czwartek, 15 września 2016

Madrid (without kids)

Różnimy się z moją mamą pod niemal każdym względem. Nie jesteśmy do siebie podobne fizycznie, inaczej patrzymy na świat, według innych kryteriów dobieramy sobie i przyjaciół, i ciuchy, robimy drobne zakupy, czy podejmujemy ważne życiowe decyzje. Ale obie tak samo kochamy sztukę i... zwiedzanie do upadłego. Dlatego czas, który spędzamy ze sobą na wycieczkach, jest naprawdę bezcenny. Tym razem poleciałyśmy do Madrytu, z Itaką - dość dokładny opis wyjazdu znajdziecie na stronie organizatora. Plan dnia był jednak znacznie bardziej wypełniony. Oprócz wymienionych tam atrakcji odwiedziłyśmy jeszcze Muzeum Królowej Zofii, przede wszystkim po to, żeby zobaczyć na żywo słynną "Guernicę" Picassa i dzieła Dalego oraz CaixaForum - niezwykłe, lewitujące centrum sztuki z wertykalnym ogrodem, gdzie trafiłyśmy akurat na wystawę prywatnej kolekcji, również z dziełami Picassa, a także Degas, Modiglianiego czy Kokoschki. 
Przy okazji powiem Wam, że doznałam lekkiego szoku, bo bilet do Caixa kosztuje 4 Euro, a np. za wejście na stadion Realu Madryt płaci się 20 Euro (!). 
Pomimo napiętego harmonogramu miałyśmy jeszcze czas na zakupy (oczywiście nie mogłam sobie odmówić wejścia do dziecięcej Zary), picie po hiszpańsku (tj. od dość wczesnych godzin i mieszając trunki) - vermut, sangrię i wino (najlepszy cydr z San Sebastian przywiozłam do domu, a co!), delektowanie się owocami i najpyszniejszą na świecie paellą. Za namową przewodnika spróbowałam też tradycyjnej madryckiej buły z kalmarami. Mniam! 
Madryt pod wieloma względami przypominał mi Warszawę. To takie pełne przepychu, królewskie miasto. Mnóstwo ludzi w wiecznym pędzie, choć korki jednak znacznie mniejsze, być może dzięki kilkunastu liniom metra. Jeśli byliście wcześniej w Barcelonie, od razu poczujecie swoisty "brak klimatu". Co nie znaczy, że nie ma się tu czym zachwycać. Pomimo swojej raczej mało tolerancyjnej historii, na każdym kroku widać tu wpływ multikulturowości (podobno pani burmistrz jest socjalistką!), jednocześnie jednak na ulicach jest bardzo dużo policjantów, niejednokrotnie uzbrojonych po zęby. Mimo wszystko przepisy traktuje się raczej teoretycznie: nie wolno pić w miejscach publicznych, nie wolno przechodzić na czerwonym świetle - a i tak robią to niemal wszyscy, i wcale się z tym nie kryją. Moją uwagę zwróciło też zjawisko, którego u nas nie umiałabym sobie nawet wyobrazić. Grupki młodych facetów, idących razem na zakupy. Ciuchowe zakupy, zaznaczam. Już pomijam, że koczki, kiteczki, różowe buty i t-shirty w kwiatki w niczym nie ujmują Hiszpanom męskości, ale te wspólne, męskie wypady do sklepów - hmm. No, nie wiem. 








2 komentarze:

Dziękuję za Wasze opinie :)