piątek, 26 lutego 2016

boys in a gallery

Galerie sztuki, muzea, biura wystaw, domy kultury - jako córka architektów i miłośników sztuki, a przy okazji też poetka, stale szukająca inspiracji, spędziłam w nich spory kawałek swojego życia. Mieliśmy w Gorzowie takie miejsce - BWA - gdzie można było sobie po prostu posiedzieć, poleżeć na podłodze, albo napić się kawy w ciszy i spokoju obserwując obrazy. Uwielbiałam to. Dom moich rodziców pełen jest albumów o sztuce, oboje kiedyś malowali i rysowali (teraz robią to rzadko), mama potrafi godzinami opowiadać o swoich ukochanych malarzach, ma w małym paluszku biografie wielu mistrzów - nasze wspólne wypady do Włoch, a potem do Hiszpanii były dzięki temu po prostu genialne. Wiecie - zupełnie inaczej patrzy się na dzieła, kiedy obok stoi ktoś z kim można pogadać o swoich wrażeniach. Pan Mąż wielkim zapaleńcem sztuki nigdy nie był, ale dzielnie znosił to, że przez nasze pierwsze wspólne lata przeciągnęłam go chyba po wszystkich możliwych wystawach. A potem sam zaprzyjaźnił się z pewnym niezwykłym malarzem i teraz nasz dom pełen jest obrazów tego artysty. Z dedykacjami i osobistymi przesłaniami. Nawet J.J. ma swój własny obraz od niego - skarb na całe życie. 
Ze spokojnym J.J.-em też "biegaliśmy" po galeriach, ale z Niedźwiadkiem - żywym srebrem i typowym HNB - zrobiło się to nagle trudne. Aż odkryłam (wielu z Was wyda się to pewnie banalne, ale ja byłam zaskoczona sytuacją i nie od razu wiedziałam, jak to ugryźć), że...

mogę po prostu wybierać takie miejsca, w których nasz pobyt nie będzie groził szkodami i zniszczeniami wartymi miliony, i takie wystawy, które zrobią wrażenie przede wszystkim na łobuzach. I nie mówię tu wyłącznie o wystawach, celowanych na dzieci jako odbiorców, choć w tej kwestii też widzę wielki postęp - bo pojawia się ich całkiem sporo, i coraz więcej. Chodzi o to, żeby dzieci mogły czuć się swobodnie, żeby była to dla nich forma zabawy, a sztuka przenikała naturalnie, jak przez skórę, a nie skupianie uwagi na siłę. 
Oprócz świetnej wystawy w Zachęcie, o której już pewnie wszyscy słyszeli, i która naprawdę genialnie wpływa na dzieci (moi spędzili tam ponad dwie godziny i nie chcieli w ogóle wychodzić!), zabraliśmy też chłopców ostatnio do Muzeum Neonów, gdzie zachwycony J.J. szlifował znajomość literek w zupełnie niestandardowy sposób oraz na mulitmedialną prezentację dzieł Van Gogha - ogromne ekrany, muzyka i ruchome obrazy przypadły im do gustu. Mogli "wejść" w obrazy, położyć się na nich, zajrzeć do wnętrz, dotknąć gwiazd i słoneczników. Wielość technik prezentacji to opcja, którą ja sama traktowałam dotąd raczej sceptycznie, bo jestem zdecydowanie tradycjonalistą, ale widzę, że na chłopców to działa, że w ten sposób zostają niejako "kupieni" przez sztukę. I to mi się podoba. 
A jak wyglądają Wasze doświadczenia w tej kwestii? W jakiej formie najchętniej/najczęściej "podajcie" sztukę swoim dzieciom?

2 komentarze:

  1. Rewelacyjne zdjęcia a jeszcze lepsze pewnie wspomnienia

    OdpowiedzUsuń
  2. My chodzimy z dziećmi na wszelkie wystawy które nas interesują- chodzenie do muzeów nabrało nowego wymiaru bo postrzeganie sztuki przez dzieci to osobna historia :)
    do Zachęty się wybieramy w przyszły weekend, przyjedziemy do Warszawy specjalnie.
    Super zdjęcia! Te neony musimy zaliczyć też :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Wasze opinie :)