piątek, 28 lutego 2014

fights

Wspominałam Wam już, że doczekałam się (tak właściwie to zostałam wzięta z zaskoczenia, ale próbuję zachować pozory matczynej kontroli ;)) takiego etapu rozwoju J.J.'a, na którym on sam chce podejmować większość decyzji, które go bezpośrednio dotyczą. Jest w tym bardzo uparty i waleczny, więc często się teraz kłócimy, bo trafiła kosa na kamień, ale muszę przyznać, że cieszę się z tej jego potrzeby samostanowienia i staram się otwierać przed nim wszystkie możliwości - no, wszystkie te, które nie stanowią zagrożenia dla zdrowia i życia :P 
Dlaczego się więc kłócimy?
Bo mam poczucie, że muszę mu uświadamiać, czym jest kompromis. J.J. ma zapędy dyktatorskie i 'odpuszczenie' mu już teraz, choć z pozoru wyglądałoby niegroźnie, za kilka lat zaowocowałoby tym, że obudzilibyśmy się w domu z terrorystą, trzymającym nas na muszce. A wtedy na negocjacje byłoby raczej za późno. Staram się temperować go konsekwentnie, ale bez przesady - na tyle, żeby nie stracił zapału, ale nabrał pokory. Wiadomo, że u energicznego, butnego pięciolatka to prawie nieosiągalne, ale od czego są trzy najskuteczniejsze metody wychowawcze: szantaż, zastraszenie i przekupstwo ;D 
Tak serio, to działam jak większość z nas: instynktownie. Jako osoba 'po przejściach' i po terapii mam oczywiście z tyłu głowy cały katalog ewentualnych zaburzeń i traum, które choćby niechcący mogłabym dzieciom 'sprezentować', ale do niego nie zaglądam. Choć muszę przyznać, że sporo mnie to na początku kosztowało, bo odruchowo chciałam być takim wymarzonym rodzicem, który zaspokoi wszystkie potrzeby, zwłaszcza te u mnie niezaspokojone. Na szczęście bardzo szybko się zorientowałam, że nie tędy droga. Po pierwsze byłoby to projektowanie, po drugie wciąż tkwiłabym w błędnym kole przeszłości, a po trzecie - każde dziecko jest inne i ma inne potrzeby. Nawet jeśli J.J. jest do mnie bardzo, czasami wręcz zaskakująco podobny charakterologicznie i widzę w nim jak pod lupą wszystkie swoje zalety i wady, nie jest mną. A ja nie jestem swoimi rodzicami. 
Póki co trenuję więc sztukę prowadzenia dyskusji na poziomie z przekrzykującym mnie kilkulatkiem. Będę Wam zdawać relacje z pola bitwy, póki nie polegnę ;)

Proszę napiszcie, jak Wy radzicie sobie z buntem Waszych dzieci i czy staracie się 'wykorzeniać' z nich swoje własne wady, czy właśnie nie.









sweter - Next
koszula - George
jeansy, płaszcz, szalik - Zara
czapka - Terranova (dział damski)
torba - Springfield (dział męski)
 kalosze - Hunter

nowe ulubione puzzle J.J.'a - Zaczarowane Miasto Atomic Soda via Tuliluli

18 komentarzy:

  1. O! Jaka świetna stylówka! Płaszczyk z Zary to tez mój typ:)
    A co do sedna postu. Niestety mój Łukasz tez buntowany jest i w dyskusje się ze mną wdaje. Nieraz nie daje mi dokończyć zdania i wszystko musi być po jego myśli. Ciągle tylko mówi, że dziewczyny nic nie wiedzą:) Nie wiem skąd mu się to wzięło.
    Myślę, że nie ma żadnego złotego środka na to , jak takiego małego buntownika okiełznać, bo każdy bunt jest inny. Na pewno trzeba mieć duże wyczucie w tym, jak zareagować. Nie wolno dawać szans na przekraczanie granic. Nauczyć go, że trzeba szanować dorosłych. Nie ustępować i być konsekwentnym, Łatwo się pisze......

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To już wiekowy płaszczyk, ale co roku są podobne :)
      Granice a potem konsekwencja - to prawda, choć czasami i mnie kusi, żeby złamać zasady :P

      Usuń
  2. Kochający rodzic to wymagający rodzic ! tego się trzymam, i też jestem konsekwentna w działaniach ( przy 3 dzieci, opanowałam tę sztukę do perfekcji?? nieee... to za dużo powiedziane..ale stale się udoskonalam :) Piękna stylówka! Kocham wiosnę!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też uważam, że trzeba być wymagającym. Jestem zagorzałą zwolenniczką wychowania stresowego :)

      Usuń
  3. Na tych zdjęciach to taki aniołek, a Ty tu o buncie...... hahaha. A tak na serio, to myślę, że najważniejsza w wychowaniu jest konsekwencja, spokój i zdrowy rozsądek rodzica. Połączenie tych trzech nie może zawieźć. Dziecko pozna granice, ale nauczy się też kilka waznych kwestii - że w życiu rzadko co, jest stałe, że sytaucja może się zmieniać i musimy sie nauczyć do niej dostosowywać, pozostając przy tym wiernymi sobie. A bunt..... to chyba domena dwulatków, nie?? Przynajmniej takie mam teraz wrażenie;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ehe, aniołek! ;)
      Jeszcze z konsekwencją to u mnie nie jest najgorzej, ale ze spokojem - bywa ciężko. Masakrycznie ciężko wręcz!
      A bunt wraca jak bumerang i powiem ci, że ten dwulatka wspominam z rozrzewnieniem teraz :P

      Usuń
  4. Jak ja nie lubię, jak mnie młody małpuje;-). To takie "dziecko patrzy i się uczy", które kiedyś znajomemu 5-letnia córka rzuciła prosto w twarz, gdy ten po całym tygodniu pracy zasnął oglądając nocą film... Chcąc nie chcąc najlepszą formą pracy nad dzieckiem jest praca nad sobą... Ale wymagać też trochę trzeba. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Małpują, małpują i faktycznie trzeba się pilnować i się wychowywać w pierwszej kolejności. Zwykle kiedy robię 'pogadankę' pytam zresztą: 'Czy ja tak robię? Czy chciałbyś, żebym tak robiła?'

      Usuń
  5. Rozmyślam nad tym postem i nad Waszymi komentarzami od wczoraj.. - co jest fajne, bo sprawia że weryfikuję trochę swoje rodzicielstwo. I chyba widzę to wszystko jakoś inaczej. Mnie moje dziecko nauczyło przede wszystkim, że muszę być prawdziwa w tym co robię i czego oczekuję. Jeśli tak nie jest to szybko zostanie to zauważone. I dla mnie to jest najważniejsze w wychowywaniu. A konsekwencja? Dobija mnie to pojęcie żelaznej konsekwencji. Uważam, że rodzic ma prawo i jak najbardziej może zmieniać zdanie, że nie muszę konsekwentnie trzymać się ustalonych reguł, jeśli widzę że mojemu dziecku na czymś zależy. Bardziej wole myśleć że te reguły dopasowujemy do naszej rodziny, a nie odwrotnie. A jeśli przez to jestem niekonsekwentna to biorę to na klatę ;). Z wyznaczaniem granic zgadzam się w zupełności, tylko ja rozpatruję to w kontekście samej siebie. Wyznaczam raczej swoje granice, co mi przeszkadza, czego nie lubię, co mnie wkurza(pomijam sytuacje zagrożenia życia ;)), bo wydaje mi się, że każdy ma inne. Mnie nie denerwuje jak po skończonym posiłku Baz wrzuca do kubka resztki i nimi miesza, mój mąż tego nie znosi, zabraniać czy nie zabraniać? Przy nim Baz tego nie robi, a przy mnie zabawa jest na całego :P. W temacie granic bardzo pomógł mi Jesper Juul, więc mocno go polecam ;) i pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, żelazna konsekwencja to chyba mit ;) Reguły faktycznie wyznaczam poprzez swój pryzmat i to, co mi pasuje, a co nie, ale nawet bardziej dostosowuję je do potrzeb J.J.'a niż swoich, bo - jak pisałam - on nie jest mną. Na pewno nie naginam go do sztucznie utworzonych reguł. Z reguły każda zasada jest wynikiem kompromisu, np. taka 'kto krzyczy, nie dostaje słodyczy' ;) A konsekwencja polega na tym, by się jej trzymać. Wiadomo, że czasami się to nie udaje, ale próby to już coś :) Myślę, że może wbrew pierwszemu wrażeniu jestem dość łagodną i luzacką mamą, choć potrafię się bardzo zdenerwować i nad tym ubolewam.

      Usuń
  6. paleta barw wokół twarzy idealne, pasuje mu strasznie. konkretna i charakterna......torba świetna..... Pierwsze zdjecie .. dwa światy.. no no no.. naprawdę udane

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Faktycznie kolory bardzo 'jego' :)

      Usuń
  7. Bunt dwulatka to pikuś:) Ale faktycznie konsekwencja w priorytetowych sprawach, a negocjacje w tych trochę mniej ważnych kwestiach u nas sprawdzają się nie najgorzej. Życie to przecież sztuka kompromisów, dostosowywania się do panujących warunków, to ciągłe zmiany. Musimy przygotować na to nasze dzieci, żeby czuły się bezpieczne w każdej sytuacji. Ale sama wiem, że czasem trudno jest walczyć z tym buntem i udowadnianiem kto ma rację :) Moją metodą jest "małpowanie" buntownika! Spróbuj. Zachęcam. On tupie, ja tupie. On wrzeszczy, ja wrzeszczę. On marudzi, ja marudzę. To pozwala na spojrzenie na sytuację z drugiej strony. Fajne doświadczenie. Mój Syn po takiej mojej reakcji, zaczyna się śmiać (no ze mnie oczywiście, że np. też biegam po domu i tupię ze złości jak on) i jak już go ten bunt "puści" to normalnie można z nim pogadać i jest ok.

    mojedziecko-mojsyn.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, ja właśnie tak robię! Tylko trochę się wstydziłam do tego przyznać. Z tym, że u nas nie zawsze się to sprawdza, bo J.J. potrafi wpaść w panikę, że mama 'zwariowała'. Trzeba wyczuć, kiedy można z nim tak postąpić, a kiedy sprawa jest zbyt delikatna.

      Usuń
  8. a! zapomniałam dodać...... świetna stylizacja:)

    mojedziecko-mojsyn.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  9. Ale płaszczyk!
    Moja mama cały czas powtarza, że Tymek mówi i gestykuluje jak my :D U nas też szantaż, zastraszanie i przekupstwo czasami są jedynym wyjściem, szczególnie jak słyszę "ja nic nie muszę", papuga mała :)))
    Cudne zdjęcia.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Wasze opinie :)