poniedziałek, 7 lipca 2014

golden boys

Jakiś czas temu u Noemi pojawił się tekst o psotach jej syna. Uśmiałam się przy nim zdrowo, jak większość czytelników, podejrzewam. Jednak znaleźli się i tacy, co zupełnie serio zaczęli dziewczynę straszyć Opieką Społeczną i sugerować zmianę metod wychowawczych. A od kiedy to surowość chowu powstrzymała jakieś dziecko przed łobuzowaniem?! Znacie takie przypadki? Jestem sobie w stanie - w teorii - wyobrazić zastraszone dziecko, które nawet nie drgnie pod każącym wzrokiem rodzica i natychmiast strasznie temu dziecku współczuję. Tutaj by się bardziej ta Opieka Społeczna przydała. 
Kilka dni temu mieliśmy gości, a ponieważ J.J. był ewidentnie nie w humorze i trzeba z nim było wyjść do drugiego pokoju (od czasu komentarza Alexandry pod tym postem, wychodzę z nim ja lub Pan Mąż, efekty są znacznie lepsze niż przy izolacji w samotności), wywiązała się dyskusja na temat wychowywania dzieci. Jeden z gości (przez grzeczność nie wymienię z nazwiska :P ) wyraził pogląd, jakoby niektóre dzieci wymagały stosowania klapsów. Oczywiście nie uważał klapsa za bicie, bo bicie jest niesprawiedliwe, a klaps - zasłużony. Lepiej dać jednego klapsa, żeby dziecko zapamiętało i więcej czegoś nie robiło niż powtarzać sto razy, kiedy ono robi w kółko to samo. Klaps po prostu przynosi natychmiastowy efekt. Znaczy: działa. A gadanie nie działa. Wyszło więc na to, że klaps to taki wychowawczy fast food. Na szczęście mój rozmówca nie ma dzieci (być może jeszcze nie), a z racji tego, że sam dostawał klapsy i w jego wypowiedziach słyszałam nie głos bitego dziecka, tylko głos usprawiedliwiających przed nim swoje czyny rodziców, od których się nie uwolnił, bardziej się nad nim litowałam niż wściekałam na ten tok myślenia. Normalnie jednak zrobiłabym aferę na pół miasta, bo tak samo jak nie cierpię wychowania bezstresowego, tak samo nie cierpię przemocy fizycznej. 
Moja mama powiedziała ostatnio do Niedźwiadka, który wywalił jej ziemię z doniczki na środku salonu: - Oj, bo jak będziesz tak rozrabiał, to babcia da ci klapsa. 
Oznajmiłam jej więc spokojnie i całkiem serio: - Mamo, jeśli kiedykolwiek odważysz się podnieść rękę na moje dziecko, będzie to ostatni raz, kiedy widziałaś wnuka. 

Dzieci PSOCĄ. To nieodłączny element dzieciństwa. Muszą się buntować, żeby dojrzewać. Muszą łamać zasady, żeby poznać granice. Muszą ryzykować, próbować, sparzyć się, żeby poznać świat. My-rodzice mamy być drogowskazem, pomagać, a nie budować barykady i zamykać przed nimi ulice. Piszę więc dzisiaj suplement do mojego wcześniejszego posta o karach: bądźmy wyrozumiali w tym wychowywaniu, otwarci na nasze dzieci, uważni, wsłuchani w nie. Wtedy także kara będzie adekwatna. Prawdopodobnie ;)


































Przy okazji wyznam Wam, że moja wytrenowana do dobrego pamięć wyrzuca psoty chłopaków za burtę ;) Dobrze mają z taką niepamiętliwą matką :D Ale kilka wybryków moich "złotych chłopców" zapamiętam na zawsze.
J.J. na przykład:
- miał półtora roku, kiedy tak długo tarzał się pod choinką, aż spadły z niej wszystkie igły!
- miał dwa latka, kiedy biegał sobie wokół basenu u moich rodziców i nie reagował na upomnienia o spokój; w pewnym momencie oczywiście wpadł z impetem do wody; Pan Mąż - w ubraniu - skoczył natychmiast, aby go ratować; wyłowiony J.J. odkrztusił, co miał do odkrztuszenia, po czym zapytał z uśmiechem: - Jesze jaz?
- miał dwa i pół roczku, kiedy podczas zakupów na bazarze wyplątał się z pasów i uciekł z wózka; pani z mięsnego w ostatniej chwili zdjęła go ze stopni autobusu, którym by sobie pojechał do Warszawy; cała ta ucieczka zajęła mu sześć sekund mojego odwrócenia wzorku w kierunku kapusty i jakieś 40 sekund panicznych poszukiwań pod skrzyniami i wokół straganu; do głowy by mi wtedy nie przyszło, że wystrzelił na przystanek i chwała Bogu, że sprzedawczyni była dość przytomna; skończyło się wielką pretensją i awanturą o to, że bus odjechał bez niego :O
- miał jakieś trzy latka, kiedy bawił się z Panem Mężem w berka w markecie budowlanym i nagle zniknął; szukaliśmy go ponad 15 minut, wyobrażając sobie wszystko, co najgorsze, ogłaszając przez głośniki, zaglądając ludziom do samochodów na parkingu itd. W końcu J.J. wyszedł zza kominków i powiedział: "a kuku!" 
- zjadł: fioletową kredkę świecową, znaczną część kartonu po wycieraczce samochodowej, gumkę z ołówka; 
- kiedy byłam w ciąży z Niedźwiadkiem i na chwilkę przysnęłam, J.J. próbował usmażyć jajecznicę, wbił dwa jajka na patelnię, a jedno na podłogę, skorupki wyrzucił do kosza, na szczęście nie odkręcił gazu.

Niedźwiadek - pomimo tego, że średnio co 30 sekund ściągam go z czegoś wysokiego, chwiejnego lub w inny sposób niebezpiecznego - na razie ma na koncie tylko jedną psotę:
- zadzwonił na 112! 
Oczywiście zostałam pouczona przez funkcjonariusza, który na moją komórkę oddzwonił, żeby trzymać telefon z dala od dzieci. Przeprosiłam i obiecałam poprawę. Nie tłumaczyłam mu, że jak coś leży na wysokości dwóch metrów, to Niedźwiadek i tak się do tego dostanie, i że ja sama nie potrafię korzystać z ekranu dotykowego, a on tak :P

Wiecie, co jest najciekawsze? Że za te właśnie megapsoty, które najdłużej zostają w pamięci, nie było ŻADNEJ kary, tylko łzy, przytulanie, gadanie, a potem... wspominanie ze śmiechem. 







Niedźwiadek:
top - nosweet via gałązki.pl 
jeansy - Zara (po Karolu ;*)
moksy - H&M (po Piotrusiu :*)
czapka - Hobibobi

J.J.:
t-shirt - Bobo Choses via stylepit.pl (ostatnio ulubiony J.J.'a, chce w nim chodzić bez przerwy, spać i się kąpać, i wciąż pyta, czy to ja tak go wycałowałam :D )
jeansy - Zara
sandały - H&M

10 komentarzy:

  1. Podziwiam Wasze stylizacje za każdym razem. Rewelka, nie mogę się napatrzeć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, dziękuję. Miód na moje estetyczne serce :)

      Usuń
  2. Bo słodkie są takie psotniki:-)A im bardziej psota twórcza, tym bardziej człowiek rozczulony:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, właśnie. Psoty pobudzają do twórczego myślenia!

      Usuń
  3. Ależ wspomnienia! No nie wyobrażam sobie żeby dać klapsa za którąkolwiek z rzeczy, które wymieniłaś. Osobiście nie znam osób, które biłyby swoje dzieci, kiedyś - w naszych czasach chyba było to częstsze, sama czasem oberwałam - np po wywiadówce! (co dziś nie mieści mi się w głowie, jak można...) Chociaż ostatnio oglądałam program o nastolatkach, niezbyt grzecznych, i nie wiem czy na miejscu rodziców nie puściłyby mi nerwy. Wiem doskonale, że to tylko przez błędy rodziców, mam nadzieję, że ja takich nie popełnię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja byłam dzieckiem bitym i wiem dobrze, jak to kusi i jakie to proste, ale jednocześnie wyrządza tylko krzywdę. Nie uczy niczego i chyba nigdy nie dam się przekonać, że jest inaczej. Albo że dzieci dzielą się na te, które nie zasługują, i takie - co owszem.

      Usuń
  4. Moim ulubionym argumentem za biciem jest: tak się uczy dzieci szacunku do rodzica:D No przecie to powszechnie wiadomo, że jak się komuś lutnie, to ów ktoś pała do nas szacunkiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż oplułam ekran! Genialny argument!

      Usuń
  5. Jestem mamą małego psotnika, więc wiem ile cierpliwości potrzeba, żeby nie oszaleć. Ostatnio szukałam Mateusza 15min, zdążył już załączyć mi się tryb "panika, nigdzie go nie ma!". Szukałam po całym domu, ogrodzie, drąc się jak opętana, bo już wyobraźnia mi się uruchomiła. A mój syn po kolacji poszedł się położyć, zakopał się pod kołdrą i poduchami, tak, że go widać nie było. I miał świetną zabawę w chowanego. Nieważne, że matce kilka siwych włosów doszło. Ale to, co mnie uderzyło najbardziej, to reakcja innych. Ja Bogu dziękowałam, że nic się nie stało, przytuliłam, powiedziałam, żeby więcej tak nie robił. A rodzina? Szkoda gadać, Mateusz usłyszał, jaki to niegrzeczny jest, posłuchał, jak się wydzierają na niego i serwują kary jeden przez drugiego. Więc oprócz siebie, musiałam uspokajać jeszcze syna.

    Jestem przeciwniczką bicia i bezsensownych kar za każde "nie" wypowiedziane przez dziecko. Czasem sporo mnie kosztuje, żeby pohamować się od krzyku, czy kary. Ręka mnie nie świerzbi, żeby uderzyć. Jeszcze jako nastolatka obiecałam sobie, że nigdy nie podniosę ręki na własne dziecko i nie pozwolę, żeby ktokolwiek je uderzył. To jest chyba jedyna zasada, którą konsekwentnie udaje mi się stosować. Niejedzenie słodyczy nie wypaliło ;)

    Wkurza mnie zabranianie dziecku wszystkiego jak leci. "Nie wchodź na drabinki, bo spadniesz!", "Nie dotykaj, bo coś tam!". I bach, kara za każdą próbę łamania przez dziecko zakazu. Mateusz ciągnie do drabinek odkąd skończył 2 lata. Nie pozostało mi nic innego, jak nauczyć go poprawnie wchodzić i schodzić. Zamiast do 7go roku życia zakazywać i się denerwować, że spadnie, wolałam go tego nauczyć i teraz jako 3latek radzi sobie sam.

    A najbardziej podoba mi się podejście mojego 22letniego brata, bo na każde słowo "niegrzeczny", które pada pod adresem Mateusza odpowiada, że "Dajcie spokój, on ma 3 lata. To NORMALNE! A skoro Mati jest niegrzeczny, to ciekawe jaki ja byłem w gimnazjum?".

    Przeczytałam kiedyś, że "klaps jest wyrazem bezradności i słabości rodzica". A skoro ty rodzicu nie umiesz opanować swoich emocji, to dlaczego wymagasz tego od dziecka?"

    Przepraszam, że tak się rozpisałam odbiegając trochę od tematu, ale musiałam dać upust emocjom ;)


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, że się rozpisałaś :) Uwielbiam takie komentarze.
      Ja też uczę bezpieczeństwa zamiast zabraniać, bo wiem, że zabranianie i tak nic nie da, a nawet zachęci do dalszych prób.
      I zgadzam się z tym, że bicie to bezradność, brak pomysłu. Oczywiście każdy ma to tego prawo, ale czy nie lepiej wtedy powiedzieć dziecku:
      "Nie wiem, jak postąpić w tej sprawie. Zrobiłeś coś niedopuszczalnego i kara jest niezbędna, ale jestem tak zaskoczony twoim postępowaniem, że nie potrafię odpowiednio zareagować w tej chwili." Ja mniej więcej tak gadam ;) J.J. patrzy na mnie trochę jak na wariatkę, a potem razem wymyślamy karę. On wie, za co i że to ma sens, a ja nie karzę go pod wpływem emocji i nieadekwatnie.

      Usuń

Dziękuję za Wasze opinie :)