Kiedy pisałam pierwszy post o śniadaniach do szkoły, nie wiedziałam jeszcze, że J.J. będzie jadł w szkole pełny obiad. Fakt ten z automatu zmniejszył pokaźność posiłków, które mu początkowo szykowałam. Kolejną niespodzianką była niemal codzienna porcja warzyw lub owoców, którą dzieciaki dostają od wychowawczyni. Wymagało to podpisania zbiorowej zgody przez wszystkich rodziców w grupie, ale - jak łatwo się domyślić - nie stanowiło to żadnego problemu. Teraz więc co najmniej trzy razy w tygodniu J.J. dostaje do śniadania lub podwieczorku dodatkowo gruszkę, śliwkę, brzoskwinię, kalarepkę itp. W efekcie moja kulinarna twórczość zaczęła się ograniczać do kanapki, a z racji tego, że J.J. nie zje niczego zbyt udziwnionego - pola do popisu raczej nie mam ;) Inaczej wygląda kwestia przekąsek/słodyczy - tu wciąż eksplorujemy. Co to znaczy? Że czytam etykiety :) Powiem banał: ale są ciastka i ciastka (zresztą parówki i parówki też - te ze zdjęcia poniżej mają aż 93% mięsa, reszta to woda i sól). Jedne zawierają kwasy sztucznie utwardzane i niebezpieczne dla zdrowia, a przy tym tonę cukru, inne są dosłodzone miodem i powstają z naturalnie twardego tłuszczu palmowego lub kokosowego. Pan Mąż śmieje się ze mnie, że zostałam już etykietowym detektywem, ale do tej pory w naszym domu królowały orzechy, galaretka i od święta coś kinder-kowatego, więc tak naprawdę nie wiedziałam dotąd zbyt wiele o tego typu przekąskach. Nie świruję jednak. Próbowałam batoników i figo-barów z działu "eko", ale większość z nich J.J.-owi kompletnie nie smakuje. W ciągu dnia nie je też (i nie pije) zbyt wielu słodzonych lub solonych produktów, bym musiała go w tej kwestii szczególnie ograniczać. Staram się być rozsądna i wierna zasadzie, że wszystko z umiarem.
Tak-tak-tak, dobrze widzicie: tu bułka z pestkami dyni (w środku pasztet od babci :)). Zazwyczaj J.J. nawet nie tyka ziarnistego pieczywa, ale dynię i mak jako posypkę toleruje, i to nawet mimo tego, że kiedy wyjął tę kanapkę ze śniadaniówki, koledzy zareagowali zbiorowym zdegustowaniem. Za to żelkami z soku z granatu poczęstowali się chętnie ;) Lizak jest z kolei z naturalnego soku z kokosa i smakuje wybornie, ale nie jest najlepszym pomysłem jako dodatek do szkoły, bo... za długo się go je. Za to w drodze powrotnej do domu sprawdził się super. W sreberku jest rybka-żelek z omega-3. Od pierwszych chłodów daję po jednej i J.J.-owi, i Niedźwiadkowi codziennie do śniadania lub obiadu. Sok ze zdjęcia to chyba moje odkrycie roku. Same owoce i warzywa plus woda, zero dodatków i jeszcze kosztuje - nie uwierzycie - 90 groszy! :)




