misz-maszu bez ryzykowania, że zamienią się w cyrkowe przebrania: bazą takiego miksu musi być kolor czarny, biały lub szary. Właściwie wszelkie printy na takim tle wyglądają dobrze ze sobą nawzajem. No, oprócz identycznych wzorów na górze i na dole, bo wtedy dziecko będzie wyglądało jak w piżamie ;) Inne kolory można wprowadzać, dopasowując je np. do koloru printu. Czerwona czapka pasuje do pomarańczowo-czerwonych tygrysów z koszulki, a niebieskość lisków z płaszczyka współgra z niebieskościami totemów na spodniach. Nawet jeśli wydaje się Wam, że to niuanse, których na pierwszy rzut oka nie widać, to właśnie dzięki nim odbieracie dane zestawienie jako spójne. One po prostu działają podkorowo.
Spróbujcie i wysyłajcie mi śmiało najbardziej nawet szalone zestawienia na: ruizpicasso81@gmail.com. W tytule maila wpiszcie MISZMASZ :) Czekam z niecierpliwością.
czwartek, 1 października 2015
art nearby
Blogerki czy nie, my-mamy często wariujemy na punkcie ciuchów dla dzieci. To wypadkowa tego, że wariujemy na punkcie dzieci w ogóle. Same sobie śrubujemy standardy i wieszamy poprzeczkę często znacznie wyżej niż pozwala na to stan konta. Fajnie, jeśli robimy to, bo faktycznie troszczymy się o to, z czego i w jaki sposób powstała dana rzecz, jakie niesie za sobą wartości, ale mam wrażenie, że dotyczy to zaledwie garstki osób. Reszta po prostu "szpanuje", i to głównie w internetach, bo na co dzień mało która mama zwróci uwagę na metkę, jeśli nią nie dostanie po oczach. Zresztą - bądźmy szczerzy - dzieciom też jest absolutnie wszystko jedno, jaki znaczek mają tu i ówdzie przyszyty. Ba! Najlepiej jak od razu obetniemy metkę, bo uwiera. Prawda?
Powiecie zaraz: hej, ale u ciebie też pojawia się logo tej czy innej lansiarskiej marki. Tak. I nie będę tego wcale tłumaczyć próbą zbawiania świata. Jeśli mogę kupić coś, co się chłopakom podoba, coś niemal identycznego jak z Bobo czy Mini, to pewnie, że kupię. Ale nie kupię tego, choćby wyglądało kropka w kropkę tak samo, jeśli się nie podoba. I w końcu kupię to Bobo czy Mini, jeśli mogę je mieć za ułamek ceny wyjściowej i jeśli oczywiście mogę sobie na to w danej chwili pozwolić (bo u freelancerów jak ja nigdy nie wiadomo ;)). To wypadkowa blogowania, więc wypadkowa czasu i energii, jaki wkładam w to miejsce.
Bywa, że wraz z danymi markami u kogoś po prostu "widać pieniądze". I spoko. Czyjaś kasa, czyjeś dziecko - nic nam do tego. Ale czasami widać też bezrefleksyjny, stadni bieg za jakimś must-havem, który wcale nie zawsze jest ładny. Być może jest tak, że wyrobiona marka sprzeda wszystko, także to, co brzydkie. Być może ktoś nie wie, co mu się podoba, nie ma swojego stylu i w naśladownictwie znajduje bezpieczne wyjście. Być może social-media zrobiły nam takie pranie mózgu, że nawet nam się szukać nie chce innych, własnych rozwiązań. Być może. Ale wiecie co? Nie musimy się na to godzić. Nie musimy kupować dla logo, rozpieszczać zamówieniami tych, którzy się nie starają, a już tylko "jadą na opinii", nie musimy mieć tego, co wydaje się, że mają wszyscy i nie musimy wszystkiego obfocić na ten czy inny portal. Nawet jeśli jesteśmy blogerkami.
Sama lubię podpatrywać wszystko to, co jakoby konieczne. I iść w drugą stronę. I wybrać coś innego. Wtedy wiem, że to NASZE i dla NAS. Że robimy SWOJE. Lubię, jak ubranie jest małym dziełem sztuki, albo pełni jeszcze jakąś dodatkową funkcję, coś wyraża, o czymś opowiada, daje pretekst do zabawy, rozmowy. Lubię, jak żyje, a nie tylko wygląda.
A Wy co najbardziej lubicie?
Sama lubię podpatrywać wszystko to, co jakoby konieczne. I iść w drugą stronę. I wybrać coś innego. Wtedy wiem, że to NASZE i dla NAS. Że robimy SWOJE. Lubię, jak ubranie jest małym dziełem sztuki, albo pełni jeszcze jakąś dodatkową funkcję, coś wyraża, o czymś opowiada, daje pretekst do zabawy, rozmowy. Lubię, jak żyje, a nie tylko wygląda.
A Wy co najbardziej lubicie?
poniedziałek, 28 września 2015
boys vs. girls
- Ja to już chyba jestem odporna na wszelkie świństwa. Robale, kupy, kościotrupy. Nawet nie wiem, kiedy przestało mnie to obrzydzać - powiedziała niedawno moja znajoma, mama trzech chłopaków.
- Bycie mamą chłopca to stan umysłu - wyrwało mi się w odpowiedzi. Było już za późno, żeby
się ugryźć w język, a przecież mogłam kogoś urazić.
Ale nie! Ku mojemu zaskoczeniu inne obecne mamy też... przytaknęły z zapałem. No, i zaczęła się dyskusja, porównywanie i uświadamianie się wzajemnie w kwestiach różnic. Opowieści o tym, jak to dziewczynki wchodzą nagle w okres różowy, a chłopcy... w czarny, jak to dziewczynki się myją, a chłopcy... tylko kąpią, one strzelają focha, oni się biją, one odrabiają lekcje zaraz po powrocie ze szkoły, oni - tuż przed snem, z jednym okiem już zamkniętym, one biorą nas na swoją słodycz, oni - na litość. A wszystko to dzieje się niezależnie od naszej woli (również tej dobrej) i planów. Te różnice po prostu są w pakiecie, choćbyśmy chciały z nimi walczyć. Na przykład mając dzieci różnych płci. Możemy stawać na rzęsach - nie zmienimy nic. Na początku, w ciąży, a może i wcześniej próbujemy się oszukiwać: wmawiać sobie, że nie mamy preferencji, że nam obojętne, a potem, gdy maluch jest z nami, że unikniemy kształtowania go w ramach stereotypowych ról. Ha! Jeśli uda nam się wychować małego człowieka bez uprzedzeń, który będzie szanował i równo traktował obie płcie - to już jest ogromny sukces i możemy sobie pogratulować. Ale nie ma mocnych na to, żeby chłopiec nie był choć raz bohaterem, a dziewczynka księżniczką. Nie zmieni tego żadna poprawność polityczna. Tak jak tego, że zawsze mamy preferencje, co wynika po prostu z tego, że w pewnych dziedzinach czujemy się mocniejsze niż w innych, a w otoczeniu jednej płci odnajdujemy się lepiej niż tej drugiej. Ja na przykład wychowywałam się z chłopcami, kuzynami i ich kolegami, z braćmi, miałam też niemal samych przyjaciół (nie przyjaciółki), łaziłam po drzewach, trzepakach, grałam w piłkę i przesiadywałam w garażu, bawiłam się resorakami, jeździłam na ryby, biłam się zamiast strzelać fochy. Nie potrafię sobie wyobrazić, że wychowuję dziewczęcą dziewczynkę, co jednak wcale nie znaczy, że nie dałabym rady tego zrobić. To tylko lęk przed nieznanym terytorium. Coś zupełnie normalnego. Zresztą nawet mimo tego, że poniekąd spodziewałam się chłopców, oni również potrafią mnie zaskoczyć. Nie tylko tym, jak bardzo stalowe muszą być moje nerwy, żebym nie padła na zawał podczas kolejnych akrobacji, ale także tym, jak bardzo potrafią być wrażliwi lub uważni na innych ludzi.
Bo dzieci - niezależnie od płci - są dla nas zawsze niespodzianką i wyzwaniem.
piątek, 25 września 2015
both sides
Chcemy, żeby miłość do dzieci usprawiedliwiała wszystko. Ale... nie usprawiedliwia. Żadna metoda wychowawcza czy szumnie brzmiące idee nie dają nam zielonego światła na brak szacunku wobec tych, którzy wychowują i okazują tę miłość inaczej, nie daje nam też prawa, by przyzwalać na krzywdę innych. Wręcz odwrotnie: ta bezgraniczna miłość do dzieci powinna nam podpowiadać, gdzie postawić granice.
Tymczasem otwieram oczy ze zdziwienia, czytając licytowanie się rzeszy kobiet, która z nich jest gorszą matką - bo nawet jeśli odbywa się to w formie żartu, czuję, że to za dużo. Do tego lajki i przyklaskiwanie. Dlaczego nam się to podoba, a licytacje na skuteczne metody wychowawcze traktujemy już jak czcze przechwałki albo wtykanie nosa w nie swoje sprawy?
Dlaczego domagamy się tolerancji dla naszych poglądów, a innych bez chwili refleksji wdeptujemy w ziemię za to, że śmiali się od nas różnić?
Dlaczego nam wolno, a im nie?
Czy to przypadek, że najbardziej agresywne słownie są te mamy, które nazywają siebie bliskościowymi?
Sama jestem zwolenniczką idei RB, mam z nimi bardzo po drodze, ale empatia wobec własnego dziecka nie czyni mnie ślepą i głuchą na innych ludzi. Jeśli potrzeby J.J.'a są w konflikcie z potrzebami innych, możemy to przegadać dopiero wtedy, kiedy tych innych uszanuje, nie wcześniej.
Więc jeśli musi akurat dać publicznie upust swoim emocjom, pierwszą rzeczą, którą robię, jest znalezienie ustronnego miejsca, w którym będzie się mógł wyżyć, a potem uspokoić, jednocześnie jego zachowanie nie będzie nikomu przeszkadzać. To komfort psychiczny także dla mnie, i dla niego. Nie widzę zresztą powodu, by grono obcych ponosiło konsekwencje jego nastrojów. Sama też wcale nie chcę i nie lubię być zmuszana do znoszenia humorów czyichś dzieci. No, sorry, jestem odrębnym człowiekiem i mam swoje potrzeby. Pewnie, że jako mama mogę w pierwszym odruchu strzelić focha na panią, która nie stara się zrozumieć mojego dziecka, ale muszę pamiętać, że ta pani nie ma obowiązku go rozumieć. Po prostu! Ponadto moje okazywanie wsparcia dziecku może się śmiało odbywać bez świadków. Chyba, że potrzebuję publiki, ale wtedy to już problem innej natury.
Tymczasem otwieram oczy ze zdziwienia, czytając licytowanie się rzeszy kobiet, która z nich jest gorszą matką - bo nawet jeśli odbywa się to w formie żartu, czuję, że to za dużo. Do tego lajki i przyklaskiwanie. Dlaczego nam się to podoba, a licytacje na skuteczne metody wychowawcze traktujemy już jak czcze przechwałki albo wtykanie nosa w nie swoje sprawy?
Dlaczego domagamy się tolerancji dla naszych poglądów, a innych bez chwili refleksji wdeptujemy w ziemię za to, że śmiali się od nas różnić?
Dlaczego nam wolno, a im nie?
Czy to przypadek, że najbardziej agresywne słownie są te mamy, które nazywają siebie bliskościowymi?
Sama jestem zwolenniczką idei RB, mam z nimi bardzo po drodze, ale empatia wobec własnego dziecka nie czyni mnie ślepą i głuchą na innych ludzi. Jeśli potrzeby J.J.'a są w konflikcie z potrzebami innych, możemy to przegadać dopiero wtedy, kiedy tych innych uszanuje, nie wcześniej.
Więc jeśli musi akurat dać publicznie upust swoim emocjom, pierwszą rzeczą, którą robię, jest znalezienie ustronnego miejsca, w którym będzie się mógł wyżyć, a potem uspokoić, jednocześnie jego zachowanie nie będzie nikomu przeszkadzać. To komfort psychiczny także dla mnie, i dla niego. Nie widzę zresztą powodu, by grono obcych ponosiło konsekwencje jego nastrojów. Sama też wcale nie chcę i nie lubię być zmuszana do znoszenia humorów czyichś dzieci. No, sorry, jestem odrębnym człowiekiem i mam swoje potrzeby. Pewnie, że jako mama mogę w pierwszym odruchu strzelić focha na panią, która nie stara się zrozumieć mojego dziecka, ale muszę pamiętać, że ta pani nie ma obowiązku go rozumieć. Po prostu! Ponadto moje okazywanie wsparcia dziecku może się śmiało odbywać bez świadków. Chyba, że potrzebuję publiki, ale wtedy to już problem innej natury.
Nie oczekujmy od otoczenia tego, czego nie dajemy. Szacunek i empatia to miecze obosieczne. Kiedy J.J. zachowuje się niewłaściwie wobec innych, bardzo często posiłkuję się takim ćwiczeniem: pytam go, czy sam chciałby się znaleźć w sytuacji, w jakiej stawia daną osobę. Czy chciałbyś, żeby ktoś biegał i pokrzykiwał przed twoim nosem, kiedy przyszedłeś do kina, obejrzeć film? Czy chciałbyś, żeby kolega zaprosił cię do domu, a potem powiedział, że nie wolno ci wejść do jego pokoju? Czy chciałbyś kupić zabawkę, w której ktoś wcześniej rozładował baterie? I tak dalej, i tak dalej. Czasem do znudzenia. Zawsze jednak skutecznie.
Gorąco polecam to ćwiczenie niektórym dorosłym!
Gorąco polecam to ćwiczenie niektórym dorosłym!
Dzisiaj obiecane zestawy z naszymi wyborami z ulubionych Groshków. Przypominam, że w butiku czeka na Was rabat na nowości. Hasło do wpisania w koszyku to: jjandthebear. Korzystajcie, bo jest ważny tylko do niedzieli, a rzeczy z kolekcji Emile et Ida, Beau Loves i Kidscase są doskonałe jakościowo i do tego absolutnie przepiękne.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




